Red. Tomasz Terlikowski znów snuje śmiałe tezy. Tym razem, na kanwie przykrych wydarzeń związanych z życiem osobistym Ryszarda Kalisza i jego byłej partnerki pani Ingi Pietrusińskiej, dowodzi, że wolne związki to de facto uprzedmiotowienie kobiet, które dla mężczyzny w takim związku stają się jedynie materacem.
Wszelkie generalizowanie niesie ze sobą zawsze duży margines błędu a czasem może być po prostu niesprawiedliwe. Tak jest z oceną przez Terlikowskiego wolnych związków. Nie przytaczając wyników żadnych badań twierdzi, że każdy tego typu związek to de facto oczekiwanie jednej ze stron związku zaspokojenia jedynie potrzeb seksualnych. W takim związku kobieta, wedle słów Terlikowskiego, staje się przysłowiowym materacem.
Ani to mądre, ani prawdziwe. Małżeństwo, co według Terlikowskiego jest najlepszym rozwiązaniem dla dwojga ludzi, nie gwarantuje samo z siebie, że którykolwiek z małżonków będzie inaczej traktowany, jak to sobie wyobraża redaktor Frondy, aniżeli w wolnym związku. Czyli jak materac. Tego nie zagwarantuje zawarcie małżeństwa. To może zagwarantować jedynie partnerstwo dwojga ludzi, wzajemna miłość i szacunek a to jest niezależne od tego, czy ktoś ma papier z urzędu stanu cywilnego lub od proboszcza.
Małżeństwo zresztą, co skrupulatnie pomija w swoim felietonie red. Terlikowski, nie gwarantuje trwałości związku ani jego bezpieczeństwa. Jak podają statystyki mamy w Polsce coraz więcej rozwodów. „W ubiegłym roku [2013 – przyp.aut.] na 181 tysięcy zawartych związków rozstało się 66 tysięcy par. Oznacza to, że wskaźnik rozwodów (czyli ich proporcja w stosunku do nowo zawartych małżeństw) wyniósł 36,4 proc. Okazuje się, że współczynnik ten z roku na rok rośnie. Jeszcze dekadę temu sięgał 25 proc., a w 2010 r. przekroczył 26,6 proc. (61,3 tys. rozwodów na 230 tys. małżeństw).” [Polacy rozstają się coraz częściej, Marta Tomaszkiewicz, Newsweek, 27.07.2014]. Trwałość małżeństwa jest więc pozorna i nie daje żadnej gwarancji bezpieczeństwa związku oraz uczciwości i wzajemnego poszanowania małżonków.
Można próbować zrozumieć przekonania pana Terlikowskiego, choć czuć w tym jakiś fałsz i lekceważący stosunek do kobiet. Jeśli z jednej strony uznaje, że wolne związki są złem samym w sobie generującym sytuacje niechciane i przykre a z drugiej pomija dość oczywiste i policzalne dane, że małżeństwo nie jest żadną gwarancją trwałości związku i jego bezpieczeństwa, to można mieć wątpliwości ile w tym szczerej troski a ile religijnej propagandy.
Sławomir Potapowicz [13 lat w szczęśliwym związku małżeńskim]
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tekst. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tekst. Pokaż wszystkie posty
24 czerwca 2015
14 czerwca 2015
Cejrowski - mistrz niedopowiedzeń
Wojciech Cejrowski ma niewątpliwą umiejętność formułowania krótkich acz treściwych przekazów. W czasie kampanii prezydenckiej prosty w przekazie, krótki i wymowny spot z rozrywaniem plakatu urzędującego prezydenta zrobił więcej szkody kampanii Bronisława Komorowskiego aniżeli wszystkie inne mniej lub bardziej oficjalne filmy stworzone w sztabie Andrzeja Dudy. Tym razem, jako komentator rzeczywistości, udostępnia w sieci kolejną wypowiedź, w której domaga się prawa do odwołania posłów.
Mówiąc o instytucja odwołania (tzw. recall) piastuna danej funkcji, Cejrowski – stojąc na tle budynku Sejmu RP – podparł się w swej wypowiedzi argumentem o istnieniu tej instytucji w Polsce przed wojną (można założyć, że chodziło mu o okres międzywojenny) oraz wskazał, że tego typu rozwiązania funkcjonują zarówno w Kanadzie i USA.
Pomijając temat podstawowy, a więc czy instytucja ta jest potrzebna czy nie, warto przez chwilę skupić się na podanych przed podróżnika przykładach. Lektura przedwojennych konstytucji, ale i ordynacji wyborczych nie pozwala na stwierdzenie, że Cejrowski posłużył się prawdziwym argumentem. W II RP jasno i czytelnie określono kiedy następuje wygaśnięcie i utrata mandatu. Jednak trudno dostrzec jakikolwiek zapis, który upoważniałby do stwierdzenia, że istniał mechanizm odwołania posła przez wyborców (a przynajmniej autor wpisu nie znalazł!). Być może Cejrowskiemu chodziło o mandat poselski związany instrukcjami, ale to by wskazywało, że pomylił II RP z czasami przedrozbiorowymi. Wówczas to, mandat posła był ściśle związany instrukcjami sejmików szlacheckich co skutecznie zniosła, ustanawiając mandat wolny, dopiero Konstytucja 3 Maja.
Inne przykłady, na które się powołuje to Kanada i USA. Tu również można mieć wątpliwości co do rzetelności wypowiedzi Cejrowskiego. Skoro stoi na tle sejmu to można oczekiwać, że chodzi mu o parlamenty krajowe wymienionych jako przykłady krajów. Tak jednak nie jest. Instytucja recall rzeczywiście istnieje w Kanadzie i USA, ale na poziomie stanów i prowincji. Warto dodać, że w przypadku Kanady istnieje jedynie w jednej prowincji – Kolumbii Brytyjskiej i w zasadzie ani razu, od kiedy wyborcy mogą korzystać z tego instrumentu, nie została doprowadzona do skutecznego finału. Zawsze brakowało wymaganych podpisów do odwołania wcześniej wybranego przedstawiciela. Co istotne, w Kolumbii Brytyjskiej ta procedura odnosi się jedynie do osób wchodzących w skład prowincjonalnego organu ustawodawczego. Z kolei w USA katalog stanowisk podlegających instytucji recall jest znacznie większy, bo obejmuje stanowiska znajdujące się w obrębie legislatywy, egzekutywy jaki i judykatywy. To z kolei jest pokłosiem amerykańskiej tradycji i specyfiki, gdzie większość stanowisk szczebla stanowego jest obsadzana w drodze wyborów powszechnych.
Wielu widzów Wojciecha Cejrowskiego łatwo ulega magii prostych rozwiązań jakie przedstawia w swoich wypowiedziach. Szkoda, bo gdy przyjrzeć się bliżej proponowanym, z pozoru prostym rozwiązaniom, łatwo dostrzec, że ani one proste, ani tym bardziej tanie dla wyborców. A i też niewiele rozwiązują. Często prostsze i skuteczniejsze rozwiązania są już dostępne. Choćby weryfikacji naszych parlamentarzystów podczas wyborów. Tylko aby to zrobić, trzeba po prostu chodzić na wybory i w sposób przemyślany dokonywać skreśleń.
31 maja 2015
Platforma umiera
Do I tury wyborów prezydenckich wszystko wyglądało dobrze. Mimo że poparcie dla Bronisława Komorowskiego zmniejszało się im bliżej rozstrzygnięcia mało kto wierzył, że może przegrać. Politykom Platformy trudno też uwierzyć, że to nie urzędujący jeszcze prezydent przegrał, ale że przegrała ich formacja. I to nie tylko wybory prezydenckie. Właśnie przegrywają wybory parlamentarne i swoją przyszłość.
W mało subtelny sposób, wręcz obcesowy, sekretarz generalny PO Andrzej Biernat po posiedzeniu zarządu partii podsumowującym wyniki wyborów odcinał się od przegranego prezydenta. To samo czynił inny członek Zarządu Sławomir Neumann. I pewnie wyrażali opinię większości zarządu partii. Ten ruch jasno pokazuje panikę jaka zapanowała w szeregach rządzących. Jakby zapomnieli, że władza nie jest im dana raz na zawsze.
Polityka sklejania różnych, często bardzo różnych środowisk od lewa do prawa, brak realizacji obietnic wyborczych i wreszcie zwykłe kumoterstwo w urzędach a także język tzw. elit politycznych ujawniony na nagraniach kelnerów musiało w końcu przynieść efekt buntu wyborców. Ci z kolei dostrzegli, że ani PiS taki straszny po 8 latach od rządu Jarosława Kaczyńskiego ani Platforma taka nowoczesna i skupiona na modernizacji kraju.
