10 maja 2012

Za a nawet przeciw

Nie do końca rozumiem święte oburzenie decyzją władz Aten. Skoro ktoś wykonuje swój zawód z narażeniem życia klienta powinien być pokazany jako nie spełniający norm wykonywanego zawodu. W tym przypadku usług seksualnych. To dobre rozwiązanie dla zdrowia dotychczasowych jak i potencjalnych klientów greckich prostytutek.


Jeżeli ktoś traktuje swoje ciało jak narzędzie pracy, czyli wykonuje zawód prostytutki z własnego, nieprzymuszonego wyboru to powinien o nie zadbać. Jeśli nie dba to powinien ponieść konsekwencje. Zrezygnować z jego wykonywania lub liczyć się z konsekwencjami ujawnienia wizerunku.


Prostytutka sprzedaje swoje ciało. Obiecuje seks i tylko seks. Żadnych dodatkowych atrakcji w postaci chorób. Za to klient płaci. Tak jak sprzedawca dajmy na to sera obiecuje, że dostanę dobry ser. Jeśli sprzeda mi zepsuty, to chciałbym wiedzieć, że producent sera i jego sprzedawcy są zwykłymi oszustami, z usług których nie chcę korzystać. I ostrzegam innych przed kupowaniem u osób, które nie dbają o klienta.


Zadaniem instytucji publicznych jest m.in. ochrona obywateli. Wydaje się więc, że Ateny podjęły słuszną decyzję. Dla troszczących się o moralny aspekt pożycia obywateli, to informacja skądinąd bardzo dobra. W końcu nic tak dobrze nie wpływa na zmniejszenie dochodów przemysłu związanego z handlem ciałem jak strach przed nim. A jak sądzę informacje o zarażonych prostytutkach na rynku greckim mogą wielu entuzjastów tej formy rozrywki skutecznie zniechęcić.


Rozumiem, że zgoda na nieujawnianie wizerunku chorych prostytutek, to tak naprawdę milcząca zgoda na to, aby nadal zarażały. I mówienie w tym miejscu o edukacji, namawianiu do bezpiecznego seksu jest czystą formą demagogii. Prostytucja była, jest i będzie. I nic pewnie tego nie zmieni niezależnie jak wiele autorytetów będzie apelować o bezpieczny seks z jednym partnerem.


Z drugiej strony powstaje jednak pytanie czy jakakolwiek władza ma prawo upubliczniać informacje o chorobach jakie dotykają jej obywatela. Nawet w imię najlepiej rozumianego interesu społecznego. Czy osoby zajmujące się prostytucją mają mieć mniejsze prawa, tylko dlatego, że wykonują zawód, o którym trudno mówić, że jest w czołówce zawodów zaufania publicznego? Czy mają być traktowane jak obywatele drugiej kategorii?


Poza tym klienci prostytutek to przecież osoby świadome ryzyka i zagrożenia jakie niesie ze sobą przypadkowy seks. Wiedza o AIDS i chorobach wenerycznych jest tak powszechna i ogólnodostępna, że trudno mówić w tym miejscu o nieświadomym zagrożeniu wynikającym z korzystania z płatnego seksu.


Nie znam też odpowiedzi na pytanie, czy greckie prostytutki zarażały swoich klientów w sposób świadomy. Odpowiedź na takie pytanie mogłaby wiele wyjaśnić. Jeśli zarażały w sposób świadomy to nie mam dla nich usprawiedliwienia. Jeśli jednak uprawiały seks bez świadomości zagrożenia jakie niosą dla swoich klientów, to ocena ich postępowania nie jest już dla mnie tak jednoznaczna. A tym samym i ocena działania władz Aten może zacząć budzić wątpliwości. Słowem – przy okazji tej sprawy mam problem z jednoznaczną oceną.

09 maja 2012

Z Bogiem albo i bez Boga

Polska jest państwem świeckim, neutralnym światopoglądowo. Konstytucja zapewnia każdemu obywatelowi wolność sumienia i religii. Czy zatem przedstawiciele organów Państwa, w tym przypadku Sejmu, mogą pod auspicjami tychże instytucji tworzyć zespoły, które w sposób świadomy i jednoznaczny mają na celu de facto prowadzenie krucjaty religijnej? Otóż mogą.




W marcu grupa posłów Prawa i Sprawiedliwości powołała Parlamentarny Zespół ds. Przeciwdziałania Ateizacji Polski. Zgodnie z regulaminem pracy zespołu ma on przede wszystkim przeciwdziałać ateizacji Polski, wykluczaniu z życia publicznego religii oraz szerzyć wartości chrześcijańskie i bronić media katolickie, czyli de facto Telewizję Trwam. O czym zresztą autorzy regulaminu zespołu piszą wprost.


Wśród zadań zespołu wymieniono m.in. promocję wartości chrześcijańskich, przeciwdziałanie wprowadzaniu prawodawstwa sprzecznego z katolicką nauką społeczną, pielęgnowanie polskich wartości i tradycji, propagowanie i ochronę kulturalnej spuścizny chrześcijańskiej. Zespół pracuje na posiedzeniach oraz określa inne formy swojej pracy, które mają się wyrażać w konferencjach, sympozjach, wystawach i manifestacjach.


