Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gronkiewicz-Waltz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gronkiewicz-Waltz. Pokaż wszystkie posty

31 maja 2015

Platforma umiera

Do I tury wyborów prezydenckich wszystko wyglądało dobrze. Mimo że poparcie dla Bronisława Komorowskiego zmniejszało się im bliżej rozstrzygnięcia mało kto wierzył, że może przegrać. Politykom Platformy trudno też uwierzyć, że to nie urzędujący jeszcze prezydent przegrał, ale że przegrała ich formacja. I to nie tylko wybory prezydenckie. Właśnie przegrywają wybory parlamentarne i swoją przyszłość.
W mało subtelny sposób, wręcz obcesowy, sekretarz generalny PO Andrzej Biernat po posiedzeniu zarządu partii podsumowującym wyniki wyborów odcinał się od przegranego prezydenta. To samo czynił inny członek Zarządu Sławomir Neumann. I pewnie wyrażali opinię większości zarządu partii. Ten ruch jasno pokazuje panikę jaka zapanowała w szeregach rządzących. Jakby zapomnieli, że władza nie jest im dana raz na zawsze.
Polityka sklejania różnych, często bardzo różnych środowisk od lewa do prawa, brak realizacji obietnic wyborczych i wreszcie zwykłe kumoterstwo w urzędach a także język tzw. elit politycznych ujawniony na nagraniach kelnerów musiało w końcu przynieść efekt buntu wyborców. Ci z kolei dostrzegli, że ani PiS taki straszny po 8 latach od rządu Jarosława Kaczyńskiego ani Platforma taka nowoczesna i skupiona na modernizacji kraju.
Niezastąpiony, jak się wydawało, Donald Tusk odszedł w najlepszym dla siebie momencie. Na swoją następczynię wskazał Ewę Kopacz. Sam ten fakt wskazuje, jakie mechanizmy kierują wewnętrznymi nominacjami. Z perspektywy Tuska to ruch całkowicie zrozumiały. Lojalna wobec Tuska posłanka z Radomia, bez znaczącej pozycji wewnątrz partii i bez sukcesów w ministerstwie zdrowia wydawała się idealnym liderem na czas, kiedy Tusk emigruje do Brukseli. Jej zadaniem było trwać i zachować silne struktury na czas kiedy Tusk wróci do kraju, by ponownie zaangażować się w krajową politykę. W międzyczasie dokonał eliminacji wszystkich znaczących postaci. Gdy dziś spojrzeć na elitę Platformy Obywatelskiej to nie ma tam żadnej istotnej, znaczącej, obdarzonej charyzmą postaci. No bo kto? Andrzej Biernat? Wolne żarty. Sławomir Neumann, który ma kłopoty ze sformułowaniem myśli? Hanna Gronkiewicz-Waltz, która utknęła w Warszawie na dobre i już raczej żadnej istotnej roli w krajowej polityce nie odegra? Reszta to postacie albo mało znane i niesamodzielne albo poobijane przez różne mniej lub bardziej dotykające ich afery jak choćby afera pistoletowa z Cezarym Grabarczykiem w roli głównej.
Jest jeszcze minister Grzegorz Schetyna. Jednak zmarginalizowany i publicznie przez Tuska upokorzony. Sprowadzony do roli chłopca na posyłki, po objęciu teki ministra spraw zagranicznych odżył. Jednak coraz częściej wymieniany jako zagrożenie dla przywództwa Ewy Kopacz jest na celowniku wewnętrznych harcowników, którzy zadbają by ambicje ministra w nadchodzących wyborach skończyły się co najwyżej na starcie do Senatu.
Inny problem Platformy to PiS. Partia, którą straszono przed każdymi wyborami. Dziś jasno widać, że ta retoryka trafia do niewielu. Poza tym spece od kampanii powinni z pokorą przyjąć wynik wyborów prezydenckich, posypać głowę popiołem i przyjąć kampanię Dudy jako szansę na naukę. Tak źle zrobionej przez Platformę i nie przemyślanej kampanii w Polsce nie było do ponad 25 lat. A PiS po lifitingu, z Jarosławem Kaczyńskim głęboko schowanym, okazał się dla wielu wyborców całkiem atrakcyjną ofertą. Na tyle atrakcyjną, że to w sztabie Andrzeja Dudy unoszono ręce do góry i to dwukrotnie. Dodatkowo, zwłaszcza teraz, po zwycięstwie Dudy Prawo i Sprawiedliwość nabrało wiatru w żagle i jako partia do jesiennych wyborów idzie z przekazem zmiany, której większość Polaków, także dotychczasowych wyborców PO po prostu oczekuje.
Kolejna przeszkoda z jaką musi się zmierzyć Ewa Kopacz i jej formacja to rodząca się właśnie nowa oferta, skierowana głównie do dotychczasowych wyborców Platformy. NowoczesnaPL z Ryszardem Petru to de facto Platforma Obywatelska. Jednak nowsza, bez obciążeń, bez milionów z budżetu państwa, bez skompromitowanych polityków, którzy przyzwyczajeni do krewetek i ośmiorniczek zapomnieli, że menu większości obywateli ich kraju to schabowy z ziemniakami i mizerią. To oczywiście nie znaczy, że liderzy NowoczesnejPL a zwłaszcza ich przywódca, bankowiec o uposażeniu więcej niż przeciętnym nie jada ośmiorniczek. Jednak ma tę przewagę, że jada je za swoje a nie na ministerialną kartę służbową. Petru ma szansę zebrać wyborców „wkurzonych” polityką trwania, jaką prezentuje Platforma od kilku lat. Ma szansę zebrać ten elektorat, który nie chce głosować na PiS, z obrzydzeniem patrzy na PO i dotychczas nie wiedział, mimo liberalnych przekonań i wartości, nie będąc zabarwiony lewicową estetyką i wierzący w siłę własnych rąk a nie państwowego rozdawnictwa, na kogo głosować. Ryszard Petru stwarza takiemu wyborcy alternatywę. I nawet jeśli ostatecznie nie przekroczy progu wyborczego, to ewentualny start jego formacji w wyborach parlamentarnych zabiera kilka punktów Platformie, której może zabraknąć by myśleć o tworzeniu jakiejkolwiek koalicji w następnym sejmie.
Wreszcie Kukiz i jego zmieleni. Największa niespodzianka wyborów prezydenckich, ale też największa niewiadoma przyszłych wyborów parlamentarnych. Nie wiadomo co Kukiz prezentuje i z jakim programem wystąpi. Same JOWy, pomijając ich absurdalność, to jednak mało. Nie wiadomo też, kto będzie z Kukizem w nowym Sejmie. Co nie zmienia faktu, że jeśli wprowadzi do parlamentu swoich ludzi, a sondaże dają mu obecnie nawet drugą pozycję, będzie współtworzył rząd. I to co wydawało się niemożliwe, czyli brak koalicjanta dla PiS właśnie powstaje. Można było sobie bowiem wyobrazić, że nawet przy zwycięstwie PiSu, Platforma będzie nadal rządzić. Ale gdy w sejmie znajdą się ludzie Kukiza, a PSL i zwłaszcza SLD będą walczyć jedynie o przetrwanie, to rząd PiSu i Kukiza jest więcej niż pewny. A gdy powstanie nowy rząd to można z dużą pewnością założyć, że zwłaszcza w zakresie badania afer, które targały życiem publicznym przez ostatnie 8 lat będzie się zajmował nimi skutecznie i dogłębnie. A to nie będzie sprzyjało ani politykom Platformy ani konsolidacji wokół nich nowych środowisk. Jest więcej niż pewne, że będzie to bolesna kuracja dla polityków PO.
Inna sprawa to postacie jakie Platforma w ostatnim czasie forsowała jako swoich liderów. Trudno bowiem za takich uznać zarówno Romana Giertycha jak i Michała Kamińskiego. Ludzie reprezentujący wrażliwość i estetykę pisowską stali się nagle nawróconymi wyznawcami geniuszu Ewy Kopacz i jej formacji. Przeciętnemu wyborcy trudno uwierzyć w taką przemianę, zwłaszcza, że przypadek Michała Kamińskiego może być rozpatrywany w kategoriach „skoku do korytu”, od którego temu politykowi trudno się oderwać. Doradca premier Kopacz i jednocześnie minister w jej kancelarii miał wyjątkowo duży udział w kampanii prezydenta Komorowskiego przed II turą. I jak się okazuje jego urok i medialna nadpobudliwość na wyborcę liberalnego nie działa jak w poprzednich kampaniach realizowanych dla prezesa Kaczyńskiego.
Ostatnia rzecz to skrzydła Platformy. Gdy wszystko się układa, partia zmierza do zwycięstwa głosów rozłamowych, podważających przywództwo jest mało lub wcale. Gdy zaś okręt zaczyna tonąć, a posłowie z dalszych ław zaczynają dostrzegać, że z odległych miejsc na liście nie ma szans na zdobycie mandatu, zaczyna się poszukiwanie dla siebie nowego miejsca w życiu. Jedni będą się łudzić, że może jakimś cudem w ich okręgu uda się zdobyć mandat jak 4 lata wcześniej, inni z kolei, będą podkreślać dzielące ich z przywództwem różnice, i szukać miejsca w PiS lub u Kukiza. Już podnoszą się głosy, że tzw. skrzydło konserwatywne w PO szuka możliwości wejścia na listy Prawa i Sprawiedliwości. Dla samej Platformy być może to niewielki uszczerbek ludzki i intelektualny, ale wizerunkowo to znacząca porażka. To sygnał dla potencjalnych wyborców, że Platforma się sypie. Że zaczyna przegrywać i że jesienią jest skazana na porażkę. A skoro opuszczają ją członkowie to dlaczego mają przy niej pozostać wyborcy?
Trudno dziś dostrzec jakikolwiek pomysł Platformy Obywatelskiej na wygraną w jesiennych wyborach. Prawdą jest, że od porażki w kampanii prezydenckiej minęło zaledwie kilkanaście dni. Nie można więc oczekiwać, że partia rządząca przedstawi natychmiast program utrzymania władzy a przede wszystkim dotychczasowego wyborcy. Jednak minimum jakie może dziś Platforma wykonać i co powinna zrobić, to zacząć realizować obietnice. W obiecywaniu nie mają sobie w końcu równych. W braku realizacji obietnic, również. I może to jest główny i najważniejszy problem, którego zadowoleni z życia, obrośnięci w przywileje przedstawiciele kasty rządzącej, w zadymionych gabinetach nie potrafią zrozumieć. I tu akurat trudno im się dziwić. Zza dymu cygar niewiele widać.