Niezastąpiony, jak się wydawało, Donald Tusk odszedł w najlepszym dla siebie momencie. Na swoją następczynię wskazał Ewę Kopacz. Sam ten fakt wskazuje, jakie mechanizmy kierują wewnętrznymi nominacjami. Z perspektywy Tuska to ruch całkowicie zrozumiały. Lojalna wobec Tuska posłanka z Radomia, bez znaczącej pozycji wewnątrz partii i bez sukcesów w ministerstwie zdrowia wydawała się idealnym liderem na czas, kiedy Tusk emigruje do Brukseli. Jej zadaniem było trwać i zachować silne struktury na czas kiedy Tusk wróci do kraju, by ponownie zaangażować się w krajową politykę. W międzyczasie dokonał eliminacji wszystkich znaczących postaci. Gdy dziś spojrzeć na elitę Platformy Obywatelskiej to nie ma tam żadnej istotnej, znaczącej, obdarzonej charyzmą postaci. No bo kto? Andrzej Biernat? Wolne żarty. Sławomir Neumann, który ma kłopoty ze sformułowaniem myśli? Hanna Gronkiewicz-Waltz, która utknęła w Warszawie na dobre i już raczej żadnej istotnej roli w krajowej polityce nie odegra? Reszta to postacie albo mało znane i niesamodzielne albo poobijane przez różne mniej lub bardziej dotykające ich afery jak choćby afera pistoletowa z Cezarym Grabarczykiem w roli głównej.
Jest jeszcze minister Grzegorz Schetyna. Jednak zmarginalizowany i publicznie przez Tuska upokorzony. Sprowadzony do roli chłopca na posyłki, po objęciu teki ministra spraw zagranicznych odżył. Jednak coraz częściej wymieniany jako zagrożenie dla przywództwa Ewy Kopacz jest na celowniku wewnętrznych harcowników, którzy zadbają by ambicje ministra w nadchodzących wyborach skończyły się co najwyżej na starcie do Senatu.
Inny problem Platformy to PiS. Partia, którą straszono przed każdymi wyborami. Dziś jasno widać, że ta retoryka trafia do niewielu. Poza tym spece od kampanii powinni z pokorą przyjąć wynik wyborów prezydenckich, posypać głowę popiołem i przyjąć kampanię Dudy jako szansę na naukę. Tak źle zrobionej przez Platformę i nie przemyślanej kampanii w Polsce nie było do ponad 25 lat. A PiS po lifitingu, z Jarosławem Kaczyńskim głęboko schowanym, okazał się dla wielu wyborców całkiem atrakcyjną ofertą. Na tyle atrakcyjną, że to w sztabie Andrzeja Dudy unoszono ręce do góry i to dwukrotnie. Dodatkowo, zwłaszcza teraz, po zwycięstwie Dudy Prawo i Sprawiedliwość nabrało wiatru w żagle i jako partia do jesiennych wyborów idzie z przekazem zmiany, której większość Polaków, także dotychczasowych wyborców PO po prostu oczekuje.
Kolejna przeszkoda z jaką musi się zmierzyć Ewa Kopacz i jej formacja to rodząca się właśnie nowa oferta, skierowana głównie do dotychczasowych wyborców Platformy. NowoczesnaPL z Ryszardem Petru to de facto Platforma Obywatelska. Jednak nowsza, bez obciążeń, bez milionów z budżetu państwa, bez skompromitowanych polityków, którzy przyzwyczajeni do krewetek i ośmiorniczek zapomnieli, że menu większości obywateli ich kraju to schabowy z ziemniakami i mizerią. To oczywiście nie znaczy, że liderzy NowoczesnejPL a zwłaszcza ich przywódca, bankowiec o uposażeniu więcej niż przeciętnym nie jada ośmiorniczek. Jednak ma tę przewagę, że jada je za swoje a nie na ministerialną kartę służbową. Petru ma szansę zebrać wyborców „wkurzonych” polityką trwania, jaką prezentuje Platforma od kilku lat. Ma szansę zebrać ten elektorat, który nie chce głosować na PiS, z obrzydzeniem patrzy na PO i dotychczas nie wiedział, mimo liberalnych przekonań i wartości, nie będąc zabarwiony lewicową estetyką i wierzący w siłę własnych rąk a nie państwowego rozdawnictwa, na kogo głosować. Ryszard Petru stwarza takiemu wyborcy alternatywę. I nawet jeśli ostatecznie nie przekroczy progu wyborczego, to ewentualny start jego formacji w wyborach parlamentarnych zabiera kilka punktów Platformie, której może zabraknąć by myśleć o tworzeniu jakiejkolwiek koalicji w następnym sejmie.
Wreszcie Kukiz i jego zmieleni. Największa niespodzianka wyborów prezydenckich, ale też największa niewiadoma przyszłych wyborów parlamentarnych. Nie wiadomo co Kukiz prezentuje i z jakim programem wystąpi. Same JOWy, pomijając ich absurdalność, to jednak mało. Nie wiadomo też, kto będzie z Kukizem w nowym Sejmie. Co nie zmienia faktu, że jeśli wprowadzi do parlamentu swoich ludzi, a sondaże dają mu obecnie nawet drugą pozycję, będzie współtworzył rząd. I to co wydawało się niemożliwe, czyli brak koalicjanta dla PiS właśnie powstaje. Można było sobie bowiem wyobrazić, że nawet przy zwycięstwie PiSu, Platforma będzie nadal rządzić. Ale gdy w sejmie znajdą się ludzie Kukiza, a PSL i zwłaszcza SLD będą walczyć jedynie o przetrwanie, to rząd PiSu i Kukiza jest więcej niż pewny. A gdy powstanie nowy rząd to można z dużą pewnością założyć, że zwłaszcza w zakresie badania afer, które targały życiem publicznym przez ostatnie 8 lat będzie się zajmował nimi skutecznie i dogłębnie. A to nie będzie sprzyjało ani politykom Platformy ani konsolidacji wokół nich nowych środowisk. Jest więcej niż pewne, że będzie to bolesna kuracja dla polityków PO.
Inna sprawa to postacie jakie Platforma w ostatnim czasie forsowała jako swoich liderów. Trudno bowiem za takich uznać zarówno Romana Giertycha jak i Michała Kamińskiego. Ludzie reprezentujący wrażliwość i estetykę pisowską stali się nagle nawróconymi wyznawcami geniuszu Ewy Kopacz i jej formacji. Przeciętnemu wyborcy trudno uwierzyć w taką przemianę, zwłaszcza, że przypadek Michała Kamińskiego może być rozpatrywany w kategoriach „skoku do korytu”, od którego temu politykowi trudno się oderwać. Doradca premier Kopacz i jednocześnie minister w jej kancelarii miał wyjątkowo duży udział w kampanii prezydenta Komorowskiego przed II turą. I jak się okazuje jego urok i medialna nadpobudliwość na wyborcę liberalnego nie działa jak w poprzednich kampaniach realizowanych dla prezesa Kaczyńskiego.
Ostatnia rzecz to skrzydła Platformy. Gdy wszystko się układa, partia zmierza do zwycięstwa głosów rozłamowych, podważających przywództwo jest mało lub wcale. Gdy zaś okręt zaczyna tonąć, a posłowie z dalszych ław zaczynają dostrzegać, że z odległych miejsc na liście nie ma szans na zdobycie mandatu, zaczyna się poszukiwanie dla siebie nowego miejsca w życiu. Jedni będą się łudzić, że może jakimś cudem w ich okręgu uda się zdobyć mandat jak 4 lata wcześniej, inni z kolei, będą podkreślać dzielące ich z przywództwem różnice, i szukać miejsca w PiS lub u Kukiza. Już podnoszą się głosy, że tzw. skrzydło konserwatywne w PO szuka możliwości wejścia na listy Prawa i Sprawiedliwości. Dla samej Platformy być może to niewielki uszczerbek ludzki i intelektualny, ale wizerunkowo to znacząca porażka. To sygnał dla potencjalnych wyborców, że Platforma się sypie. Że zaczyna przegrywać i że jesienią jest skazana na porażkę. A skoro opuszczają ją członkowie to dlaczego mają przy niej pozostać wyborcy?
Trudno dziś dostrzec jakikolwiek pomysł Platformy Obywatelskiej na wygraną w jesiennych wyborach. Prawdą jest, że od porażki w kampanii prezydenckiej minęło zaledwie kilkanaście dni. Nie można więc oczekiwać, że partia rządząca przedstawi natychmiast program utrzymania władzy a przede wszystkim dotychczasowego wyborcy. Jednak minimum jakie może dziś Platforma wykonać i co powinna zrobić, to zacząć realizować obietnice. W obiecywaniu nie mają sobie w końcu równych. W braku realizacji obietnic, również. I może to jest główny i najważniejszy problem, którego zadowoleni z życia, obrośnięci w przywileje przedstawiciele kasty rządzącej, w zadymionych gabinetach nie potrafią zrozumieć. I tu akurat trudno im się dziwić. Zza dymu cygar niewiele widać.