Zespół powstał na podstawie ustawy o wykonywaniu mandatu posła i senatora oraz Regulaminu Sejmu Rzeczypospolitej Polskiej. I tyle jeśli chodzi o aspekt prawno-regulaminowy tej sprawy.


Inne, znacznie ważniejsze to aspekty polityczny i społeczny. Wystarczy jednorazowa lektura regulaminu zespołu, by domyślić się, że jest to przede wszystkim grupa lobbystyczna na rzecz telewizji Ojca Rydzyka. To nie powinno dziwić. Zwłaszcza, że w skład zespołu wchodzą jedynie posłowie Prawa i Sprawiedliwości. Być może chodzi o to, że sam mandat klubu parlamentarnego PiS nie robi tak dużego wrażenia jak stanowisko zespołu parlamentarnego. Być może gorliwi wyznawcy Ojca Rydzyka w klubie PiS potrzebowali dodatkowej platformy sejmowej do spotkań. Trudno jednoznacznie przesądzać. Faktem bezspornym pozostaje, że w sejmowych pomieszczeniach spotykają się na oddzielnych posiedzeniach lobbyści prywatnej telewizji, którzy nie ukrywają, że dążą do jej promocji. Ciekawe czy pozostałe prywatne telewizje, radia, gazety mają swoje zespoły parlamentarne. Oczywiście, co nie jest żadną tajemnicą, poszczególne redakcje mniej lub bardziej jawnie, sympatyzują z poszczególnymi politykami czy formacjami. Tym niemniej tworzenie własnego zespołu parlamentarnego udało się póki co stworzyć tylko redemptoryście z Torunia. Chapeau bas.


Jeśli wierzyć zapisom regulaminu zespołu, to obrona TV Trwam nie jest jedynym i jego podstawowym zadaniem. Jeśli wierzyć uczestnikom prac zespołu, zamierzają oni aktywnie uczestniczyć w walce z ateizmem. A w każdym razie przeciwdziałać. Czy to oznacza aktywność na polu szerzenia własnej wiary także w miejscach i instytucjach, które winny zachować neutralność światopoglądową? Biorąc pod uwagę, że tworzą zespół anty-ateistyczny w gmachu Sejmu RP i z szyldem tej instytucji jako zespół parlamentarny występują, jest to bardziej niż pewne. Przeciwdziałanie ateizmowi musi się wiązać z walką z tym wszystkim, co jak rozumiem buduje świecki charakter naszego państwa. A więc przede wszystkim z hasłami i próbami wyprowadzenia religii ze szkół, próbami zdejmowania symboli religijnych z instytucji publicznych, uczestnictwem w imprezach państwowych kapłanów, a być może z zakazami dotyczącymi możliwości wyrażania opinii, że Boga nie ma. To ostanie jest w końcu najwyższym wyrazem ateizacji w naszym kraju, w sferze języka publicznej debaty i gdyby czytać wprost zadania zespołu, to podobny język i wypowiedzi powinny być ostatecznie zakazane. Są bowiem szkodliwe i nieprawdziwe. Tu na szczęście z pomocą może przyjść Konstytucja RP i art.54, w myśl którego każdemu zapewnia się możliwość wyrażania swoich poglądów. Jak rozumiem, nie wyłączając tych, które eufemistycznie można by nazwać jako podważające istnienie istoty wyższej. Tym niemniej idąc tropem walki z ateizmem, należy też uznać, że nauka ewolucjonizmu powinna być zabroniona. W jej miejsce, jak rozumiem, w Polsce powinno się przyjąć kreacjonizm. I tu raczej trudno szukać pomocy w Konstytucji. Program szkolny jest układany i przyjmowany w MENie i można sobie wyobrazić, że tak jak stopień z nauki religii może być na świadectwie tak i nieletnich polskie szkoły będą uczyć, że Darwin się mylił a świat ma 5000 lat.


O ile próby zawłaszczenia języka publicznej debaty tylko dla osób wyrażających niezachwiany pogląd w istnienie Boga trudno sobie wyobrazić, o tyle działania w zakresie zmian języka w publicznych środkach masowego przekazu i tworzeniu podstaw programowych nauki w szkole znacznie łatwiej. Oczywiście przekonywanie, że Zespół ds. Przeciwdziałania Ateizacji Polski jest w stanie przeprowadzić skuteczną krucjatę i dokona chrystianizacji sfery publicznej na obraz i podobieństwo państw religijnych, byłoby nadużyciem. Trudno bowiem sobie wyobrazić, by 26 posłów PiS stanowiło skuteczną siłę polityczną dla zmian społecznych, które już nastąpiły. Tym niemniej, mimo iż zarówno nazwa jak i intencje zespołu mogą w niektórych budzić lęk w innych uśmiech politowania, sama idea zespołu jest zadziwiająca. Mimo bowiem braku formalnych przeszkód w jego powstaniu (a w każdym razie ja takowych nie znalazłem), można doszukiwać się znamion i werbalnej intencji w zapisach regulaminowych próby odwrócenia porządku społecznego w Polsce i stworzenia państwa, które nie szanuje i pozbawia praw obywateli nie szukających inspiracji do życia w nauce kościoła. A to już nie jest śmieszne.