05 listopada 2014

Piotr Guział wygra

W II turze wyborów prezydenckich to Piotr Guział będzie faworytem wyścigu wyborczego a nie Hanna Gronkiewicz-Waltz. I jeśli do niej dojdzie wygra. W Warszawie nastąpi zmiana. Na lepsze. 
Platforma Obywatelska zaczęła z impetem telewizyjną kampanię samorządową. W ostatnich dwóch tygodnia w zamyśle twórców jej nowego wizerunku premier Ewa Kopacz pokazuje się jako socjalna twarz PO. Wzywa do jedności, zaprasza na spotkanie szefa największej opozycyjnej partii. W spocie wyborczym odcina się od kłócących polityków. Bliżej ludzi. Już nie gospodarcze oblicze, ale socjalne. To wprost uderzenie w elektorat lewicowy. Próba pozyskania nowych środowisk wobec widocznego i wyraźnego zniechęcenia dotychczasowego elektoratu.
Opozycja zdaje się nie być przygotowana na taki scenariusz. To z kolei przekłada się na kampanię samorządową. Zresztą w Warszawie widać to najlepiej. SLD wystawia do walki z prezydent Warszawy sympatycznego, acz nierozpoznawalnego lidera, typowego działacza partyjnego. PiS zaś stawia na Jacka Sasina, który nie jest nawet mieszkańcem Warszawy.  W kontekście sztandarowego dla kampanii Sasina postulatu bezpłatnej komunikacji i płacenia podatków w Warszawie jest to więcej niż pogrążające kandydata partii Jarosława Kaczyńskiego. Na tym tle, Piotr Guział jawi się jako zupełnie inna, nowa jakość. Charyzmatyczny, bezpartyjny, z doświadczeniem samorządowym, wizją miasta i wielkim sukcesem jakim było referendum w sprawie odwołania obecnie urzędującej prezydent. Choć w referendum nie udało się odwołać Hanny Gronkiewicz-Waltz, to już jego wynik i to że się odbyło pokazuje ogromny potencjał Guziała.
Spośród kandydatów, którzy mogą walczyć o II turę z panią prezydent liczą się więc w zasadzie jedynie dwaj kandydaci. Jacek Sasin i Piotr Guział. Ten pierwszy, z obciążeniem meldunku w Ząbkach, reprezentujący Prawo i Sprawiedliwość nie stanowi praktycznie żadnego zagrożenia dla Gronkiewicz-Waltz. Przyglądając się kampanii Jacka Sasina można czasem odnieść wrażenie, że sam kandydat nie wierzy w sukces. Gdyby udało mu się, mimo ewidentnych wpadek, uzyskać poparcie dające udział w II turze, to nie trzeba być specjalnym znawcą politycznych mechanizmów by wiedzieć, że dziś i pewnie jeszcze długo PiS nie będzie w Warszawie siłą dominującą tak jak przez ostatnie 8 lat Platforma Obywatelska. Warszawa, w której wygrywał Lech Kaczyński w 2002 roku jest już zupełnie innym miastem a też każdy inny kandydat z ramienia tej partii na funkcję prezydenta stolicy jest jedynie cieniem swego partyjnego poprzednika. Zważywszy, że prezydentura Lecha Kaczyńskiego w warszawskim ratuszu nie była porywająca, można jedynie dodać, że ów cień jest wyjątkowo słaby.
W tym kontekście Piotr Guział jest nowością na warszawskim rynku. Zagrożeniem dla zabetonowanej warszawskiej sceny politycznej. Tak jak na krajowej liczą się PO i PiS tak Warszawa była jej niemal lustrzanym odbiciem. Przez długi czas można było w ciemno obstawiać wyniki wyborów w stolicy. Coś jednak się zmieniło. Piotr Guział nie jest obciążony zmorą trwałego konfliktu politycznego, w którym uczestniczą i którym żywią się Platforma i PiS. Co więcej, jest człowiekiem o lewicowej wrażliwości potrafiącym rozmawiać i tworzyć koalicje ze wszystkimi. W tym kontekście w spocie Platformy Obywatelskiej z Ewą Kopacz w roli głównej, w którym odcina się od kłócących polityków, to Guział byłby bardziej wiarygodny w roli głównej aniżeli pani premier. Z jednej strony mamy bowiem polityka o społecznym zacięciu, z umiejętnościami zarządzania i zdolnego do tworzenia koalicji z każdym, kto chce i potrafi realizować program pozytywny. Z drugiej, pokazującego swoim dotychczasowym politycznym doświadczeniem, że w Warszawie mniej liczy się skąd przychodzisz, ale czy chcesz razem budować Warszawę. I nie jest ważne czy masz naklejkę PO czy PiS, ważne, czy chcesz i potrafisz pracować dla Warszawy.
Ma więc Piotr Guział potencjał na prawdziwego polityka samorządowego, lidera zmian. Ma też czas, by przekonać do siebie wyborców. Ma też potencjał by w II turze być prawdziwą alternatywą, a nie jak kandydat PiS, jedynie statystą spektaklu, który zgodnie z polskim prawem musi się odbyć. Wybór jest więc prosty. Glosuję na Piotra Guziała!