08 maja 2015
KPH ZABIEGA O RÓWNY DOSTĘP DO IN VITRO
Premier Ewa Kopacz jeszcze niedawno z przekonaniem mówiła o konieczności i chęci zakończenia w tej kadencji parlamentu prac nad ustawą o leczeniu niepłodności, powszechnie zwaną ustawą o in vitro. I dobrze. Ta dziedzina medycyny wymaga pilnego uregulowania. Jednoznacznego i korzystnego dla osób starających się o potomstwo. Wszystkich osób, a nie, na co zwraca uwagę Kampania Przeciw Homofobii, jedynie dla małżeństw i konkubentów heteroseksualnych.
Zgodnie z interpretacją prawną przeprowadzoną przez KPH z procedury in vitro wykluczone są kobiety samotne i kobiety pozostające w związkach tej samej płci. To właściwie regres w stosunku do obecnej, nieuregulowanej sytuacji. Zgodnie bowiem z intencjami projektodawcy, jedynie małżeństwa i potwierdzone pisemnie związki heteroseksualne będą mogły korzystać z inseminacji czy in vitro.
To dość kuriozalna sytuacja bowiem wykluczająca z możliwości skorzystania z procedury sztucznego zapłodnienia osoby, które ze względu na charakter związku bądź nieumiejętność lub niechęć tworzenia relacji z inną dorosłą osobą nie mogą posiadać dzieci. Ustawodawca tym samym uznaje, że kobiety samotne lub będące w związkach homoseksualnych będą złymi matkami. Zważywszy na liczbę kobiet samotnie wychowujących dzieci a także kobiety żyjące w związkach jednopłciowych i wychowujących dzieci to dość śmiała teza.
W tym wszystkim niestety widać więcej polityki niż troski o dobro starających się o dziecko. Można mieć jedynie nadzieję, że w pracach nad ustawą poprawki zgłoszone przez KPH zostaną poważnie potraktowane zaś sama ustawa nie będzie ograniczać procedury jedynie do związków heteroseksualnych.
Zgodnie z interpretacją prawną przeprowadzoną przez KPH z procedury in vitro wykluczone są kobiety samotne i kobiety pozostające w związkach tej samej płci. To właściwie regres w stosunku do obecnej, nieuregulowanej sytuacji. Zgodnie bowiem z intencjami projektodawcy, jedynie małżeństwa i potwierdzone pisemnie związki heteroseksualne będą mogły korzystać z inseminacji czy in vitro.
To dość kuriozalna sytuacja bowiem wykluczająca z możliwości skorzystania z procedury sztucznego zapłodnienia osoby, które ze względu na charakter związku bądź nieumiejętność lub niechęć tworzenia relacji z inną dorosłą osobą nie mogą posiadać dzieci. Ustawodawca tym samym uznaje, że kobiety samotne lub będące w związkach homoseksualnych będą złymi matkami. Zważywszy na liczbę kobiet samotnie wychowujących dzieci a także kobiety żyjące w związkach jednopłciowych i wychowujących dzieci to dość śmiała teza.
W tym wszystkim niestety widać więcej polityki niż troski o dobro starających się o dziecko. Można mieć jedynie nadzieję, że w pracach nad ustawą poprawki zgłoszone przez KPH zostaną poważnie potraktowane zaś sama ustawa nie będzie ograniczać procedury jedynie do związków heteroseksualnych.
07 marca 2015
Desperacja Palikota
Janusz Palikot może próbować fałszować rzeczywistość. Może wmawiać nielicznym już członkom Twojego Ruchu, że jeszcze się odrodzi, że to nie koniec, ale dopiero początek, powrót do korzeni. Może udawać, że pomysł tworzenia partii o centrolewicowym charakterze nabierze nowego rozpędu. Bolesna dla Palikota prawda jest taka, że projekt, który rozpoczął 4 lata temu ani nie nabierze rozpędu, ani nie będzie wieczny. Właśnie się kończy.
Wybory do europarlamentu okazały się początkiem końca formacji kierowanej przez Palikota. Wynik poniżej oczekiwań i natychmiastowy rozpad koalicji środowisk, które miały potencjał i mogły tworzyć w przyszłości nową formację. Potem było już tylko gorzej. Kolejni posłowie rezygnujący z członkostwa, coraz mniejszy klub a w końcu odejście Andrzeja Rozenka z grupą posłów i działaczy Twojego Ruchu. Z ponad 40 osobowego klubu pozostało 12 osób a klub parlamentarny zamienił się w koło. Czy można było sobie wyobrazić aż tak dramatyczną porażkę i jednocześnie upokarzającą?
Dziś trudno sobie wyobrazić, by Janusz Palikot zdołał odzyskać pozycję trzeciej siły na scenie politycznej. Jeszcze trudniej wyobrazić sobie, aby udało mu się uzyskać w wyborach prezydenckich wynik, który pozwoli mu myśleć o kupczeniu po wyborach uzyskanym politycznym kapitałem. Jeszcze trudniej wyjaśnić, choć zrozumieć łatwiej, dlaczego Janusz Palikot w tak trudnym dla siebie czasie, wypisuje na swoim blogu najzwyklejsze bzdury. Pisze On bowiem, że: „A ja uważam (i jako prezydent dążyłbym do tego z całych sił), że patriotyzm to właśnie nie przelanie żadnej kropli polskiej krwi, a nawet obronienie każdego mostu, każdej drogi, każdego domu. To jest patriotyzm i ostatecznie niech padną te mocne słowa: lepiej się poddać, niż dać wymordować i zrujnować.” (wpis: Nigdy więcej wojny, www.natemat.pl, 7.3.2015). Szkoda czasu na wykazywanie bezsensowności stosowanej retoryki w całym tekście opublikowanym przez Palikota. Szkoda też czasu, na polemikę z prostymi błędami historycznymi i tezami, które sprowadzają się do jednego: wszystkiemu winna prawica. Banalne i proste i służące jednemu. Odsunięcie publicznego dyskursu od spraw wewnętrznych Twojego Ruchu, kłopotów z ZUSem (prawdziwych bądź nie, ale mających już swoją dynamikę w publicznym odbiorze) i wrzucenie tematu, który „zaskoczy”. Musiał być jedynie na tyle kontrowersyjny by mówiąc Palikot, nie mówiono już o polityku przegranym, ale najdelikatniej rzecz ujmując kontrowersyjnym.
Być może przedstawiając się jako polityk, który w polityce zagranicznej chce prezentować politykę kolankowo-łokietkową, zwłaszcza wobec wszelkiego militarnego zagrożenia, wierzy, że uda mu się zmienić wokół siebie dyskurs. Jest to skądinąd wielce prawdopodobne. Jednak obierając kurs na populizm podlany nie małą nutą niechęci czy wręcz ślepą nienawiścią do wszelakich form patriotyzmu rozumianego jako nie tylko troskę o budowę nowych dróg, fabryk, ładu gospodarczego i rozwoju wkracza na drogę retoryki, którą można określić mianem nowoczesnego poddaństwa. Kandydat na prezydenta, który w czasie kampanii wyborczej ogłasza, że w przypadku zagrożenia zbrojnego de facto otworzy granice dla obcych wojsk jest po prostu nieodpowiedzialny i tylko zachęca do przemarszu obcych wojsk przez Polskę a być może do dłuższego postoju. Inna sprawa to ciekawe czy taki prezydent pełniłby wówczas swoje funkcje czy może raczej byłby prezydentem na uchodźstwie wylegującym się w cieniu palm na Hawajach.
Na szczęście szanse Palikota na sukces są niewielkie. Tak jak niewielkie są szanse na przekonanie Polaków, by w obliczu zagrożenia z otwartymi ramionami witali potencjalnych agresorów oddając im swoje domy, oszczędności, rodziny etc. By zachowali się jak Palikot. By zachowali się jak tchórze.
22 lutego 2015
Czy Ogórek przemówi?
„– To jest niebanalna kandydatka, która prowadzi niebanalną kampanię wyborczą. Jestem podekscytowany, dlatego, że jest to nowy sposób prowadzenia kampanii. Magdalena Ogórek uważa po prostu, że na tym etapie należy być powściągliwym – tak Leszek Miller, przewodniczący SLD komentował w programie „Po przecinku” w TVP Info przedłużające się milczenie Magdaleny Ogórek, kandydatki SLD na prezydenta RP.” (TVP Info, 11.02.2015). Ogórek jest kandydatką SLD od 9 stycznia. Minął ponad miesiąc od kiedy stara się pozyskać głosy wyborców. W tym czasie jej aktywność na polu komunikacji z wyborcami poprzez media osiągnęła niespotykany wynik. Nie udzieliła żadnej wypowiedzi ani nie uczestniczyła w żadnej debacie telewizyjno-radiowej.
Trudno odmówić kandydatce SLD wiedzy, umiejętności wysławiania czy też kindersztuby. Wszak ma obycie telewizyjne a i jej wcześniejsze wypowiedzi, zanim zdecydowała się ubiegać o fotel prezydencki, co prawda mocno skoncentrowane na określonej tematyce, to jednak wskazywały, że potrafi zachować się przed kamerą a mikrofon jej nie peszy.