Inspiracją dla niniejszego wpisu był felieton „PiS walczy z ateizacją” z bloga http://www.tokfm.pl/blogi/trzezwymokiem

08 maja 2012

Francja dla socjalistów

Wyborom we Francji nie towarzyszyło szaleństwo medialne porównywalne z wyborami Prezydenta Obamy. I trudno się dziwić. Francja nie jest mocarstwem światowym a jedynie bardzo ważnym krajem europejskim. Tym niemniej na tyle ważnym, by bacznie obserwować jaki może mieć wpływ wybór nowego prezydenta na politykę europejską. Wybór ten ważny jest także dla Polski, której Premier powinien pluć sobie w brodę, że nie znalazł czasu, aby spotkać się w Warszawie z ówczesnym kandydatem a dziś Prezydentem Francji.




To co najczęściej pojawia się w pierwszych komentarzach po wyborze Francoisa Hollande’a to sytuacja samej Francji. Nowy Prezydent nie będzie miał łatwej sytuacji. Bezrobocie, wysoki dług publiczny, brak pomysłu na rozwiązanie problemów związanych z imigrantami a jednocześnie mnóstwo obietnic socjalnych. Nowe miejsca pracy, zwiększenie wydatków socjalnych, zamrożenie wieku emerytalnego, większe podatki dla najbogatszych i w końcu wszystkie te działania mają skutkować obniżeniem deficytu budżetowego. Zaiste trudno wierzyć, że istnieje jakaś możliwość zbilansowania się zwiększonych wydatków, zachowania dotychczasowych przywilejów socjalnych przy braku radykalnych reform gospodarczych polegających przede wszystkim na oszczędnościach. Program Hollande’a z kampanii, oszczędności nie przewidywał. Tworzył raczej wizję kraju budowanego na socjalnych mrzonkach zapominając o potężnym długu publicznym. Czas oczywiście pokaże jak szybko obietnice z kampanii zderzą się z brutalną rzeczywistością rynków finansowych i pustym budżetem. Chyba, że nowy Prezydent okaże się cudotwórcą, choć trudno mi w to uwierzyć.


Kolejna sprawa to szukanie przez europejską lewicę przykładów zwycięstw, których ostatnio bardzo jej brakowało. W znaczącej większości krajów europejskich trudno bowiem szukać lewicowych rządów. Dla polityków lewicy, także polskiej, co już słychać w komentarzach choćby Millera czy Olejniczaka, Hollande jest znakiem zmian w całej Europie. Sądzę, że jest to bardziej pobożne życzenie niż rzeczywisty sygnał odwrotu wyborców od partii centroprawicowych, tym niemniej wybór Francji może być pewną oznaką czekających nas zmian politycznych w całej Europie. W końcu Europa stanowi poniekąd system naczyń połączonych, przede wszystkim gospodarczo a sytuacja większości krajów europejskich jest porównywalna, więc z drugiej strony w wielu krajach pewne procesy zmian politycznych mogą być na siłę porównywalne. Niezależnie gdzie leży prawda i jak w niedalekiej przyszłości będzie wyglądała mapa politycznych wpływów lewicy w Europie, zwycięstwo całkowicie niedoświadczonego polityka-socjalisty z „politycznym zwierzęciem” Sarkozym zasługuje na szacunek i uznanie. Choć złośliwi zapewne dodadzą (i dużo będzie w tym racji), że to nie zwycięstwo Hollande’a co raczej porażka samego Sarko.


Od wyboru Francoisa Hollande nie milkną też echa jego wizyty w Warszawie. I trudno zresztą się dziwić. To poważny błąd polskiego MSZ i oczywiście osobisty Premiera Tuska. Zgadzam się, że trudno było przewidzieć kilka miesięcy przed wyborami we Francji, że gość znad Sekwany może wygrać. Ale można było się domyślać, można było sięgnąć do ministerialnych analiz i można było w końcu przewidywać, że jak wygra to lepiej mieć w nim przyjaciela aniżeli przynajmniej pamiętającego owo faux pas dżentelmena. W polityce międzynarodowej gra gestów jest niezwykle istotna. I chyba trudno szukać jakiegokolwiek usprawiedliwienia dla tej dość obcesowej sytuacji, w której przyszłego Prezydenta Francji potraktowano jak zwykłego pędraka. Tym bardziej, że początkowo spotkanie było wpisane w kalendarz Premiera. Co spowodowało zmianę planów? Mam nadzieję, że nie planowana gra w piłkę. Taki gest dla przyszłości relacji polsko-francuskich może mieć wbrew pozorom zasadnicze znaczenie. Nie oznacza to, że zarzucam nowemu prezydentowi Francji małostkowość. Domyślam się jednak, że na dobre relacje między państwami rzutują również osobiste relacje ich liderów. Polska znajomość z nowym Prezydentem Francji zaczęła się fatalnie.


Trudno już dziś przewidzieć, jaką drogą pójdzie Francoisa Hollande. Czy spełni wszystkie obietnice czy może raczej będzie się trzymał paktu fiskalnego? Niezależnie jakie będą decyzje nowego Prezydenta Francji jednego można być pewnym. Epoka Sarkozego definitywnie się skończyła.