30 października 2014

Kampania za publiczne

Nie trudno zrozumieć dlaczego władzom Warszawy nie zależy na prostych oszczędnościach wynikających z likwidacji gazet wydawanych przez urzędy dzielnicowe. To świetne narzędzie do promocji w czasie sprawowania władzy a przed wyborami darmowe narzędzie reklamy kandydatów na radnych. Grzechem byłoby nie skorzystać z tych ułatwień a poza tym kto im zabroni?
W 2009 roku przedstawiłem raport, z którego wynikało, że w Warszawie mamy kilkanaście tytułów lokalnych wydawanych przez urzędy dzielnicowe. Budżet Warszawy kosztowało to około 2.000.000 zł (słownie: dwa miliony złotych). W przeciwieństwie do wydawców prywatnych, redakcje gazetek urzędowych nie muszą zabiegać o czytelnika. Nie muszą, bo mają pewny budżet. Nie muszą szukać sponsorów, reklamodawców. Zwykle redagowane są i wydawane przez specjalnie zatrudnionych w tym celu urzędników lub przez firmy zewnętrzne. Są wydawane na dobrym, kredowym papierze. Na bogato!
Takim wydawnictwem jest też biuletyn śródmiejski o nazwie Wspólnicy, który niedawno trafił w moje ręce. Wrześniowy numer pisma zupełnie o niczym. Jednak wydany na świetnym papierze, z pięknymi zdjęciami i oczywiście wstępniakiem burmistrza dzielnicy z rządzącej PO. Jednak to mało. W środku pan burmistrz pojawia się na kolejnych fotografiach, przecina wstęgę, coś otwiera etc.
W zasadzie, z drobnymi różnicami wynikającymi z lokalnej specyfiki, większość tego typu wydawnictw ma podobny schemat. Prostacka, choć w ładnej oprawie, propaganda sukcesu za publiczne pieniądze. Nikt nie pomyśli, że likwidacja tego typu wydawnictw dałaby miastu, może nie decydujące, ale jednak znaczące oszczędności. Jeśli każdy grosz się liczy, zwłaszcza teraz, kiedy balansujemy na granicy dopuszczalnego prawem zadłużenia, to dobry gospodarz nie wydaje pieniędzy na błahostki.
Oczywiście, ktoś mógłby powiedzieć, że punkt widzenia autora mógłby się zmienić, gdyby znajdował się na miejscu wydających ją urzędników. Odpowiadam więc, że można bez żalu rozstać się z wydawnictwem dzielnicowym. Zrobiłem to w 2005 roku. Kiedy pełniłem funkcję zastępcy burmistrza dzielnicy Wola zlikwidowaliśmy jako zarząd wydawnictwo urzędu o nazwie „Kurier Wolski”. Można? Można.
PS
Niestety moi następcy z Platformy Obywatelskiej przywrócili tytuł, który rok wcześniej udało mi się zamknąć. Najwyraźniej trudno im się było oprzeć pokusie wydawania za nasze pieniądze wydawnictwa o małej wartości merytorycznej acz dużej wizualnej. W końcu gdzie indziej mieliby darmowe medium do prezentacji własnych zdjęć i tekstów tak słodkich, że aż robi się niedobrze.

23 października 2014

Lizanie lizaka przez szybę

A miało być tak pięknie. Najpierw Hanna Gronkiewicz-Waltz z dziennikarzami jeździ II linią metra a zaraz przed wyborami otwiera ją w otoczeniu działaczy PO. Wygląda jednak na to, że z planów uruchomienia metra dla warszawiaków przed 16 listopada może nic nie wyjść. Nie znaczy to wcale, że – choć niedostępne na co dzień – nie stanie się wyborczą atrakcją.
Trzeba mieć wyjątkowo dużo tupetu, śmiałości, ale i też bezczelności by po 2 latach opóźnienia czynić z otwarcia opóźnionej inwestycji fetę i to jeszcze przed wyborami. To raczej powód do wstydu. Wstydu tym większego, że mimo starań i zabiegów sztabowców pani prezydent, może się okazać, że nie wszystkie stacje uda się oddać do użytku bezpośrednio przed wyborami. I tak, jak informowały media, z planowanego na 8, potem na 11 listopada otwarcia niewiele wyjdzie.
To, jak się okazuje, nie stanowi dla władz miasta większego problemu. Otóż na 9 listopada planowany jest dzień otwarty w warszawskim metrze. Jak poinformowała pani Agnieszka Kłąb z biura prasowego ratusza „9 listopada chcemy pokazać mieszkańcom jak te stacje wyglądają. Bo potem będziemy biec, będziemy jechać, będziemy pędzić i nie będzie czasu żeby zobaczyć jak te stacje rzeczywiście wyglądają, jak zostały zrealizowane” (Telewizyjny Kurier Warszawski, 21.10.2014).
W normalnym mieście okazja do fetowania jest wówczas, gdy poprawia się standard życia mieszkańców. Zwłaszcza, jeśli realizowane zadanie wykonuje się w terminie. W Warszawie mamy nową tradycję. Zwiedzanie inwestycji nieskończonych! A to już jest jak lizanie lizaka przez szybę. Głupie, niepotrzebne i pozbawione sensu.

18 października 2014

Jak zostałem populistą

Gazeta Stołeczna piórem redaktora Michała Wojtczuka poświęca mojej kampanii billboardowej cały artykuł. I choć pan redaktor w zasadzie oddaje bez zarzutu moje przemyślenia w zakresie metra na Pragę Południe (a jak wolą puryści nomenklaturowi na Gocław i Grochów) to jednocześnie tytuł artykułu jednoznacznie określa stosunek redakcji do komitetu, który reprezentuję.
„Populizm kandydata od Guziała. Obiecuje metro na Gocław” – tak zatytułowany jest artykuł, w którym wyjaśniam m.in. dlaczego chcę jako radny Warszawy dążyć do budowy metra na Grochów i Gocław. Nie zmienia to faktu, że mniej uważny czytelnik, jedynie na podstawie tytułu, może sobie wyrobić jednoznaczne stanowisko na temat kandydata jak i samego komitetu. A przecież sam autor zauważa w drugim akapicie artykułu, że „ratusz od dawna planuje budowę odgałęzienia metra na Gocław, które zaczynałoby się na stacji II linii przy Stadionie Narodowym. Jest już tam dodatkowy peron, który na razie nie będzie wykorzystywany".
Co więcej, warto w tym miejscu zacytować fragment z programu pani Hanny Gronkiewicz-Waltz z 2006 roku: „W ciągu nadchodzących kadencji doprowadzimy metro na Bemowo, a po drugiej stronie na Gocław i Targówek” (cytat dzięki Michał Pretm). Czy wówczas ktoś z redakcji Gazety Stołecznej nazwał panią prezydent populistką? Nie przypominam sobie…
Najwyraźniej tytuł populisty przysługuje nie za to co się mówi, tylko w zależności od tego jaki komitet reprezentuje. Coż….życie.

08 października 2014

Szczyt obłudy, czyli rzecz o janosikowym

- Szczytem naszych marzeń byłoby uwolnienie Warszawy od 2 panów – Janosika i Bieruta – powiedziała Hanna Gronkiewicz – Waltz 4 października podczas konwencji wyborczej PO inaugurującej kampanię wyborczą tej partii. Czy wśród wypowiedzi z ostatnich dni pani prezydent można znaleźć słowa obarczone większą obłudą. Wątpliwe.