Tym trudniej zrozumieć politykę ciągłego odmawiania publicznych wypowiedzi. Być może Leszek Miller ma rację, mówiąc, że Magdalena Ogórek to niebanalna kandydatka. Jednak ciągłe odmawianie komentarzy stawia pod znakiem zapytania czy mamy jeszcze do czynienia choćby w najmniejszym stopniu z politykiem niezależnym a co ważniejsze, zdolnym do samodzielnego myślenia. Czy może to tylko przysłowiowa „paprotka”, której roli już nawet nikt nie chce ukrywać.
Magdalena Ogórek być może jeszcze przez chwilę będzie w stanie wzbudzać zainteresowanie swoim milczeniem. Być może jej uroda będzie wzbudzać jeszcze przez moment zainteresowanie zagranicznych mediów. Ale czy będzie umiała wzbudzić zainteresowanie wyborców jeśli jej przekaz ograniczy się jedynie do ciągłego odmawiania i mówienia ustami Leszka Millera? Być może tak, ale wówczas pozostanie jej jedynie sesja zdjęciowa w Playboyu albo CKMie. Tam wszak nie trzeba mówić – obraz wystarczy.
03 lutego 2015
Taka piękna porażka
Jeśli Bronisław Komorowski potwierdzi ostatecznie start w wyborach prezydenckich, a trudno przypuszczać by było inaczej, to będzie jedynym poważnym kandydatem na urząd Prezydenta. Trudno bowiem uznać by politycy drugiego a czasem nawet jeszcze dalszego szeregu stanowili jakąkolwiek konkurencję dla prezydenta Komorowskiego. To trochę tak, jakby drużyna z ekstraklasy miała grać finał Pucharu Polski z drużyną z III ligi a może nawet okręgówki. Wynik jest więc łatwy do przewidzenia.
Poważni gracze na scenie politycznej odkryli już karty. Prawo i Sprawiedliwość zamiast lidera wystawia parlamentarzystę Andrzeja Dudę. Zresztą sam Kaczyński nie ukrywał, że jego główny cel to zwycięstwo w wyborach parlamentarnych. Trudno jednak uwierzyć, by była to jedyna i główna przesłanka stawiania na mało znanego polityka, którego doświadczenie polityczne jest znacznie mniejsze aniżeli lidera. Wytłumaczenie jest znacznie prostsze. Jarosław Kaczyński nie wygra wyborów prezydenckich. Dlatego stawia na polityka mniejszego formatu, który walczy o godną porażkę, a tę definiować będzie rezultat uzyskany w czasie wyborów. Miarą sukces, i o to walczy Duda, będzie druga tura.
Znacznie trudniej zrozumieć liderów SLD. Wybory samorządowe, jakby nie czytać wyników, zakończyły się porażką lewicy. Zaklinanie rzeczywistości w postaci wymieniania kilku miejsc, w których Sojusz zdobył mandaty przypomina farsę, którą uzupełnia nominacja dla pani Małgorzaty Ogórek. Jeśli Leszek Miller uważa, że ta kandydatura może stanowić jakiekolwiek zagrożenie dla Bronisława Komorowskiego, to chyba tylko – z całym szacunkiem – w kategorii urody. Tej, kandydatce SLD odmówić nie sposób. Sęk w tym, że wybory prezydenckie, to nie konkurs piękności a wskazywanie kandydatki bez doświadczenia, bez przygotowania jest działaniem mało roztropnym. Można było sobie wyobrazić, że właśnie wybory prezydenckie, zaraz przed wyborami parlamentarnymi będą szansą na budowę albo silnego bloku lewicowego, skupionego wokół jednej, lewicowej lub centrolewicowej postaci bądź staną się trampoliną dla słabnących wyników sondażowych SLD i całej lewicy.
Sojusz miał w tej sprawie najwięcej aktywów. Największy klub parlamentarny, największy budżet, największe struktury. Rozpadający się Twój Ruch, dryfujący na granicy błędu statystycznego, pogrążony we własnym stowarzyszeniu Ryszard Kalisz czy mało widoczna i rozpoznawalna Unia Pracy to wbrew pozorom wciąż atrakcyjne postacie i środowiska, które rozdrobnione nie stanowią żadnej siły. Stąd trudno zrozumieć upór działaczy SLD w dążeniu do destrukcji i brak ruchów, przynajmniej widocznych dla szerokiej publiczności, zmierzających do zebrania wszystkich, którzy mogą zwiększyć szanse Millera na uzyskanie dobrego wyniku w wyborach parlamentarnych a co w niedalekiej przyszłości mogło mu dać silną reprezentację parlamentarną i być może udział we władzy. Odrzucenie kandydatury Kalisza, zawieszenie Napieralskiego to wszystko nie tworzy dobrej aury wokół lidera jak i samego SLD. Co gorsza, oprócz Małgorzaty Ogórek, o której niewiele wiadomo, a to co ujawniają media o jej życiu i karierze zawodowej wcale jej nie pomaga, wybory prezydenckie staną się plebiscytem także dla kilku innych lewicowych kandydatów. Swój udział zapowiedział już Janusz Palikot, zastanawia się Ryszard Kalisz, pewne jest, że wystartuje Anna Grodzka i też nie wiadomo co zrobi Unia Pracy. Na łaskę prezydenta Komorowskiego liczy też Piotr Ikonowicz, który również zgłasza swoje aspiracje prezydenckie. W sumie więc może być tak, że o lewicowy elektorat ubiegać się będzie czterech a być może nawet sześciu kandydatów.
Czyż to nie będzie piękna porażka całej lewicy?
Poważni gracze na scenie politycznej odkryli już karty. Prawo i Sprawiedliwość zamiast lidera wystawia parlamentarzystę Andrzeja Dudę. Zresztą sam Kaczyński nie ukrywał, że jego główny cel to zwycięstwo w wyborach parlamentarnych. Trudno jednak uwierzyć, by była to jedyna i główna przesłanka stawiania na mało znanego polityka, którego doświadczenie polityczne jest znacznie mniejsze aniżeli lidera. Wytłumaczenie jest znacznie prostsze. Jarosław Kaczyński nie wygra wyborów prezydenckich. Dlatego stawia na polityka mniejszego formatu, który walczy o godną porażkę, a tę definiować będzie rezultat uzyskany w czasie wyborów. Miarą sukces, i o to walczy Duda, będzie druga tura.
Znacznie trudniej zrozumieć liderów SLD. Wybory samorządowe, jakby nie czytać wyników, zakończyły się porażką lewicy. Zaklinanie rzeczywistości w postaci wymieniania kilku miejsc, w których Sojusz zdobył mandaty przypomina farsę, którą uzupełnia nominacja dla pani Małgorzaty Ogórek. Jeśli Leszek Miller uważa, że ta kandydatura może stanowić jakiekolwiek zagrożenie dla Bronisława Komorowskiego, to chyba tylko – z całym szacunkiem – w kategorii urody. Tej, kandydatce SLD odmówić nie sposób. Sęk w tym, że wybory prezydenckie, to nie konkurs piękności a wskazywanie kandydatki bez doświadczenia, bez przygotowania jest działaniem mało roztropnym. Można było sobie wyobrazić, że właśnie wybory prezydenckie, zaraz przed wyborami parlamentarnymi będą szansą na budowę albo silnego bloku lewicowego, skupionego wokół jednej, lewicowej lub centrolewicowej postaci bądź staną się trampoliną dla słabnących wyników sondażowych SLD i całej lewicy.
Sojusz miał w tej sprawie najwięcej aktywów. Największy klub parlamentarny, największy budżet, największe struktury. Rozpadający się Twój Ruch, dryfujący na granicy błędu statystycznego, pogrążony we własnym stowarzyszeniu Ryszard Kalisz czy mało widoczna i rozpoznawalna Unia Pracy to wbrew pozorom wciąż atrakcyjne postacie i środowiska, które rozdrobnione nie stanowią żadnej siły. Stąd trudno zrozumieć upór działaczy SLD w dążeniu do destrukcji i brak ruchów, przynajmniej widocznych dla szerokiej publiczności, zmierzających do zebrania wszystkich, którzy mogą zwiększyć szanse Millera na uzyskanie dobrego wyniku w wyborach parlamentarnych a co w niedalekiej przyszłości mogło mu dać silną reprezentację parlamentarną i być może udział we władzy. Odrzucenie kandydatury Kalisza, zawieszenie Napieralskiego to wszystko nie tworzy dobrej aury wokół lidera jak i samego SLD. Co gorsza, oprócz Małgorzaty Ogórek, o której niewiele wiadomo, a to co ujawniają media o jej życiu i karierze zawodowej wcale jej nie pomaga, wybory prezydenckie staną się plebiscytem także dla kilku innych lewicowych kandydatów. Swój udział zapowiedział już Janusz Palikot, zastanawia się Ryszard Kalisz, pewne jest, że wystartuje Anna Grodzka i też nie wiadomo co zrobi Unia Pracy. Na łaskę prezydenta Komorowskiego liczy też Piotr Ikonowicz, który również zgłasza swoje aspiracje prezydenckie. W sumie więc może być tak, że o lewicowy elektorat ubiegać się będzie czterech a być może nawet sześciu kandydatów.