07 maja 2012

Wszystkie Ryśki to fajne chłopaki


Ryszard Czarnecki ma niewątpliwy talent. Nikt w ostatnich latach z mniej lub bardziej znanych postaci świata polityki nie potrafi tak umiejętnie dryfować między różnymi partiami, liderami i organizacjami. Zważywszy na ostatni wpis Czarneckiego odnoszący się do bojkotu EURO2012 można się jedynie zastanawiać, czy naszego bohatera zawiódł instynkt czy może szczęście.
Niezależnie co stało za przemyśleniami europosła jego głos idzie w całkowicie odmiennym kierunku aniżeli list Prezesa Jarosława Kaczyńskiego. Wbrew jednak opinii wielu komentatorów nie sądzę, aby wyciągnięto jakiekolwiek konsekwencje wobec Czarneckiego.
Po pierwsze, mimo medialnego szumu jaki potrafi wywołać, Ryszard Czarnecki jest raczej nieszkodliwy w wewnętrznych rozgrywkach. Całkowicie zależny od kaprysu Prezesa nie stanowi żadnego zagrożenia. A bywa użyteczny. No i mimo niewątpliwej wpadki, jak mało kto potrafi słowa Prezesa przedstawić jak prawdę objawioną.
Po drugie, mimo, iż europoseł ujawnił swoje poglądy, to chyba nikt nie wierzy, że w publicznym dyskursie z powagą godną lepszej sprawy nie będzie wmawiał czytelnikom swojego bloga, że wszak to co napisał nie stoi w sprzeczności ze słowami Prezesa. Nie wiem jak, bo nie mam zdolności Czarneckiego, ale w myśl słów Jarosława Kaczyńskiego "nie przekonają nas, że czarne jest czarne a białe jest białe" wszystko jest możliwe.
Po trzecie, wpadka Ryszarda Czarneckiego jest w rzeczywistości raczej mało istotnym głosem w dyskusji nad bojkotem EURO2012. Oczywiście, jest to dość zabawna zbitka dwugłosu w PiSie, ale też całkowicie nieistotna. Być może powodująca pewien dyskomfort i dająca pole do uszczypliwości wobec tłumaczących się z tego dwugłosu działaczy PiS. Jednak mimo wszystko to tylko poboczny wątek sprawy, która ma już wymiar europejski.
Z pewnością Ryszard Czarnecki już odczuł niezadowolenie Prezesa. Zapewne założył już "worek pokutny". I pewnie Jarosław Łaskawy wybaczy Ryśkowi, bo...."wszystkie Ryśki to fajne chłopaki". Żal tylko, że pewnie mniej będzie europosła w necie i związanej z jego wpisami rozrywki. W końcu nikt jak Czarnecki nie wie, że tylko saper myli się raz. Drugi raz może mu nie być wybaczone. W końcu łaska pańska ma też swoje granice.