Wystarczy skupić się na samym Janosiku, a dokładnie na tzw. janosikowym. Dla przypomnienia warto jedynie nadmienić, że janosikowe to obowiązkowa wpłata do budżetu państwa, którą płacą najbogatsze samorządy na rzecz pozostałych. Warszawa od lat zajmuje w tej grupie pierwsze miejsce. Płaci najwięcej.

3 lata temu kiedy Platforma Obywatelska przystępowała do kampanii parlamentarnej, kandydaci tej partii, dziś część z nich to posłowie, obiecywali walkę o obniżenie janosikowego. Z walki niewiele wyszło. Warszawa jak płaciła, tak dalej płaci swoisty haracz od przedsiębiorczości własnych mieszkańców. Obecni posłowie PO z Warszawy szybko zapomnieli o składanych obietnicach a i Hanna Gronkiewicz-Waltz wiceprzewodnicząca Platformy bądź nie potrafiła zadbać o interes Warszawy wśród partyjnych kolegów, bądź jedynie na poklask wspierała hasła obniżenia janosikowego.

Dziś wraca do tematu. Trudno jednak wierzyć, że są to słowa szczere i dające nadzieję na zmianę. I oczywiście użalanie się pani prezydent może mieć swój urok i urzekać najwierniejszych wyborców partii rządzącej. Trudno jednak uwierzyć by po niemal 8 latach rządzenia Warszawą i 7 latach Polską – obywatelska z nazwy partia nie miała okazji do przeprowadzenia dyskusji i wypracowania ostatecznego stanowiska w kwestii janosikowego.

Miała i mogła zmienić złe ustawodawstwo. Warszawa od dawna może nie być płatnikiem na rzecz biedniejszych regionów. Jedyne co stoi na przeszkodzie, to polityka Platformy Obywatelskiej. Jeśli więc dziś Hanna Gronkiewicz-Waltz marzy o uwolnieniu się od pana Janosika, to chyba rzeczywiście najlepszym gremium do słuchania jej marzeń jest konwencja działaczy PO. Bo chyba nikt już nie da się nabrać na spektakl odstawiany przez panią prezydent przy okazji kolejnych wyborów. W końcu ile razy można mówić o marzeniach? Czas na ich realizację przecież już dawno minął…..

01 października 2014

2 lata za późno

Z ogromną pompą, w towarzystwie dziennikarzy Prezydent Warszawy odbyła pierwszą podróż centralnym odcinkiem II linii metra. Zapomniała jednak dodać, podczas zorganizowanej po przejeździe konferencji, że przejazd ten odbył się niemal w 2 lata po pierwszym, planowanym terminie ukończenia prac.

Warto przypomnieć, że pierwsze plany zakładały oddanie do użytku centralnego odcinka II linii metra jeszcze przed EURO 2012. Potem, jak to bywa w Warszawie za rządów Hanny Gronkiewicz-Waltz termin ten przesuwano. Faktem pozostaje, że podczas mistrzostw Europy w piłce nożnej II linia metra nie została uruchomiona a kibice z całej Europy podziwiali rozkopane centrum stolicy.

Kolejny termin wyznaczono na 2013 rok. I ten także nie został dotrzymany. Na przeszkodzie stanęły nieoczekiwane trudności i jak wówczas wyjaśniano budowniczowie metra„natrafili na nieoznaczone instalacje, których bieg trzeba było zmieniać, niewybuchy i inne przedmioty wstrzymujące prace. Te i inne obiektywne przyczyny spowodowały przesunięcie daty zakończenia budowy tego odcinka o 337 dni wraz z odbiorami inwestorskimi”. (warszawa.naszemiasto.pl)

W końcu nastał rok 2014. I właśnie w tym roku, zaraz przed wyborami, ekipie rządzącej Warszawą udało się zakończyć centralny odcinek II linii metra. Zadziwiająca zbieżność terminów. I choć trzeba się cieszyć, że w końcu II linia metra przynajmniej w części zostanie oddana, to jednocześnie pozostaje niedosyt, że znów z dużym opóźnieniem.

12 sierpnia 2014

Warszawa zalana

„Zamknięte cztery stacje metra, unieruchomione tramwaje, opóźnione autobusy i zamknięte ulice. To skutki ulewy, która w niedzielę przeszła nad Warszawą.” To komunikat z jednego z warszawskich portali informacyjnych z czerwca 2013 roku. Gdyby jednak wyrzucić wyraz niedziela, jak ulał pasowałby do wydarzeń z sierpniowego poniedziałku 2014 roku.

Zwykłe „sorry, taki mamy klimat” jest chyba w tej sytuacji nie wystarczające dla wytłumaczenia czemu w Warszawie mamy problem za każdym razem, gdy pojawią się większe opady. Włodarze miasta z panią Prezydent na czele, sprawiają wrażenie zaskoczonych za każdym razem, gdy woda wedrze się do metra, kilka ulic staje się nieprzejezdnych a pomysłowi warszawiacy korzystają z okazji i na warszawskich ulicach zamiast używać pojazdów mechanicznych korzystają z kajaków. 

Rok od poprzedniej ulewy to chyba wystarczający czas, aby wyciągnąć wnioski, że mamy niedrożne studzienki, złe odpływy i nie jesteśmy dobrze zabezpieczeni na wypadek pogodowych kataklizmów. Tym bardziej, że opady, które przechodzą nad Warszawą to nie huragan Katrina, a jedynie kilka większych chmur deszczowych. I oczywiście, można powiedzieć, że nic się nie stało. Po kilku godzinach miasto wróciło do normalnego życia. Ale czy tak musi być i czy każdą nieudolność da się wytłumaczyć klimatem?

28 listopada 2012

Rozpacz, czyli rzecz o wiatraku...


Wola stała wiatrakami. To właśnie w tej dzielnicy stało ich w XIX wieku ponad 100. Do dziś nie przetrwał ani jeden. Wola się zmieniła i wciąż się zmienia. Po „koźlakach” nie pozostał żaden ślad. Jedynie nazwy ulic i osiedli przypominają jeszcze, że urbanizacja Woli nastąpiła stosunkowo niedawno.
W latach 90. pojawił się wśród wolskich entuzjastów i urzędników pomysł przywrócenia, choćby w znikomej formie, elementów związanych z dawną tradycją młynarską jaka wyróżniała tę dzielnicę. Pomyślano o sprawdzeniu na teren Woli wiatraka typu koźlak. Można je jeszcze spotkać na mazowieckich wsiach. I rzeczywiście udało się urzędnikom znaleźć gospodarstwo, na którym polski koźlak stał, w niezłym stanie gotowy do sprzedaży. Potem pomysł obumarł i dopiero na przełomie 2005/2006 wrócono do projektu zakupu i sprowadzenia wiatraka na Wolę.
Nie ukrywam, że miałem w tym udział. Będąc wówczas wiceburmistrzem dzielnicy zabiegałem o zakup wiatraka i postawienie go w parku Sowińskiego, z tyłu, za muszlą koncertową. Prowadziłem negocjacje w sprawie zakupu wiatraka i gdyby nie koniec kadencji być może miałbym szansę doprowadzić inwestycję do końca. Wówczas, w 2006 roku, całość inwestycji, zakup, sprawdzenie do Warszawy, posadowienie i renowacja miały kosztować nie więcej niż 2 miliony złotych. Ponieważ w budżecie na 2006 rok nie otrzymaliśmy powyższej kwoty musieliśmy liczyć, że dopiero w następnym - na 2007 rok, Rada Warszawy dostrzeże niewątpliwe zalety tej inwestycji. Przede wszystkim promocyjne i edukacyjne.
W kolejnym roku nowe władze dzielnicy podjęły temat i w końcu dokonały zakupu wiatraka. I chwała im za to. Niestety, jak to bywa u nas ze wszystkim, zabezpieczono środki jedynie na zakup, lecz nie pomyślano co dalej. Wiatrak trafił do magazynu, gdzie spokojnie leżał i był zżerany przez próchniki. Sam wiatrak kosztował 26 tysięcy złotych zaś jego magazynowanie przez ostatnie 5 lat 400 tysięcy złotych. Gdzie tu logika? Co więc nasze władzy postanowiły… sprzedać wiatrak. Pozbywając się w ten sposób problemu i jeszcze wmawiając mieszkańcom Warszawy, że nie chcą dalej generować kosztów.
Bzdura. Bzdura i skandal. Pierwszym skandalem jest zakup wiatraka bez zabezpieczenia środków na całość inwestycji w budżecie miasta. Drugim jest sprzedaż tej niezwykłej budowli (choć teraz to pewnie raczej jedynie oryginalnego szkieletu wiatraka). Wiatrak powinien stanąć na Woli i być elementem jej krajobrazu. Mógł i wciąż wierzę, że może być fragmentem tej architektury, której już nie ma, a którą warto i należy przypominać. Apeluję więc do decydentów, aby nie popełniali błędu i nie pozbywali się tak łatwo fragmentu dziedzictwa Woli. Jeśli zaś mówimy o kosztach, to może należy zastanowić się nad choćby likwidacją marnej jakości gazetek dzielnicowych wydawanych przez urzędy (nie mylić z lokalnymi – wydawanymi przez osoby prywatne), których koszt można oszacować na prawie 2 mln złotych rocznie. Wówczas starczy na wiatrak, jego posadowienie i renowację. Inaczej to tylko rozpacz może człowieka ogarnąć…