Czyż to nie będzie piękna porażka całej lewicy?
07 listopada 2014
Taśma prawdy nie powie
Ujawnione taśmy dotyczące interwencji policji wobec posła Wiplera z całą pewnością pokazują jedno. Poseł Wipler nie był trzeźwy. To jeszcze nie grzech, wszak wypić a nawet upić może się każdy. Wolna wola. Nawet poseł na Sejm RP może chodzić po ulicach Warszawy chwiejnym krokiem. Kto bogatemu zabroni. Gorzej, jeśli pod wpływem przestaje nad sobą panować lub zaczyna przeszkadzać w działaniach podejmowanych przez upoważnione do tego służby.
"Taśmy Wiplera" a przynajmniej ich część, którymi ekscytują się media i sam poseł wcale nie dowodzą, że mamy do czynienia z bezbronną ofiarą ataku policji. Na taśmach widać bicie pałką posła, widać szarpaninę, ale widać też jak poseł Wipler, co prawda nie w prostej linii, ale jednak kieruje się do interweniujących chwilę wcześniej funkcjonariuszy.
Jakie słowa padły nie słychać. Widać, że dochodzi do szarpaniny. I trudno się dziwić, że podczas policyjnej interwencji funkcjonariusze reagują w sposób zdecydowany. Można mieć raczej pretensje, że obezwładnienie jednego człowieka, i powiedzmy to szczerze, pod wpływem alkoholu (czego zresztą sam poseł nie ukrywa) zajmuje im tak wiele czasu.
W końcu to właśnie od policjantów oczekujemy zdecydowania i szybkości reakcji. Niezależnie od tego, czy naprzeciwko nich stoi "zwykły" obywatel czy gość z poselską legitymacją. Każdy powinien poddać się poleceniom interweniujących, i to w dodatku w mundurach, policjantom. Jeśli poseł sądził, że jest ponad prawem a poselski immunitet pozwoli mu na bezkarne przerywanie policyjnej interwencji, to chyba dobrze dla życia publicznego, że odniósł bolesną lekcję.
Czy kolejne odcinki taśm wyjaśnią cały kontekst sytuacji? Nie wiadomo. Ale to, że powinny zostać ujawnione jest bezsprzeczne. Bez tego nadal można jedynie snuć domysły jak było naprawdę, bo dla jednych ujawniony materiał jest niepełny, a dla drugich wystarczająco długi.
05 listopada 2014
Piotr Guział wygra
W II turze wyborów prezydenckich to Piotr Guział będzie faworytem wyścigu wyborczego a nie Hanna Gronkiewicz-Waltz. I jeśli do niej dojdzie wygra. W Warszawie nastąpi zmiana. Na lepsze.
Platforma Obywatelska zaczęła z impetem telewizyjną kampanię samorządową. W ostatnich dwóch tygodnia w zamyśle twórców jej nowego wizerunku premier Ewa Kopacz pokazuje się jako socjalna twarz PO. Wzywa do jedności, zaprasza na spotkanie szefa największej opozycyjnej partii. W spocie wyborczym odcina się od kłócących polityków. Bliżej ludzi. Już nie gospodarcze oblicze, ale socjalne. To wprost uderzenie w elektorat lewicowy. Próba pozyskania nowych środowisk wobec widocznego i wyraźnego zniechęcenia dotychczasowego elektoratu.
Opozycja zdaje się nie być przygotowana na taki scenariusz. To z kolei przekłada się na kampanię samorządową. Zresztą w Warszawie widać to najlepiej. SLD wystawia do walki z prezydent Warszawy sympatycznego, acz nierozpoznawalnego lidera, typowego działacza partyjnego. PiS zaś stawia na Jacka Sasina, który nie jest nawet mieszkańcem Warszawy. W kontekście sztandarowego dla kampanii Sasina postulatu bezpłatnej komunikacji i płacenia podatków w Warszawie jest to więcej niż pogrążające kandydata partii Jarosława Kaczyńskiego. Na tym tle, Piotr Guział jawi się jako zupełnie inna, nowa jakość. Charyzmatyczny, bezpartyjny, z doświadczeniem samorządowym, wizją miasta i wielkim sukcesem jakim było referendum w sprawie odwołania obecnie urzędującej prezydent. Choć w referendum nie udało się odwołać Hanny Gronkiewicz-Waltz, to już jego wynik i to że się odbyło pokazuje ogromny potencjał Guziała.
Spośród kandydatów, którzy mogą walczyć o II turę z panią prezydent liczą się więc w zasadzie jedynie dwaj kandydaci. Jacek Sasin i Piotr Guział. Ten pierwszy, z obciążeniem meldunku w Ząbkach, reprezentujący Prawo i Sprawiedliwość nie stanowi praktycznie żadnego zagrożenia dla Gronkiewicz-Waltz. Przyglądając się kampanii Jacka Sasina można czasem odnieść wrażenie, że sam kandydat nie wierzy w sukces. Gdyby udało mu się, mimo ewidentnych wpadek, uzyskać poparcie dające udział w II turze, to nie trzeba być specjalnym znawcą politycznych mechanizmów by wiedzieć, że dziś i pewnie jeszcze długo PiS nie będzie w Warszawie siłą dominującą tak jak przez ostatnie 8 lat Platforma Obywatelska. Warszawa, w której wygrywał Lech Kaczyński w 2002 roku jest już zupełnie innym miastem a też każdy inny kandydat z ramienia tej partii na funkcję prezydenta stolicy jest jedynie cieniem swego partyjnego poprzednika. Zważywszy, że prezydentura Lecha Kaczyńskiego w warszawskim ratuszu nie była porywająca, można jedynie dodać, że ów cień jest wyjątkowo słaby.
W tym kontekście Piotr Guział jest nowością na warszawskim rynku. Zagrożeniem dla zabetonowanej warszawskiej sceny politycznej. Tak jak na krajowej liczą się PO i PiS tak Warszawa była jej niemal lustrzanym odbiciem. Przez długi czas można było w ciemno obstawiać wyniki wyborów w stolicy. Coś jednak się zmieniło. Piotr Guział nie jest obciążony zmorą trwałego konfliktu politycznego, w którym uczestniczą i którym żywią się Platforma i PiS. Co więcej, jest człowiekiem o lewicowej wrażliwości potrafiącym rozmawiać i tworzyć koalicje ze wszystkimi. W tym kontekście w spocie Platformy Obywatelskiej z Ewą Kopacz w roli głównej, w którym odcina się od kłócących polityków, to Guział byłby bardziej wiarygodny w roli głównej aniżeli pani premier. Z jednej strony mamy bowiem polityka o społecznym zacięciu, z umiejętnościami zarządzania i zdolnego do tworzenia koalicji z każdym, kto chce i potrafi realizować program pozytywny. Z drugiej, pokazującego swoim dotychczasowym politycznym doświadczeniem, że w Warszawie mniej liczy się skąd przychodzisz, ale czy chcesz razem budować Warszawę. I nie jest ważne czy masz naklejkę PO czy PiS, ważne, czy chcesz i potrafisz pracować dla Warszawy.
Ma więc Piotr Guział potencjał na prawdziwego polityka samorządowego, lidera zmian. Ma też czas, by przekonać do siebie wyborców. Ma też potencjał by w II turze być prawdziwą alternatywą, a nie jak kandydat PiS, jedynie statystą spektaklu, który zgodnie z polskim prawem musi się odbyć. Wybór jest więc prosty. Glosuję na Piotra Guziała!
30 października 2014
Kampania za publiczne
Nie trudno zrozumieć dlaczego władzom Warszawy nie zależy na prostych oszczędnościach wynikających z likwidacji gazet wydawanych przez urzędy dzielnicowe. To świetne narzędzie do promocji w czasie sprawowania władzy a przed wyborami darmowe narzędzie reklamy kandydatów na radnych. Grzechem byłoby nie skorzystać z tych ułatwień a poza tym kto im zabroni?
W 2009 roku przedstawiłem raport, z którego wynikało, że w Warszawie mamy kilkanaście tytułów lokalnych wydawanych przez urzędy dzielnicowe. Budżet Warszawy kosztowało to około 2.000.000 zł (słownie: dwa miliony złotych). W przeciwieństwie do wydawców prywatnych, redakcje gazetek urzędowych nie muszą zabiegać o czytelnika. Nie muszą, bo mają pewny budżet. Nie muszą szukać sponsorów, reklamodawców. Zwykle redagowane są i wydawane przez specjalnie zatrudnionych w tym celu urzędników lub przez firmy zewnętrzne. Są wydawane na dobrym, kredowym papierze. Na bogato!