05 maja 2012

Prawo do 2 kresek

Każdy człowiek ma prawo do szczęścia. Dla niepłodnych par tym szczęściem są dwie kreski na teście ciążowym i narodziny własnego dziecka. Dlatego głos środowisk walczących o swoje prawo do szczęścia, o prawo do dziecka, a także lekarzy dających ludziom nadzieję powinny mieć decydujący wpływ na kształt regulacji in vitro w naszym kraju. Dzieje się jednak inaczej. W dyskusji o metodzie wspomaganego rozrodu zaczynają przeważać głosy mężczyzn z wyboru bezdzietnych i polityków, których nigdy nie dotknął problem braku własnego dziecka.
Pierwszy zabieg in vitro wykonano w Polsce w 1987 roku w ówczesnej Akademii Medycznej w Białymstoku. Dokonał go zespół lekarzy pod kierunkiem niewątpliwego autorytetu w tej dziedzinie prof. Mariana Szamatowicza. Przypominam ten fakt nie bez przyczyny. W wyniku in vitro wykonano w Polsce kilkadziesiąt tysięcy zabiegów, z których urodziło się już ponad 12 tysięcy dzieci. Nie przypominam sobie, aby przez tych ponad 20 lat praktyki in vitro w Polsce, ktokolwiek podważał in vitro jako metodę leczenia i w wielu przypadkach jedyną i ostateczną szansę na posiadanie dziecka przez pary, które z przyczyn zdrowotnych mają problemy z poczęciem dziecka. Nie przypominam też sobie, aby poza samymi zainteresowanymi, ich bliskimi i grupą lekarzy ktokolwiek zajmował sobie głowę ich problemami. Nagle, przez zapowiedź minister Kopacz o możliwości refinansowania zabiegów in vitro większość polityków stała się ekspertami w zakresie wspomaganego rozrodu. Więcej, do polskiego parlamentu wpłynął obywatelski projekt zafrasowanych losem zarodków obywateli, którzy chcieli całkowitego zakazu stosowania tej metody i jednocześnie karania wszystkich tych, którzy chcieliby przystąpić do tej metody i pomagali w jej realizacji. Szczęśliwie parlament zachował dość rozsądku, aby odrzucić ten szkodliwy prawnie i społecznie projekt.
Warto w tym miejscu zadać sobie pytanie, czy de facto, skądinąd szlachetne intencje minister Kopacz, nie obrócą się summa summarum przeciwko parom, dla których jedyną szansą na macierzyństwo jest in vitro?! Niewykluczone, że tak się stanie. Projekt ustawy, powszechnie zwany projektem Gowina, który – w mojej ocenie - niestety ma szanse na przyjęcie, poprzez zawarte w nim ograniczenia dostępnych i stosowanych w świecie technik, znacząco zmniejsza szanse niepłodnych par na poczęcie dziecka, w stosunku nawet do obecnych regulacji. Zgadzam się, że ułomnych, kształtowanych jedynie przez wewnętrzne regulacje poszczególnych klinik, przysięgę Hipokratesa obowiązującą lekarzy, ale jednak stwarzających – póki co - większe szanse na skuteczność zastosowanej metody leczenia.
In vitro jest bowiem metodą leczenia. Dziś, niepłodność dotyka na świecie około 15 proc. społeczeństwa w wieku rozrodczym. Ze względu na częstość występowania Światowa Organizacja Zdrowia uznała ją za chorobę społeczną. W Polsce uważa się, że problem niepłodności dotyczy co piątej pary. To niemal dwukrotnie więcej niż w poprzednim pokoleniu. Wiele prognoz wskazuje, że już w następnym, co trzecia kobieta nie doczeka się potomstwa w sposób naturalny. A to z kolei oznacza poważne problemy demograficzne krajów wysoko rozwiniętych, w tym także Polski. Także z tego powodu, chyba niedocenianego i nie zauważanego, warto zapytać czy polscy politycy mają jakiekolwiek prawo, aby walczyć z prawem ludzi do leczenia i poświęcania wszystkiego co dla nich najważniejsze, aby tylko wypełnić poczucie pustki własnym dzieckiem?!
Naturalna potrzeba
Sądzę, że polscy parlamentarzyści, przed podjęciem ostatecznej decyzji dotyczącej regulacji technik wspomaganego rozrodu powinni sobie zadać pytanie, czy można niepłodnym parom zabronić walki o narodziny własnego dziecka, zwłaszcza, gdy współczesna medycyna daje im nadzieję na spełnienie marzeń? Uważam, i myślę, że z tym twierdzeniem zgodzą się wszyscy, pragnienie dziecka - i będę powtarzał to powielokroć - jest pragnieniem naturalnym, zgodnym z naturalnymi instynktami i po prostu pięknym. Całkowicie do mnie nie przemawia, jeśli ktoś wmawia mi, że dziecko jest darem od Boga i jeśli go nie ma, to należy się z tym pogodzić. Szanuję, decyzję tych wszystkich, którzy z takich powodów nie podejmują leczenia i nie chcą korzystać z in vitro. Jest to ich decyzja i choć jej nie rozumiem, przyjmuję z szacunkiem. Jednocześnie całkowicie nie zgadzam się, aby system wartości wyznawanych przez jakąkolwiek grupę społeczną, niezależnie jak dużą, miał wpływ na decyzje innych ludzi, czy chcą lub nie podjąć określone metody leczenia. System prawny powinien każdemu dawać możliwość leczenia i korzystania z najnowszych technik leczenia dostępnych medycynie, jednocześnie bez nakazu korzystania z niej.
In vitro to nie aborcja
Nawet nie potrafię sobie wyobrazić, co czuły pary korzystające z in vitro, gdy usłyszały, że „to wysublimowana forma aborcji”. Wiem za to, że w leczeniu każdej choroby, także niepłodności ogromną rolę odgrywa psychika. Takie słowa z pewnością zabolały tych wszystkich, którzy latami czynią starania, aby „być w ciąży”, i dla których wystarczającym obciążeniem psychicznym jest każdorazowy stres związany z brakiem pozytywnego efektu testu ciążowego po każdym zabiegu IVF. Wiem też, że osoby korzystające z metod wspomaganego rozrodu są ostatnimi, które poddałyby się zabiegowi aborcji.