24 września 2012

Dno niekompetencji


Hanna Gronkiewicz-Waltz jest słabym Prezydentem. Niekompetentna, pozbawiona znamion lidera, charyzmy i dobrego zaplecza. Nie ma też tego co jest najważniejsze dla Warszawy – wizji jej rozwoju. Do tego dochodzi jeszcze całkowicie idiotyczny pomysł z prowadzeniem fanpaga na Facebooku przez osobę zatrudnioną poza ratuszem. A wszystko za pieniądze podatnika.
Największym grzechem polityka jest brak szacunku dla publicznych środków. Wyborcy są w stanie znieść wiele, ale to czego nie powinni wybaczyć, to rozrzutności przy wydawaniu ich pieniędzy. Hanna Gronkiewicz-Waltz zlecając obsługę swojej strony na społecznościowym portalu osobie z zewnątrz dała wyraźny dowód, że nie liczy się z pieniędzmi warszawiaków.  
Prace przy stronie prezydent Warszawy na Facebooku, które jak ustaliła Rzeczpospolita wykonuje jedna osoba za ponad 3.000 zł miesięcznie, ograniczają się w zasadzie do wrzucania kilku informacji w ciągu miesiąca. Stawka, za tą mało absorbującą pracę jest więc wyjątkowo dobra. Facebook jest już pełen ofert osób, które gotowe są prowadzić stronę Gronkiewicz-Waltz za połowę stawki, którą ujawnili dziennikarze. Trochę szyderczo a trochę całkiem serio pokazując jak wielką nieodpowiedzialnością wykazały się służby prasowe prezydent Warszawy.
Dla Hanny Gronkiewicz-Waltz pracuje 8 tysięcy urzędników zatrudnionych w miejskim magistracie. Kilkunastu w Centrum Komunikacji Społecznej i 10 w biurze prasowym. Zatrudnionych do obsługi prasowej w innych wydziałach i dzielnicach warszawskich trudno zliczyć - tak duża to liczba. Aż trudno uwierzyć, że wśród tej armii rzeczników, pijarowców, ludzi od obsługi medialnej nie ma ani jednej osoby, której wiedza umożliwia wykonywanie tak banalnej czynności jak wrzucanie linków i zdjęć na facebooka w ramach powierzonych jej obowiązków i otrzymywanego wynagrodzenia.  
Do tej ewidentnej niegospodarności dochodzi jeszcze afera związana z wydatkowaniem prawie pół miliona złotych na prowadzenie innych miejskich profili na facebooku w okresie ostatnich kilkunastu miesięcy.
Trudno powyższe działania nazwać tylko głupotą pani prezydent. To byłoby chyba zbyt proste zwłaszcza, że mamy do czynienia z osobą, która przy każdej możliwej okazji jak mantrę powtarza, że jest bankowcem. Jeśli więc to nie głupota to nie można tego nazwać inaczej jak tylko działanie na szkodę własnego miasta. A to już nic innego jak tylko ostateczne osiągnięcie dna niekompetencji.

12 maja 2012

Warszawski Ratusz ponad prawem


Śledząc spór Jarosława Krajewskiego (PiS) z Prezydent Warszawy o jawność zawartych przez urząd umów zleceń, można odnieść wrażenie, że warszawski Ratusz ma do ukrycia jakąś tajemną wiedzę, którą nie chce się podzielić z mieszkańcami. A przecież w działalności samorządu to właśnie jawność procedur i umów zdaje się być rzeczą najważniejszą. Czy w związku z tym mamy prawo przypuszczać, że za uporem urzędników kryje się coś więcej aniżeli troska o ochronę danych osobowych?


Trudno jednoznacznie przesądzać, ale fakty nie przemawiają za uporem Pani Prezydent. Dziś Życie Warszawy podało (9/05/2012), że sąd nakazał ratuszowi ujawnić w ciągu 14 dni personalia osób, z którymi podpisał umowy zlecenia. Jeśli tego nie zrobi, odpowiedzialny za ten stan rzeczy urzędnik zapłaci grzywnę w wysokości 2.000 zł. Ewentualna kara dotknie odpowiedzialną za urząd Hannę Gronkiewicz-Waltz. Oczywiście nie jest to wygórowana kwota zważywszy na zarobki Pani Prezydent. Jednak wymiar polityczny tej sprawy jest znacznie poważniejszy.


Hanna Gronkiewicz-Waltz, która coraz głośniej i częściej wymieniana jest jako ewentualna następczyni Premiera Tuska, zdaje się zapominać, że wciąż jeszcze jest urzędującym Prezydentem Warszawy. I być może jest tak, że jest już zmęczona pełnioną drugą kadencję funkcją i ma też większe ambicje aniżeli być zapamiętaną jako pierwsza kobieta Prezydent Stolicy. Być może nawet nie chce być już Prezydentem Warszawy. Nie zmienia to jednak faktu, niezależnie jakie są jej plany polityczne na przyszłość, czy są związane z Warszawą czy nie, nawet Ją obowiązują wyroki Sądu Rzeczypospolitej. Ostentacyjne unikanie wykonania wyroku to koszty dla miasta, które dziś wyceniono na prawie 50.000 zł trwającego 3 lata sporu, a za które zapłacą podatnicy i niebezpieczny proceder unikania odpowiedzialności za swoje działania przez urzędników samorządowych.


Podejmując się funkcji Prezydent Warszawy Hanna Gronkiewicz-Waltz - w końcu także prawnik z wykształcenia - musiała mieć świadomość, że tylko zgodna z prawem pełna jawność działania kierowanego przez Nią urzędu może pozbawić jej adwersarzy wątpliwości co do uczciwości działań Ratusza i politycznej uczciwości w zarządzaniu miastem. Brak reakcji na kolejne pozytywne dla radnego PiS wyroki daje asumpt do jednoznacznie negatywnej oceny zachowania Pani Prezydent. Co gorsza, wciąż nie wiemy, czy za umowami zleceniami, których Gronkiewicz-Waltz nie chce ujawnić kryją się jakieś nazwiska bliskie Prezydent czy może, jak przekonują współpracownicy Prezydent, chodzi tylko o ochronę danych osobowych. Niezależnie jak ostatecznie postąpi Hanna Gronkiewicz-Waltz a także niezależnie czy za ukrywanymi przez Ratusz umowami kryją się rzeczywiście jakieś kwoty i nazwiska, które mogą wzbudzić niezdrowe podniecenie, smród niezrozumiałego postępowania w tej sprawie pozostanie. I będzie się unosił za Prezydent Warszawy na każdym kolejnym etapie jej politycznej kariery.