Takim wydawnictwem jest też biuletyn śródmiejski o nazwie Wspólnicy, który niedawno trafił w moje ręce. Wrześniowy numer pisma zupełnie o niczym. Jednak wydany na świetnym papierze, z pięknymi zdjęciami i oczywiście wstępniakiem burmistrza dzielnicy z rządzącej PO. Jednak to mało. W środku pan burmistrz pojawia się na kolejnych fotografiach, przecina wstęgę, coś otwiera etc.
W zasadzie, z drobnymi różnicami wynikającymi z lokalnej specyfiki, większość tego typu wydawnictw ma podobny schemat. Prostacka, choć w ładnej oprawie, propaganda sukcesu za publiczne pieniądze. Nikt nie pomyśli, że likwidacja tego typu wydawnictw dałaby miastu, może nie decydujące, ale jednak znaczące oszczędności. Jeśli każdy grosz się liczy, zwłaszcza teraz, kiedy balansujemy na granicy dopuszczalnego prawem zadłużenia, to dobry gospodarz nie wydaje pieniędzy na błahostki.
Oczywiście, ktoś mógłby powiedzieć, że punkt widzenia autora mógłby się zmienić, gdyby znajdował się na miejscu wydających ją urzędników. Odpowiadam więc, że można bez żalu rozstać się z wydawnictwem dzielnicowym. Zrobiłem to w 2005 roku. Kiedy pełniłem funkcję zastępcy burmistrza dzielnicy Wola zlikwidowaliśmy jako zarząd wydawnictwo urzędu o nazwie „Kurier Wolski”. Można? Można.
PS
Niestety moi następcy z Platformy Obywatelskiej przywrócili tytuł, który rok wcześniej udało mi się zamknąć. Najwyraźniej trudno im się było oprzeć pokusie wydawania za nasze pieniądze wydawnictwa o małej wartości merytorycznej acz dużej wizualnej. W końcu gdzie indziej mieliby darmowe medium do prezentacji własnych zdjęć i tekstów tak słodkich, że aż robi się niedobrze.
23 października 2014
Lizanie lizaka przez szybę
A miało być tak pięknie. Najpierw Hanna Gronkiewicz-Waltz z dziennikarzami jeździ II linią metra a zaraz przed wyborami otwiera ją w otoczeniu działaczy PO. Wygląda jednak na to, że z planów uruchomienia metra dla warszawiaków przed 16 listopada może nic nie wyjść. Nie znaczy to wcale, że – choć niedostępne na co dzień – nie stanie się wyborczą atrakcją.
Trzeba mieć wyjątkowo dużo tupetu, śmiałości, ale i też bezczelności by po 2 latach opóźnienia czynić z otwarcia opóźnionej inwestycji fetę i to jeszcze przed wyborami. To raczej powód do wstydu. Wstydu tym większego, że mimo starań i zabiegów sztabowców pani prezydent, może się okazać, że nie wszystkie stacje uda się oddać do użytku bezpośrednio przed wyborami. I tak, jak informowały media, z planowanego na 8, potem na 11 listopada otwarcia niewiele wyjdzie.
To, jak się okazuje, nie stanowi dla władz miasta większego problemu. Otóż na 9 listopada planowany jest dzień otwarty w warszawskim metrze. Jak poinformowała pani Agnieszka Kłąb z biura prasowego ratusza „9 listopada chcemy pokazać mieszkańcom jak te stacje wyglądają. Bo potem będziemy biec, będziemy jechać, będziemy pędzić i nie będzie czasu żeby zobaczyć jak te stacje rzeczywiście wyglądają, jak zostały zrealizowane” (Telewizyjny Kurier Warszawski, 21.10.2014).
W normalnym mieście okazja do fetowania jest wówczas, gdy poprawia się standard życia mieszkańców. Zwłaszcza, jeśli realizowane zadanie wykonuje się w terminie. W Warszawie mamy nową tradycję. Zwiedzanie inwestycji nieskończonych! A to już jest jak lizanie lizaka przez szybę. Głupie, niepotrzebne i pozbawione sensu.
18 października 2014
Jak zostałem populistą
Gazeta Stołeczna piórem redaktora Michała Wojtczuka poświęca mojej kampanii billboardowej cały artykuł. I choć pan redaktor w zasadzie oddaje bez zarzutu moje przemyślenia w zakresie metra na Pragę Południe (a jak wolą puryści nomenklaturowi na Gocław i Grochów) to jednocześnie tytuł artykułu jednoznacznie określa stosunek redakcji do komitetu, który reprezentuję.
„Populizm kandydata od Guziała. Obiecuje metro na Gocław” – tak zatytułowany jest artykuł, w którym wyjaśniam m.in. dlaczego chcę jako radny Warszawy dążyć do budowy metra na Grochów i Gocław. Nie zmienia to faktu, że mniej uważny czytelnik, jedynie na podstawie tytułu, może sobie wyrobić jednoznaczne stanowisko na temat kandydata jak i samego komitetu. A przecież sam autor zauważa w drugim akapicie artykułu, że „ratusz od dawna planuje budowę odgałęzienia metra na Gocław, które zaczynałoby się na stacji II linii przy Stadionie Narodowym. Jest już tam dodatkowy peron, który na razie nie będzie wykorzystywany".
Co więcej, warto w tym miejscu zacytować fragment z programu pani Hanny Gronkiewicz-Waltz z 2006 roku: „W ciągu nadchodzących kadencji doprowadzimy metro na Bemowo, a po drugiej stronie na Gocław i Targówek” (cytat dzięki Michał Pretm). Czy wówczas ktoś z redakcji Gazety Stołecznej nazwał panią prezydent populistką? Nie przypominam sobie…
Najwyraźniej tytuł populisty przysługuje nie za to co się mówi, tylko w zależności od tego jaki komitet reprezentuje. Coż….życie.
08 października 2014
Szczyt obłudy, czyli rzecz o janosikowym
- Szczytem naszych marzeń byłoby uwolnienie Warszawy od 2 panów – Janosika i Bieruta – powiedziała Hanna Gronkiewicz – Waltz 4 października podczas konwencji wyborczej PO inaugurującej kampanię wyborczą tej partii. Czy wśród wypowiedzi z ostatnich dni pani prezydent można znaleźć słowa obarczone większą obłudą. Wątpliwe.
Wystarczy skupić się na samym Janosiku, a dokładnie na tzw. janosikowym. Dla przypomnienia warto jedynie nadmienić, że janosikowe to obowiązkowa wpłata do budżetu państwa, którą płacą najbogatsze samorządy na rzecz pozostałych. Warszawa od lat zajmuje w tej grupie pierwsze miejsce. Płaci najwięcej.
3 lata temu kiedy Platforma Obywatelska przystępowała do kampanii parlamentarnej, kandydaci tej partii, dziś część z nich to posłowie, obiecywali walkę o obniżenie janosikowego. Z walki niewiele wyszło. Warszawa jak płaciła, tak dalej płaci swoisty haracz od przedsiębiorczości własnych mieszkańców. Obecni posłowie PO z Warszawy szybko zapomnieli o składanych obietnicach a i Hanna Gronkiewicz-Waltz wiceprzewodnicząca Platformy bądź nie potrafiła zadbać o interes Warszawy wśród partyjnych kolegów, bądź jedynie na poklask wspierała hasła obniżenia janosikowego.
Dziś wraca do tematu. Trudno jednak wierzyć, że są to słowa szczere i dające nadzieję na zmianę. I oczywiście użalanie się pani prezydent może mieć swój urok i urzekać najwierniejszych wyborców partii rządzącej. Trudno jednak uwierzyć by po niemal 8 latach rządzenia Warszawą i 7 latach Polską – obywatelska z nazwy partia nie miała okazji do przeprowadzenia dyskusji i wypracowania ostatecznego stanowiska w kwestii janosikowego.
Miała i mogła zmienić złe ustawodawstwo. Warszawa od dawna może nie być płatnikiem na rzecz biedniejszych regionów. Jedyne co stoi na przeszkodzie, to polityka Platformy Obywatelskiej. Jeśli więc dziś Hanna Gronkiewicz-Waltz marzy o uwolnieniu się od pana Janosika, to chyba rzeczywiście najlepszym gremium do słuchania jej marzeń jest konwencja działaczy PO. Bo chyba nikt już nie da się nabrać na spektakl odstawiany przez panią prezydent przy okazji kolejnych wyborów. W końcu ile razy można mówić o marzeniach? Czas na ich realizację przecież już dawno minął…..
Wystarczy skupić się na samym Janosiku, a dokładnie na tzw. janosikowym. Dla przypomnienia warto jedynie nadmienić, że janosikowe to obowiązkowa wpłata do budżetu państwa, którą płacą najbogatsze samorządy na rzecz pozostałych. Warszawa od lat zajmuje w tej grupie pierwsze miejsce. Płaci najwięcej.