Warto też zauważyć, że przy zapłodnieniu naturalnym szacuje się, iż blisko 50-70% to poronienia subkliniczne, czyli takie, gdy ciąża nie została zdiagnozowana. Kobieta traci dziecko nawet o tym nie wiedząc. Podobne sytuacje zachodzą przy metodzie in vitro. Statystyki w obu przypadkach są więc porównywalne. Czy jednak w przypadku poronień naturalnych mówimy o aborcji?!
Często podnoszony jest też argument, że aby powstało jedno życie z in vitro musi umrzeć wielu jego braci i sióstr. Nic bardziej mylnego i nieprawdziwego. To z czym z takim uporem walczy między innymi poseł Gowin, a więc możliwość tworzenia większej liczby zarodków w jednej procedurze in vitro, aniżeli tak jak w normalnym cyklu, jeden lub maksymalnie dwa zarodki, jest de facto krokiem wstecz w stosunku do osiągnięć współczesnej medycyny i szans na skuteczne zapłodnienie.
Po pierwsze, nieprawdziwe jest twierdzenie, że stymulacja kobiety powoduje powstanie niezliczonej liczby komórek jajowych, które po zapłodnieniu tworzą armię zarodków. Niezwykle rzadko dochodzi to hiperstymulacji, w wyniku której powstaje kilkadziesiąt komórek jajowych. To jednak nie oznacza, że wszystkie one zapłodnią się, czyli innymi słowy zaczną się dzielić. Rola biologa, który dokonuje zapłodnienia, a więc umieszczenia plemnika w komórce jajowej kończy się w momencie podania plemnika, a potem do działania przystępuje natura. Ta z kolei decyduje czy komórka zacznie się dzielić czy nie i czy powstanie zarodek, który można będzie zaimplantować kobiecie. W wielu przypadkach jest tak, że nawet po zapłodnieniu kilku komórek jajowych tylko jedna czy dwie zaczynają się dzielić. A tym samym mogą być podane kobiecie. Reszta, tak jak w naturze, w sposób naturalny, tyle że poza organizmem kobiety, po prostu się nie zapładnia i obumiera.
Po drugie, jeśli para ma szczęście i zapłodnią się więcej niż dwie komórki jajowe, to nadliczbowe mogą być zamrożone i służyć w przyszłości powtórzeniu procedury sztucznego zapłodnienia. Dla niepłodnej pary, każdy zarodek jest ważny i cenny. Te pary traktują zarodki jak własne dzieci a ostatnią rzeczą, jakiej by chciały, to próba ich niszczenia. Dziś w Polsce w klinikach zajmujących się metodami wspomaganego rozrodu, obowiązują regulacje umożliwiające parom nie mogącym przyjąć wszystkich zarodków, przekazanie ich anonimowo innym parom do adopcji. Twierdzę, że nie ma w Polsce kliniki, która zezwalałaby na życzenie rodziców niszczyć nadliczbowe zarodki. Jeśli zaś takie sytuacje miałyby miejsce, to należy to natychmiast uregulować tak, aby podobne sytuacje nie miały miejsca.
Jednocześnie nie może być to argument przeciwko tworzeniu większej liczby zarodków. A mam wrażenie, że projekt Gowina bez większej troski o dobro kobiet poddawanych stymulacji hormonalnej jak i samej skuteczności metody in vitro, próbuje w imię nieprawdziwych tez skutecznie ograniczyć możliwości uzyskania ciąży przez pary niepłodne. Ograniczanie skuteczności samej metody poprzez zakaz tworzenia większej liczby zarodków byłoby po prostu głupotą.
Podobne praktyki we Włoszech spowodowały ograniczenie skuteczności zabiegów in vitro, a także odpływ całych zespołów medycznych wykonujących te zabiegi, i jednocześnie turystykę in vitro wielu włoszek szukających skuteczniejszej metody na uzyskanie ciąży aniżeli we własnym kraju. Jeśli Jarosław Gowin wziął sobie za punkt honoru ograniczenie praw Polek i Polaków do skutecznego leczenia w Polsce i zmuszenie specjalistów do wyjazdu do pobliskich Czech, to trzeba przyznać, że może to być skuteczna metoda. W wyniku takich działań będzie mniej zabiegów, skuteczność również ulegnie zmniejszeniu. Skądinąd zwiększy się zapewne liczba korzystających z klinik przy granicy z Polską, ale ostatecznie i tak będą z in vitro korzystać ludzie naprawdę zamożni. Już dziś dla wielu par koszty związane z leczeniem są ogromnym wyzwaniem wymagającym wielu poświęceń i samoograniczenia. Ewentualne dodatkowe koszty związane z wyjazdami do zagranicznych klinik znacząco ograniczy liczbę par sięgających po zapłodnienie pozaustrojowe. Czy więc warto niszczyć ludzkie marzenia w imię nieprawdziwych przekonań? Śmiem wątpić.
Polacy mówią tak
Paradoksalnie, to co wielu komentatorów ocenia krytycznie w działaniach poprzedniego i obecnego rządu Donalda Tuska, a więc podejmowanie decyzji pod wpływem badań socjologicznych i sondaży, może być dla niepłodnych par przysłowiowym światełkiem w tunelu. Przeprowadzone w marcu 2009 roku przez CBOS badanie akceptacji zastosowania zapłodnienia in vitro pokazało, że aż 77% Polaków akceptuje metodę sztucznego zapłodnienia a 53% dopuszcza stosowanie tej metody przez pary nie związane węzłem małżeńskim. Co więcej, zdecydowana większość respondentów dopuszcza tworzenie nadliczbowych zarodków. Biorąc pod uwagę liczne i słyszalne głosy przeciw in vitro są to wyniki zaskakujące. Ale także budujące.
Osoby, które chcą skorzystać z in vitro de facto znalazły więc poparcie dla swoich praw w głosie społeczeństwa. Większość z nas, Polek i Polaków, chce, aby niepłodnym i bezpłodnym parom stworzyć szansę na pełną rodzinę. Co ciekawe, to fakt, że większość osób młodych, wykształconych, z dużych ośrodków miejskich opowiada się za metodami wspomaganego rozrodu. Nie powinno nas to zresztą dziwić. To głównie ci ludzie, sami bądź poprzez kontakt ze swoimi rówieśnikami, muszą się zmagać z problemem niepłodności.