11 maja 2012

Wojna plakatowa

Hanna Gronkiewicz-Waltz ma niezwykłą umiejętność zwracania na siebie uwagi. Niestety rzadko wiąże się to z jej osiągnięciami inwestycyjnymi w Warszawie. Częściej mowa o jej wpadkach, nietrafionych wyborach personalnych poprzedzanych ustawianymi konkursami, próbach blokowania demokratycznych wyborów jak na Ursynowie, czy rozkopanym centrum miasta przed największą sportową imprezą w powojennej Polsce. Do tej listy wpadek, którą można by jeszcze rozbudować, dochodzi kolejna, mało wysublimowana forma walki stricte politycznej ze związkiem zawodowym.




Niezależnie od tego jak duży był wpływ na decyzję Warexpo Pani Prezydent, odpowiedzialność w całości spada na nią i na rządzącą miastem Platformę. Można się zgadzać lub nie z postulatami Solidarności, jednakże skuteczna blokada możliwości wieszania plakatów nosi znamiona nie tylko działalności na szkodę spółki, ale przede wszystkim jest pozbawiona racjonalnych znamion.
Ta sytuacja wymusza na nowo pytanie o prywatyzację spółek miejskich. Już w 2006 roku, ubiegając się po raz pierwszy o Prezydenturę, Gronkiewicz-Waltz przekonywała, że dokona prywatyzacji większości spółek. Niestety, tak jak i z wieloma innymi obietnicami, słowa nie dotrzymała. Można snuć tylko domysły po co miastu przedsiębiorstwo takie jak Warexpo. Złośliwi mogą dodać, że właśnie po to, aby posiadać skuteczne narzędzie do walki z polityczną opozycją. I trzeba przyznać, że niezależnie jak prawdziwe jest to stwierdzenie, miejska spółka, której właścicielem jest miasto, skutecznie włączyła się do tej walki. Zdaje się, że prywatne przedsiębiorstwo, nie będące w rękach polityków, nie odmówiłoby łatwego i szybkiego zarobku. Miasto, rządzone przez Hannę Gronkiewicz-Waltz stać najwyraźniej na to, aby brać tylko tych klientów, których ono wskaże.
Decyzja Warexpo niestety wpisuje się w katalog złych praktyk. Przez Hannę Gronkiewicz-Waltz i rządzącą Platformę Warszawa zostaje wciągnięta w awanturę, która ani nie przynosi prestiżu ani też nie kieruje dyskusji na sprawy naprawdę ważne. A przecież nic nie stoi na przeszkodzie, aby urażeni posłowie, których zdjęcia umieszczono na plakacie, podjęli akcję informacyjną na temat reformy emerytalnej. Sam wciąż mam niedosyt informacji. I choć wiem, że zmiany są niezbędne, chciałbym, aby możliwości wypowiedzi, także tej zewnętrznej, były przynajmniej zbliżone dla każdej ze stron. Odmawiając Solidarności wywieszenia plakatów, władze Warszawy wpisują się tylko w głupi spór o nic, który siłą rzeczy kieruje sympatię warszawiaków w ramiona słabszych i pokrzywdzonych w tym sporze. A to sprawie reformy emerytalnej nie służy.

30 kwietnia 2012

Prezydent gorsza od zastępców

Życie Warszawy sprawdziło zeznania podatkowe najważniejszych warszawskich urzędników. Okazało się, że Pani Prezydent zarabia mniej niż jej zastępcy. W pierwszej chwili można odnieść wrażenie, że rzeczywiście "coś" jest niewłaściwego w systemie wynagradzania członków warszawskiego Zarządu. Warto jednak pamiętać, że Pani Prezydent jest między innymi ofiarą własnej niekonsekwencji, za którą płacą do dziś mieszkańcy Warszawy.


Wiceprezydent Warszawy Mirosław Czekaj zarobił w ubiegłym roku 323 tysiące w urzędzie miasta i dodatkowo 186 tysięcy zasiadając w radach nadzorczych. Między innymi Miejskiego Przedsiębiorstwa Taksówkowego. Pani Prezydent zarobiła z kolei jedynie 290 tysięcy. Jedynie, odnosi się rzecz jasna do zarobków jej zastępcy.
Wyższe zarobki jej zastępcy to także efekt niekonsekwencji w realizacji programu własnej partii. Warto w tym miejscu, jak mantrę, powtarzać słowa z programu wyborczego PO, pod którymi widniał podpis ówczesnej kandydatki na funkcję Prezydent, Pani Gronkiewicz-Waltz, a które brzmiały: "Są one (spółki miejskie - przyp.aut.) swoistą nagrodą dla lojalnych partyjnych funkcjonariuszy rządzącej partii, którzy obejmują w nich dobrze płatne posady prezesów, członków zarządów i rad nadzorczych."
Nic dodać, nic ująć. Mimo wielu haseł, obietnic, Pani Gronkiewicz-Waltz wraz z Platformą skutecznie nadal obsadzają zarządy i rady nadzorcze miejskich spółek. Być może Pan Czekaj jest członkiem RN MPT w nagrodę...tylko za co?!

28 kwietnia 2012

Bez klasy

Nie pierwszy raz Hanna Gronkiewicz-Waltz zachowuje się jak dziecko w piaskownicy. Tym razem przekroczyła jednak granice śmieszności i pokazała jak bardzo małym jest człowiekiem. Brak nagrody kwartalnej dla burmistrza Guziała z Ursynowa jest w końcu zwykłą podłością, która ludziom z klasą jest po prostu obca.




Historii Piotra Guziała nie trzeba przypominać. Media lokalne i ogólnopolskie szeroko opisywały jego perypetie i klubu Nasz Ursynów związane z przejęciem władzy w dzielnicy Ursynów. Dodajmy, że zgodnie z prawem i logiką większości, która rok temu się ukształtowała. Pech w tym, i na nieszczęście dla Guziała, w logice tej zabrakło miejsca dla Platformy. Cóż, demokracja ma swoje prawa i nie zawsze można mieć wszystko. Prezydent Warszawy zaraz na początku drugiej kadencji samorządu zdawała się o tym zapominać. Szczęśliwie dla jakości rządów w Warszawie sama, bądź ktoś jej podpowiedział "poszła po rozum do głowy" i zaniechała mocno wątpliwych prawnie działań zmierzających do pozbawienia władzy nowej koalicji na Ursynowie. Słowem można było wnioskować, że uszanowała wyniki wyborów i zaniecha działań, które niewiele mają wspólnego z samorządnością.
Ursynów nie jest ani jakimś szczególnym miejscem na mapie Warszawy ani też nie jest jak sądzi wielu zdecydowanie lepszym miejscem do życia niż inne dzielnice. Ot, jedna z 18 warszawskich dzielnic. Może tylko w przeciwieństwie do innych samorządów lokalnych, rządzonych przez działaczy PO, na Ursynowie wykonanie budżetu inwestycyjnego za ubiegły rok było jednym z najwyższych w Warszawie i wynosiło 92 %. Także dochody dzielnica wypracowała na przyzwoitym poziomie, wyższym aniżeli zakładano to w budżecie. Nie przeszkodziło to Hannie Gronkiewicz-Waltz ukarać burmistrza z Ursynowa. Nie przyznała mu kwartalnej nagrody. Pozostali burmistrzowie, mający gorsze rezultaty w zarządzaniu jednostkami samorządowymi, nagrody oczywiście dostali.
Między bajki można włożyć tłumaczenia władz Warszawy, że za decyzją Pani Prezydent stały względy merytoryczne. Jakoby Guział ""wybiegł przed szereg" i bez konsultacji z Ratuszem chciał przyłączenia do Ursynowa Gminy Józefosław. To kłamstwo, na które nabrać może się tylko sama Pani Prezydent i jej otoczenie. 
Niestety Gronkiewicz-Waltz po raz kolejny pokazała słabość. A szkoda, bo na jej słabościach traci miasto a nikt nie zyskuje. Szkoda także dlatego, że jej prezydenturę będziemy pamiętać przez pryzmat takich własnie małostkowych zachowań, które nie służą Warszawie. 