3 lata temu kiedy Platforma Obywatelska przystępowała do kampanii parlamentarnej, kandydaci tej partii, dziś część z nich to posłowie, obiecywali walkę o obniżenie janosikowego. Z walki niewiele wyszło. Warszawa jak płaciła, tak dalej płaci swoisty haracz od przedsiębiorczości własnych mieszkańców. Obecni posłowie PO z Warszawy szybko zapomnieli o składanych obietnicach a i Hanna Gronkiewicz-Waltz wiceprzewodnicząca Platformy bądź nie potrafiła zadbać o interes Warszawy wśród partyjnych kolegów, bądź jedynie na poklask wspierała hasła obniżenia janosikowego.
Dziś wraca do tematu. Trudno jednak wierzyć, że są to słowa szczere i dające nadzieję na zmianę. I oczywiście użalanie się pani prezydent może mieć swój urok i urzekać najwierniejszych wyborców partii rządzącej. Trudno jednak uwierzyć by po niemal 8 latach rządzenia Warszawą i 7 latach Polską – obywatelska z nazwy partia nie miała okazji do przeprowadzenia dyskusji i wypracowania ostatecznego stanowiska w kwestii janosikowego.
Miała i mogła zmienić złe ustawodawstwo. Warszawa od dawna może nie być płatnikiem na rzecz biedniejszych regionów. Jedyne co stoi na przeszkodzie, to polityka Platformy Obywatelskiej. Jeśli więc dziś Hanna Gronkiewicz-Waltz marzy o uwolnieniu się od pana Janosika, to chyba rzeczywiście najlepszym gremium do słuchania jej marzeń jest konwencja działaczy PO. Bo chyba nikt już nie da się nabrać na spektakl odstawiany przez panią prezydent przy okazji kolejnych wyborów. W końcu ile razy można mówić o marzeniach? Czas na ich realizację przecież już dawno minął…..
01 października 2014
2 lata za późno
Z ogromną pompą, w towarzystwie dziennikarzy Prezydent Warszawy odbyła pierwszą podróż centralnym odcinkiem II linii metra. Zapomniała jednak dodać, podczas zorganizowanej po przejeździe konferencji, że przejazd ten odbył się niemal w 2 lata po pierwszym, planowanym terminie ukończenia prac.
Warto przypomnieć, że pierwsze plany zakładały oddanie do użytku centralnego odcinka II linii metra jeszcze przed EURO 2012. Potem, jak to bywa w Warszawie za rządów Hanny Gronkiewicz-Waltz termin ten przesuwano. Faktem pozostaje, że podczas mistrzostw Europy w piłce nożnej II linia metra nie została uruchomiona a kibice z całej Europy podziwiali rozkopane centrum stolicy.
Kolejny termin wyznaczono na 2013 rok. I ten także nie został dotrzymany. Na przeszkodzie stanęły nieoczekiwane trudności i jak wówczas wyjaśniano budowniczowie metra„natrafili na nieoznaczone instalacje, których bieg trzeba było zmieniać, niewybuchy i inne przedmioty wstrzymujące prace. Te i inne obiektywne przyczyny spowodowały przesunięcie daty zakończenia budowy tego odcinka o 337 dni wraz z odbiorami inwestorskimi”. (warszawa.naszemiasto.pl)
W końcu nastał rok 2014. I właśnie w tym roku, zaraz przed wyborami, ekipie rządzącej Warszawą udało się zakończyć centralny odcinek II linii metra. Zadziwiająca zbieżność terminów. I choć trzeba się cieszyć, że w końcu II linia metra przynajmniej w części zostanie oddana, to jednocześnie pozostaje niedosyt, że znów z dużym opóźnieniem.
Warto przypomnieć, że pierwsze plany zakładały oddanie do użytku centralnego odcinka II linii metra jeszcze przed EURO 2012. Potem, jak to bywa w Warszawie za rządów Hanny Gronkiewicz-Waltz termin ten przesuwano. Faktem pozostaje, że podczas mistrzostw Europy w piłce nożnej II linia metra nie została uruchomiona a kibice z całej Europy podziwiali rozkopane centrum stolicy.
Kolejny termin wyznaczono na 2013 rok. I ten także nie został dotrzymany. Na przeszkodzie stanęły nieoczekiwane trudności i jak wówczas wyjaśniano budowniczowie metra„natrafili na nieoznaczone instalacje, których bieg trzeba było zmieniać, niewybuchy i inne przedmioty wstrzymujące prace. Te i inne obiektywne przyczyny spowodowały przesunięcie daty zakończenia budowy tego odcinka o 337 dni wraz z odbiorami inwestorskimi”. (warszawa.naszemiasto.pl)
W końcu nastał rok 2014. I właśnie w tym roku, zaraz przed wyborami, ekipie rządzącej Warszawą udało się zakończyć centralny odcinek II linii metra. Zadziwiająca zbieżność terminów. I choć trzeba się cieszyć, że w końcu II linia metra przynajmniej w części zostanie oddana, to jednocześnie pozostaje niedosyt, że znów z dużym opóźnieniem.
12 sierpnia 2014
Warszawa zalana
„Zamknięte cztery stacje metra, unieruchomione tramwaje, opóźnione autobusy i zamknięte ulice. To skutki ulewy, która w niedzielę przeszła nad Warszawą.” To komunikat z jednego z warszawskich portali informacyjnych z czerwca 2013 roku. Gdyby jednak wyrzucić wyraz niedziela, jak ulał pasowałby do wydarzeń z sierpniowego poniedziałku 2014 roku.
Zwykłe „sorry, taki mamy klimat” jest chyba w tej sytuacji nie wystarczające dla wytłumaczenia czemu w Warszawie mamy problem za każdym razem, gdy pojawią się większe opady. Włodarze miasta z panią Prezydent na czele, sprawiają wrażenie zaskoczonych za każdym razem, gdy woda wedrze się do metra, kilka ulic staje się nieprzejezdnych a pomysłowi warszawiacy korzystają z okazji i na warszawskich ulicach zamiast używać pojazdów mechanicznych korzystają z kajaków.
Rok od poprzedniej ulewy to chyba wystarczający czas, aby wyciągnąć wnioski, że mamy niedrożne studzienki, złe odpływy i nie jesteśmy dobrze zabezpieczeni na wypadek pogodowych kataklizmów. Tym bardziej, że opady, które przechodzą nad Warszawą to nie huragan Katrina, a jedynie kilka większych chmur deszczowych. I oczywiście, można powiedzieć, że nic się nie stało. Po kilku godzinach miasto wróciło do normalnego życia. Ale czy tak musi być i czy każdą nieudolność da się wytłumaczyć klimatem?
Zwykłe „sorry, taki mamy klimat” jest chyba w tej sytuacji nie wystarczające dla wytłumaczenia czemu w Warszawie mamy problem za każdym razem, gdy pojawią się większe opady. Włodarze miasta z panią Prezydent na czele, sprawiają wrażenie zaskoczonych za każdym razem, gdy woda wedrze się do metra, kilka ulic staje się nieprzejezdnych a pomysłowi warszawiacy korzystają z okazji i na warszawskich ulicach zamiast używać pojazdów mechanicznych korzystają z kajaków.
Rok od poprzedniej ulewy to chyba wystarczający czas, aby wyciągnąć wnioski, że mamy niedrożne studzienki, złe odpływy i nie jesteśmy dobrze zabezpieczeni na wypadek pogodowych kataklizmów. Tym bardziej, że opady, które przechodzą nad Warszawą to nie huragan Katrina, a jedynie kilka większych chmur deszczowych. I oczywiście, można powiedzieć, że nic się nie stało. Po kilku godzinach miasto wróciło do normalnego życia. Ale czy tak musi być i czy każdą nieudolność da się wytłumaczyć klimatem?
07 sierpnia 2014
Z piórkiem w dupie
Nie ma żadnego uzasadnienia dla przemocy. Zarówno tej werbalnej jak i fizycznej. Przemoc zawsze będzie rodzić przemoc a dopuszczenie w debacie publicznej do samosądów jest zbrodnią, która wcześniej czy później będzie obnażać słabość państwa. A przy braku państwa wkracza anarchia i pojawia się miejsce dla zachowań ekstremalnych.
Zaczął Korwin-Mikke policzkując Michała Boniego. Zamiast siły pokazał swoją słabość i wyjątkowy brak kultury. I o ile prostactwo przywódcy KNP można znieść, o tyle trudno akceptować fakt, że ów polityk nadal jest zapraszany do udziału w publicznych debatach. Oczywiście trudno zrzucać winę na Korwina-Mikke za całe zło publicznych debat i też obwiniać go za późniejsze wydarzenia sprowokowane przez Rafalalę, to jednak jest on obok transwestyty symbolem ostatnich wydarzeń i słabości zarówno mediów a przede wszystkim niskich obyczajów.