Znamienne i niezwykle interesujące pozostaje również rozmijanie się głosu kościoła i samych wiernych. Otóż z tych samych badań wynika, że 55% katolików akceptuje stosowanie metody in vitro przez niepłodne pary. To już jednak bardziej problem kościoła jak uporać się z faktem, że świat wokół ulega szybkim zmianom cywilizacyjnym i zaczyna się po prostu laicyzować. Głos biskupów, donośny i wielokrotnie powtarzany w środkach masowego przekazu, zdaje się nie trafiać do wiernych. Przynajmniej w przypadku, gdy chodzi o współczucie i chęć pomocy ludziom przeżywającym cierpienia wynikające z braku potomstwa.
Płacić czy nie płacić
Żaden z projektów przygotowanych przez posłów Platformy (a na tych obecnie należy skupić uwagę) nie zawiera zapisów dotyczących refundacji zabiegów in vitro. Zważywszy, że dyskusję o in vitro wywołała wypowiedź minister Kopacz o możliwości refinansowania tych zabiegów, to brzmi to jak paradoks. W końcu to właśnie kwestia pokrywania kosztów leczenia spowodowała lawinę dyskusji o in vitro a potem także powstanie kilku projektów podejmujących próbę regulacji tej materii.
Pary podejmujące próbę leczenia metodami wspomaganego rozrodu wiedzą najlepiej, czym jest w Polsce darmowa służba zdrowia. In vitro traktowane w naszym kraju, jako fanaberia dla bogaczy w zależności od kliniki kosztuje minimum dziesięć tysięcy złotych. Jeśli doliczyć do tego liczne badania, częste dojazdy do odległych klinik, wizyty lekarskie to kwota zabiegu in vitro kosztuje wielokrotnie więcej. Pamiętać też należy, że nie zawsze udaje się za pierwszym razem. Średnio co trzeci zabieg jest udany. W jednym z wywiadów doktor Piotr Lewandowski z kliniki Novum powiedział, że jedna z jego pacjentek zanim zaszła w ciążę podchodziła do zabiegu ośmiokrotnie, choć on sam zaleca maksymalnie sześć procedur. Ostatnio w Wielkiej Brytanii kobiecie udało się urodzić zdrowe dziecko po trzynastu zabiegach. Co świadczy nie tylko o ogromnej determinacji, ale także potwornych kosztach, jakie musiała ponieść na leczenie. Nie wszystkich jednak stać na tak duże wydatki. Wystarczy przejrzeć wpisy na jakimkolwiek forum odnoszącym się do problemów niepłodności. Zdeterminowani przyszli rodzice zapożyczają się, wyprzedają majątek swój i bliskich. Choroba dotyka bowiem niezależnie od statusu społecznego czy majątkowego. Brak jakiejkolwiek formy refinansowania zabiegów powoduje, że ich liczba i tak jest ograniczona. Wielu osób po prostu nie stać na kilka prób. Dlatego tę dramatyczną sytuację można przyrównać trochę do lizania lizaka przez szybę. Z jednej strony świadomość, że istnieją dostępne i stosowane na świecie metody umożliwiające niepłodnym parom posiadanie dziecka, a z drugiej ograniczenie w postaci braku środków na realizację marzeń. To chyba największa tortura dla par bez dziecka.
W krajach europejskich różnie rozwiązano ten problem. Zwykle przyjmuje się zwrot kosztów trzech zabiegów lub częściowe refinansowanie w kwocie 50 lub 75%. W Izraelu z kolei opłaca się każdy zabieg, aż do uzyskania dwójki dzieci. Uważam, że stać nas, aby nasi obywatele, których dotknął problem niepłodności, a którzy jak wszyscy inni płacą podatki mieli zagwarantowane prawo do bezpłatnej opieki także w kwestii leczenia niepłodności. Być może nie każdy zabieg, ale minimum trzy procedury. Rynek Zdrowia podał za prof. Marianem Szamatowiczem, że NFZ wydawałby na koszty leczenia in vitro około 100 milionów złotych rocznie. To mniej więcej tyle, ile kosztowało polskie społeczeństwo roczne utrzymanie partii parlamentarnych. Sama Platforma pobierała ze Skarbu Państwa prawie 40 milionów złotych a PiS 35 milionów. Wnioski nasuwają się same.
In vitro leczy
Nie mogę zgodzić się z argumentacją, że in vitro to żadna metoda leczenia, bo osoba niepłodna nawet po udanym zabiegu nadal pozostaje niepłodna. Zgoda, jednak nie można nie zauważyć, że eliminuje skutek choroby. Rzeczywiście kobieta czy mężczyzna niepłodni nie staną się nagle płodni. Niezależnie czy procedura in vitro była udana czy nie. Jednak niepłodność nie jest jedyną chorobą, której leczenie polega na niwelowaniu skutków. Weźmy za przykład choćby osoby z wadami wzroku. Sam fakt, że noszą okulary nie sprawi, że odzyskają doskonały wzrok i równie dobrze będą się obracać w świecie bez szkieł na nosie. A co z osobami chorymi na cukrzycę, choroby serca, nerek etc. Przecież nigdy nie staną się w pełni zdrowi, choroba nie zniknie jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Czy tak jak niepłodni mają przyjąć, że tak było im pisane i ich leczenie to zbyt duże obciążenie dla budżetu państwa?! Niepłodność jest niestety wciąż tematem tabu. Tematem dla wielu osób wstydliwym i krępującym. I może dlatego trudno im głośno i wyraźnie mówić o swoich problemach i domagać się świadczeń, które należą im się jak każdemu innemu obywatelowi z innymi schorzeniami. Powinniśmy pamiętać, że niepłodność może dotknąć każdego z nas w wieku rozrodczym. Do polityków należy tylko stworzenie warunków wyboru dalszej metody leczenia. O wyborze zaś leczenia powinni decydować sami pacjenci a nie zasobność ich portfela.