28 lutego 2012

450 tysięcy i 70 pojazdów


Prawie 450 tysięcy złotych władze miasta wydatkowały na zakup biletów okresowych dla pracowników urzędu miasta w 2011 roku. Jednocześnie w dyspozycji miasta pozostawało 70 pojazdów, które również były wykorzystywane przez pracowników wybranych biur urzędu.

W odpowiedzi na złożony przeze mnie wniosek o udzielenie informacji publicznej w sprawie zakupu biletów okresowych lokalnego transportu zbiorowego i kwocie wydanej na ten cel w 2011 roku oraz liczby samochodów służbowych pozostających w gestii Urzędu m.st. Warszawy uzyskałem odpowiedź od Pana Andrzeja Kicmana Dyrektora Biura Administracyjno-Gospodarczego. Muszę pochwalić władze miasta, gdyż odpowiedź na zadane pytania nadeszła szybko i bez zbędnej zwłoki.

Z przesłanego materiału wynika, że w 2011 roku władze miasta zakupiły dla pracowników urzędu miasta bilety okresowe za kwotę 448.650 tysięcy złotych. Największe wydatki poniesiono na zakup biletów dla pracowników:
Biura Gospodarki Nieruchomościami – 68.040 zł
Biura Podatków i Egzekucji – 53.550 zł
Biura Administracji i Spraw Obywatelskich – 49.770 zł
Biura Audytu Wewnętrznego – 43.220 zł

Z kolei najmniejsze wydatki poniesiono na zakup biletów dla Biura Kultury (1.530 zł), Gabinetu Prezydenta (1.080 zł), Biura Planowania Budżetowego (1.080 zł), Biura Promocji Miasta (810 zł), Sekretariatu ds.Euro 2012 (810 zł).

W gestii Urzędu m.st. Warszawy wg. stanu na dzień 31 grudnia 2011 roku pozostawało 70 pojazdów, w tym: 59 samochodów osobowych i 11 samochodów dostawczych i ciężarowych. Jak rozumiem odpowiedź na złożony wniosek spośród tych samochodów, znajdujących się w tzw. kolumnie transportowej mogły korzystać Biura Urzędu miasta.

Ciekawe jest to, że wśród biur, które korzystały z samochodów znajdujących się w kolumnie transportowej jest m.in. Biuro Administracji i Spraw Obywatelskich, a więc jeden z liderów w zakresie wykorzystania biletów okresowych zakupionych dla pracowników, ale także Gabinet Prezydenta, co w przypadku tego ostatniego akurat wydaje się zrozumiałe.

Inną ciekawostką jest fakt, iż jest kilka biur, które posiadały samochody z kolumny transportowej w stałej dyspozycji. I tak np. Biuro Podatków i Egzekucji miało do swojej dyspozycji 9 samochodów (przypomnijmy, że jednocześnie pracownicy tego biura szczodrze byli wyposażani w bilety okresowe przez władze miasta!), Biuro Działalności Gospodarczej i Zezwoleń, Biuro Ochrony Środowiska (po 1 samochodzie), USC (2 samochody) oraz Biuro Drogownictwa i Komunikacji (4 samochody).





13 lutego 2012

Udostępnianie informacji publicznej na wniosek

Możliwość zapytania urzędu miasta o interesujące lub niepokojące obywatela informacje to niewątpliwie jedna z tych cech naszej lokalnej demokracji, która zasługuje na pochwałę. Ponieważ nasze prawodawstwo stwarza takie możliwości, zapytania Panią Gronkiewicz-Waltz, postanowiłem skorzystać z przysługującego mi prawa.
Dziś zadałem Pani Prezydent pytania o wykorzystanie biletów komunikacji miejskiej w urzędzie miasta i samochody służbowe. Treść wniosku:

WNIOSEK
O UDOSTĘPNIENIE INFORMACJI PUBLICZNEJ
Na podstawie art. 2 ust. 1 ustawy o dostępie do informacji publicznej z dnia 6 września 2001 r. (Dz. U. Nr 112, poz. 1198 z późn. zm.) zwracam się z prośbą o: 
informację na temat:
1) liczby pracowników Urzędu m.st. Warszawy jednostek organizacyjnych i osób prawnych, którym w 2011 roku pracodawca sfinansował lub zrefundował koszt zakupu okresowego biletu lokalnego transportu zbiorowego i kwocie wydanej na ten cel wraz z informacją wskazującą zakupy biletów dla poszczególnych biur urzędu miasta;
2) liczby samochodów służbowych pozostających w gestii Urzędu miasta wg. stanu na dzień 31 grudnia 2011 roku;
3) samochodów służbowych będących w dyspozycji poszczególnych biur Urzędu miasta – stan na dzień 31 grudnia 2011 roku.
Proszę o przekazanie informacji w następujący sposób: 
przesłanie informacji pocztą elektroniczną na adres SLAWEKPOTAPOWICZ@GMAIL.COM
 

Proszę o przekazanie informacji w następującej formie: 
inne PILK WORD LUB skan odpowiedzi w formacie PDF na adres poczty elektronicznej

Jedyne do czego mógłbym się przyczepić, to fakt, że nigdzie nie znalazłem informacji jak wysłać wniosek bezpośrednio do Pani Prezydent. Wnioskuję z danych podanych na stronie miasta, że muszę to robić przez WOM w dzielnicy, której mieszkam. W każdym razie czekam na odpowiedź. Teoretycznie od otrzymania wniosku urząd ma miesiąc. Jak będzie, zobaczymy.

31 stycznia 2012

Chwalę i ganię

Koksowniki uważam za dobry pomysł. Kilka lat temu widziałem je zimową porą ustawione na głównych placach Katowic, gdzie stoją każdego roku. W zimne dni gromadziły się przy nich na przystankach grupki zmarzniętych ludzi. Spełniały swoją rolę. Dlatego pomysł władz Warszawy, aby podobne koksowniki stały na warszawskich przystankach, uważam za rozsądny.
I nawet byłbym gotów uznać, co rzadko mi się zdarza, że Pani Prezydent zasługuje w tym przypadku na uznanie, ale...
Na Placu Zawiszy ustawiono koksownik. Z nieznanych mi powodów zabezpieczono go barierkami, więc dostęp do niego jest utrudniony. Poza tym ustawiono koksownik zaraz przy przejściu dla pieszych, a więc w miejscu, gdzie po pierwsze trudno do niego podejść i się ogrzać, po drugie, gdzie rzadko kiedy gromadzi się jakakolwiek grupa oczekujących na autobus czy tramwaj. Ustawienie koksownika przy przejściu dla pieszych, w żaden sposób nie spełnia roli jaką dla niego wyznaczono. Po co stawiać koksownik w miejscu, gdzie ludzie się nie gromadzą a dodatkowo może stanowić jedynie przeszkodę przy przechodzeniu przez pasy? Tego nie wiem. Dlatego za sam pomysł władzom Warszawy należy się piątka, zaś za bezmyślną realizację jedynka. 