02 maja 2012

Bój to jest nasz ostatni...

Nie ma co ukrywać. Korespondencyjny pojedynek na „gęby” wygrał Janusz Palikot. Ze swadą, przekonaniem, nowoczesnymi technikami i pstryczkiem o naćpanej hołocie. To było show jednego aktora, który wie czego chce.

Na tym tle Leszek Miller pokrzykujący do mikrofonu o kapitalistach w kongresowej, gdzie wypowiadane treści kompletnie nie współgrały z mową ciała, sprawiał wrażenie zagubionego i wsadzonego w uniform, który go uwiera. Nadto wszystko z niemałą trudnością odśpiewana Międzynarodówka a zwłaszcza słowa „Bój to jest nasz ostatni…” brzmiały niemal złowieszczo i proroczo. I co chyba gorsze dla wykonawców mogły postronnego widza wprawić w rozbawienie zwłaszcza, jeśli konfrontuje się to z muzyką z sali kongresowej.
SLD wciąż sprawia wrażenie formacji mocno obitej porażką wyborczą. Oczywiście porażką z Ruchem Palikota. Ten z kolei a zwłaszcza sam Janusz Palikot zdaje się nie zwalniać i sypie jak z rękawa mniej lub bardziej udanymi pomysłami na Polskę.
Obaj liderzy zdają się jednak nie zauważać, że głównym problemem nie jest eliminacją za wszelką cenę jednego z nich, ale wspólny front wyborczy. Jeśli myślą o rządzeniu Polską to efekciarskie wbijanie sobie szpil, silenie się na to kto jest bardziej lewicowy przysporzy im tylko kłopotów miast odsunąć od władzy aktualną koalicję.
Nie sądzę, aby wyniki kolejnych wyborów pozwoliły Ruchowi Palikota i SLD na stworzenie skutecznej koalicji rządowej, jeśli zdecydują się na samodzielny start. A to daje siłę Platformie Obywatelskiej, która mimo coraz większej liczby błędów w rządzeniu, przy spadających sondażach nadal jest w grze. Póki co nic też nie zapowiada dramatu. Zwłaszcza, że opozycja usilnie robi wszystko, aby władzy od Tuska nie przejąć. Dzisiejsze obchody 1 maja mogą Premiera Tuska jedynie utwierdzać w przekonaniu, że jest wieczny. 

Kapitulna


01 maja 2012

Biologia jest po stronie Palikota

Palikot w Sali Kongresowej, Miller na Krakowskim Przedmieściu. 1 maja staje się okazją do politycznej manifestacji siły i walki na to kto jest bardziej lewicowy. Palikot krzyczy z billboardów „Zero bezrobocia. Teraz!” zaś Miller walczy z mównicy kongresu wyborczego z reformą wieku emerytalnego. Obaj zdają się nie dostrzegać, że reformy emerytalnej nie da się i nie powinno zatrzymywać, a bezrobocie nigdy nie będzie na zerowym poziomie. Czy chcą nam zafundować utopię?




Nie sądzę. Zarówno Leszek Miller jak i Janusz Palikot to wytrawni gracze. Obaj też umiejętnie potrafią grać na lewicowej nucie, cieniem zasłaniając osobiste bogactwo jednego zaś drugiego stricte liberalny pomysł podatku liniowego. Mniej lub bardziej prawdziwa osobista niechęć obu Panów to być może preludium do wielomiesięcznej walki na zamordowanie przeciwnika. Oddzielne obchody 1 maja wpisują się w tę walkę dwóch, skądinąd bliskich ideowo formacji. I chyba nie powinny nas zmylić z jednej strony zapewnienia ze strony Janusza Palikota zaś z drugiej sygnały z obozu Leszka Millera o chęci współpracy. Trudno bowiem uwierzyć, że są to słowa szczere zwłaszcza po spektaklu jaki mogliśmy oglądać kilka tygodni temu.


Wiemy już, że 1 maja będzie w tym roku w PKiN oraz na Krakowskim Przedmieściu i ogrodach przy Rozbrat. Czy kiedyś obie formacje znajdą wspólny język dla stworzenia wspólnej listy? Dziś trudno to przewidzieć. Jednakże jeśli obaj myślą o perspektywie rządzenia lub współrządzenia Polską, to działanie na zasadzie wzajemnej kontry tylko ich odsuwa od założonego celu. Z tym że Leszek Miller zdaje się mieć mniej czasu. Jak mawiał klasyk „biologia jest po naszej stronie”, czyli w tym przypadku Janusza Palikota.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...