24 stycznia 2012

Plotki z Ratusza

Wysocy rangą warszawscy urzędnicy potrafią korzystać z dobrodziejstw władzy. Od czasów prezydentury Lecha Kaczyńskiego za standard uznaje się, że dyrektorom wydziałów należy się jak "psu micha" służbowy samochód. Najlepiej z kierowcą (o wykorzystywaniu służbowych samochodów przez radnych pisałem TU). Tę praktykę skutecznie kontynuuje Prezydent Gronkiewicz-Waltz. Pewną nowością jest jednak fakt, że z tych dobrodziejstw korzystają także wybrani zastępcy dyrektorów. Do tej nielicznej elity należy ponoć Jarosław Jóźwiak zastępca dyrektor Gabinetu Prezydent Warszawy.

Pan Jóźwiak, jak donoszą "życzliwi" z Ratusza, miał otrzymać do służbowego użytku Skodę Octavię. Ponoć nie spełniała jednak jego wymagań i zasłużony samochód wymienił na wygodniejszy i większy Chevrolet EPICA. Podobnych używają wiceprezydenci Warszawy. Dwóch. Kolejnych dwóch wiceprezydentów używa wysłużonych Octavii.


Jeśliby oceniać szanse warszawskich urzędników na awans przez pryzmat służbowych samochodów, a informacje "życzliwych" znajdowały potwierdzenie w rzeczywistości, nasz bohater jest na dobrej drodze do najwyższych zaszczytów i miejskich tytułów. A przecież, o czym donosiły jeszcze jakiś czas temu media, doświadczenie zawodowe Pana Jóźwiaka ograniczało się do wiedzy zdobytej jedynie w ramach pracy w Fundacji "Świat na TAK" posłanki PO Joanny Fabisiak a prywatnie bliskiej znajomej Pani Prezydent. Jak widać jest ono wystarczające, aby współdecydować o losach prawie 2 milionowego miasta.


W każdym razie, dzięki warszawskim urzędnikom przemysł motoryzacyjny w naszym kraju z pewnością nie odczuje tak mocno kryzysu jak można by się tego spodziewać. Z kolei śledzący politykę dworską w warszawskim ratuszu dzięki zmianom samochodów i ich użytkowników lepiej będą mogli rozpoznać kto jest na fali a kogo czeka skromny etat lub jedynie rada nadzorcza miejskiej spółki. A wszystko dla naszego dobra!


19 stycznia 2012

Rzeszów dał nam przykład

W czasie kampanii samorządowej w 2010 roku Katarzyna Munio kandydatka na Prezydent Warszawy Warszawskiej Wspólnoty Samorządowej, proponowała, aby na buspasy wpuścić pełne samochody: z czworgiem pasażerów lub dwójką dzieci w wieku szkolnym. A także rowerzystów i motocyklistów. Jej postulat doczekał się realizacji. W Rzeszowie.

Pomysł w swej prostocie jest wręcz banalny i nie wymagający praktycznie żadnych nakładów finansowych ze strony zarządcy pasa ruchu drogowego. W zamian, często puste buspasy będą lepiej wykorzystane i zmuszą do efektywniejszego wykorzystania samochodów przez użytkowników dróg. Uwolnią również rowerzystów i motocyklistów od konieczności przepychania się między stojącymi w korkach samochodami.

Władze Rzeszowa tę prostą regułę zrozumiały i zaczynają wdrażać w życie. Zresztą analogiczne rozwiązania są stosowane na całym świecie m.in. w Stanach Zjednoczonych, gdzie nawet tworzy się specjalne pasy na autostradach dla "pełnych" samochodów osobowych poruszających się po drodze.

Jestem bardzo ciekaw doświadczeń Rzeszowa. Jestem również pewny, że jest to rozwiązanie korzystne dla miasta, bezpieczeństwa ruchu drogowego a przede wszystkim zmniejszenia korków, które są zmorą każdego miasta wojewódzkiego i każdej większej aglomeracji. W tym miejscu trudno nie pokusić się o pytanie czy podobne rozwiązanie można wdrożyć w Warszawie?! Zapewne tak, ale nie z ta władzą i nie z tą Prezydent. A szkoda.
A o Rzeszowie można przeczytać TU

17 grudnia 2010

Rolexy od Gronkiewicz-Waltz

Życie Warszawy w artykule „Kasa dla Prezesów” (16.12.2010) ujawnia, że Hanna Gronkiewicz-Waltz lekką ręką przyznała prezesom miejskich spółek nagrody za rok 2009 w wysokości prawie 420 tysięcy złotych. Niestety opinia publiczna nie może poznać uzasadnienia dla tych niezwykle wysokich nagród jakimi obdarzyła na święta swoich prezesów.

Największą nagrodę, jak wynika z ustaleń Życia Warszawy, otrzymał prezes Tramwajów Warszawskich, Krzysztof Koros – 59.574 zł. Niewiele mniejszą, a w każdym razie bardzo „przyzwoitą” otrzymali prezesi MPWiK, SPEC i Metra Warszawskiego – po 50.000 zł. Trochę gorzej wypada prezes PKiN bo jedynie 45.000 zł. W tym przypadku zapewne dlatego, że pałac jeszcze stoi, mimo, że minister Sikorski najchętniej by go zdetonował. Odrzucając jednak dowcipy, można snuć jedynie domysły, co stało za przyznaniem wysokich nagród prezesom. Niestety, jak podaje Życie Warszawy, warszawski ratusz ani myśli tłumaczyć się ze swoich decyzji.

A szkoda. Chciałbym wiedzieć, będąc mieszkańcem Warszawy, płacąc w moim mieście podatki i poniekąd przyczyniając się do bogactwa prezesów spółek miejskich, skąd Hanna Gronkiewicz-Waltz czerpie zadowolenie z oceny ich pracy. Kiedy bowiem ocenimy pracę spółki metro warszawskie przez pryzmat chociażby budowy II, nie wspominając o III linii metra, to można mieć wątpliwości czy rzeczywiście jest to spółka dobrze zarządzana. Jeśli weźmie się jeszcze pod uwagę fakt niezabezpieczenia peronów metra warszawskiego dla osób niepełnosprawnych, o czym wspominała m.in. Katarzyna Munio w czasie kampanii samorządowej, to już całkiem można się dziwić skąd tak dobre oceny pracy prezesa. Być może opinia Gronkiewicz-Waltz byłaby inna, gdyby jak niepełnosprawny student, przez brak zabezpieczeń, wpadła pod nadjeżdżający pociąg metra i wyszła z wypadku z dodatkowym uszczerbkiem zdrowia. Jestem przekonany, że jej ocena byłaby wówczas inna. Nie znaczy to oczywiście, że życzę Pani prezydent przeżywania cierpień porównywalnych do tych jakich doznał ów młody człowiek w 2008 roku (ani żadnych innych). Życzyłbym sobie jedynie, aby Prezydent mojego miasta miała choć odrobinę więcej wyobraźni. Z pobieżnych wyliczeń wynika bowiem, że zabezpieczenie krawędzi peronu metra warszawskiej stacji Centrum specjalnymi taśmami, to koszt około 60.000 zł. A więc niewiele więcej aniżeli roczna nagroda prezesa metra.

Bilans strat i zysków wydaje się prosty. Zadowolenie i bezpieczeństwo niepełnosprawnych mieszkańców Warszawy z jednej strony, z drugiej radość prezesa, że pod choinkę będzie mógł sobie sprawić Rolexa. Czy naprawdę trzeba mieć aż tyle wyobraźni, by wiedzieć, gdzie leży interes społeczny i kto naprawdę zasługuje na świąteczny prezent? Prezydent Warszawy powinna to wiedzieć. Jeśli nie wie, to znaczy, że nie ma za grosz wyobraźni.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...