Każdy zasługuje na szacunek, również Rafalala. Nie ma większego znaczenia czy paraduje z piórkiem w dupie czy też ma umalowane usta i blond perukę wielkości Stadionu Narodowego. Nazywanie kogokolwiek „to coś” jest obraźliwe i służy poniżeniu. Jednak… nie jest to wystarczający powód by użyć siły wobec werbalnego agresora. Tak jak nikogo nie powinno się określać mianem „to coś”, tak też wobec nikogo nie powinno stosować się przemocy fizycznej. Tym bardziej, że z filmiku zamieszczonego przez samą Rafalalę z wydarzeń gdzie weszła w interakcję z niedoszłym wynajmującym widać wyraźnie, że nie chodziło o nieprzemyślaną reakcję w odpowiedzi na obraźliwe słowa. Chodziło o pobicie i poniżenie. Żądanie od kogoś klękania to już nie reakcja na chamstwo (podkreślmy werbalne!), ale obrzydliwa próba całkowitego poniżenia drugiego człowieka.
Ciąg dalszy tych głupich i chamskich reakcji Rafalala dała pokaz podczas spotkania z Arturem Zawiszą. I oczywiście rację będą mieli ci, którzy stwierdzą, że zapraszanie do studia takich gości będzie generować konflikt. Można było przewidzieć, że w trakcie spotkania narodowca z transseksualistą dojdzie do „spięcia”. Można było przewidzieć, że Artur Zawisza nie okaże szacunku Rafalali a ta sprowokowana użyje przemocy. Zamiast wyjść ze studia i nie siadać przy jednym stole z człowiekiem, który nie okazuje jej szacunku. A tak, jako agresor, jest nie mniej winna całego zamieszania niż Artur Zawisza. I nie ma znaczenia kto zaczął. W państwie prawa, demokratycznym są inne metody rozwiązywania konfliktów wykluczające przemoc, oblewanie wodą, uderzanie w twarz i żądanie klękania.
Przemoc nie jest sposobem rozwiązywania problemów. Zgoda na dokonywanie samosądów to prosta droga do zaprzeczenia instytucji państwa, które jako jedyne w świetle prawa posiada instrumenty przymusu. A też stara prawda życiowa mówi, że na każdego Kozaka znajdzie się większy Kozak. I choć dziś Rafalala może biegać po studiach TV w glorii zwycięzcy pojedynku na „strzelanie z liścia” i oblewanie wodą adwersarzy, to już za moment może trafić na kogoś znacznie większego. A wówczas stanie się ofiarą własnej broni, bo trudno bronić kogoś, kto sam nadużywa rąk w dyskusji.
29 lipca 2014
NIE dla generała Sosabowskiego
Na początku lipca Zespół Nazewnictwa Miejskiego negatywnie zaopiniował nadanie nazwy parkowi przy ulicy Znicza im. gen. Stanisława Sosabowskiego. To sytuacja dziwna i kuriozalna. Tym bardziej, że z informacji jakie można uzyskać z Ratusza wynika, że wniosek odrzucono bowiem istnieje już ulica im. gen. Sosabowskiego.
Z inicjatywą nadania nazwy gen. Stanisława Sosabowskiego parkowi przy ulicy Znicza wystąpiła Południowopraska Wspólnota Samorządowa. Warto wspomnieć, że nie jest to działanie przypadkowe. Pamiętając o licznych, także heroicznych wyczynach generała, należy także podkreślić jego niewątpliwy wkład w obronę Grochowa w czasie kampanii wrześniowej w 1939 roku.
Wydawać więc się mogło, że w zasadzie nic nie stało na przeszkodzie, aby w ten sposób uhonorować pamięć jednego z bohaterów walk z 1939 roku. Decyzja Zespołu Nazewnictwa Miejskiego a przede wszystkim uzasadnienie jej negatywnej opinii budzi spore wątpliwości. Trudno bowiem zgodzić się z jedynym argumentem jaki podano inicjatorom nadania nazwy parkowi przy ulicy Znicza, że gen. Sosabowski jest już patronem jednej z ulic na Gocławiu. W związku z tym, park nie powinien nosić jego imienia.
Jednak w samej Warszawie mamy już do czynienia z podobnymi sytuacjami. Weźmy choćby za przykład marszałka Józefa Piłsudskiego. Ta bez wątpienia jedna z najwybitniejszych postaci XX wieku jest patronem alei, placu i parku nie wspominając o licznych pomnikach i tablicach pamiątkowych. Nie inaczej jest z innym wielkim Polakiem Janem Pawłem II, który jest patronem alei i też jego imienia jest park na Ursynowie.
Nadanie więc nazwy ulicy i parkowi temu samemu patronowi nie jest więc niczym nadzwyczajnym. Dlaczego więc gen. Sosabowski nie zasługuje na to, by być patronem parku przy ulicy Znicza na Pradze Południe, gdzie inicjatorem są mieszkańcy? Trudno wyrokować. Najwyraźniej miejskiemu zespołowi ds. nazewnictwa zabrakło wyobraźni, co może być jeszcze naprawione podczas sesji Rady Miasta pod koniec sierpnia, gdy ostateczną decyzję podejmować będą radni Warszawy.
Gorzej, jeśli była to decyzja podyktowana jedynie chęcią "utrącenia" inicjatywy środowisk samorządowych skupionych wokół Warszawskiej Wspólnoty Samorządowej. Wówczas gen. Sosabowski będzie jedynie ofiarą partyjnej polityki w warszawskim samorządzie. Miejmy jednak nadzieję, że tak się nie stanie.
11 listopada 2013
Terror hołoty
Wiadomo było, że Marsz Niepodległości organizowany przez środowiska
narodowe będzie po raz kolejny zarzewiem konfliktów, zadym i niepokojów. Co
roku, w święto odzyskania niepodległości narodowcy generują grupki
sfrustrowanych, dzikich i głupich ludzi, których jedynym celem jest sianie
zniszczenia. I jak co roku, pozostajemy bezsilni patrząc jak prymitywna hołota
niszczy na swojej drodze wszystko co jest inne i może być obce.
Artur Zawisza już zdołał w jednym z wywiadów udzielić
wypowiedzi, w której decyzję o rozwiązaniu marszu skwitował stwierdzeniem, że „świstkiem
z Ratusza nie będzie się przejmować”. To najlepiej pokazuje stosunek tych ludzi
do państwa polskiego i obowiązującego ładu prawnego. To pokazuje ich tzw.
patriotyzm i stosunek do własnego państwa. Pewnie w ciągu najbliższych dni usłyszymy,
że to policja prowokowała, że winni są jacyś nieznani sprawcy, zapewne
zamaskowani policjanci, którzy prowokowali spokojnie idących w Marszu
Niepodległości uczestników. To zapewne też policja lub ktoś z Ratusza podpalił
tęczę na Placu Zbawiciela i jeszcze zaatakował strażaków próbujących nie
dopuścić do pożaru.
Kłamstwa tych ludzi graniczą już niemal z całkowitym
zaślepieniem, bo nie inaczej można nazwać twierdzenie, że ludzie z dachu skłota
przy ulicy Skorupki rzucali w idący Alejami Marszałkowskimi marsz koktajlami Mołotowa.
Jest to po prostu niemożliwe ze względu na odległość między skłotem a
Marszałkowską. Nie zmienia to faktu, że Artur Zawisza już ogłosił, że lewaccy
aktywiści rzucili się na kilkutysięczny tłum. Musieli być wyjątkowo zdesperowani.
Wreszcie podpalenia pod ambasadą rosyjską. To zapewne też
robota policji. Nie da się dłużej tłumaczyć organizacyjnej indolencji
organizatorów Marszu Niepodległości. Nie można również pozwolić, by to hołota
zawłaszczała ulice polskich miast dla pokazywania swoich frustracji depcząc i
niszcząc wszystko co nie wpisuje się w hasła, za którymi stoi nienawiść wobec
obowiązującego ładu społecznego. Państwo polskie musi wreszcie użyć wszystkich
instrumentów, by wyeliminować ze społeczeństwa hołotę, która dziś skutecznie
kryje się za górnolotnymi hasłami walki o wolną i niepodległą Ojczyznę. Problemem
Polski nie jest dziś bowiem brak wolności czy suwerenności, ale garstka
sfrustrowanych pseudopatriotów, którzy potrafią jedynie głośno krzyczeć i robić
zadymy.
19 lutego 2013
Córunia lesbijki w ustach syna ZChNu
Stefan Niesiołowski musiał się wyraźnie zdenerwować słowami Agnieszki Holland skoro nie zdołał powstrzymać swoich emocji na wodzy i w słowach więcej niż haniebnych odniósł się do jej deklaracji wyborczej. Haniebnych bowiem zarzucających jej brak troski o Polskę i patrzenie na sprawy niezałatwione przez PO przez pryzmat własnych, rodzinnych doświadczeń.
Agnieszka Holland w swojej deklaracji o nie głosowaniu na Platformę Obywatelską wyraźnie wskazała powody, dla których nie udzieli więcej poparcia partii Donalda Tuska. Ma do tego prawo. Jako dotychczasowy wyborca PO miała prawo wierzyć, że sprawy takie jak choćby in vitro czy kwestia związków partnerskich zostaną rozwiązane. Zapewnienia o tym, że będą uregulowane były w trakcie kampanii wyborczej mocno eksponowane przez samego premiera jak i licznych jego współpracowników. Dotychczasowy efekt działań jest taki, że ani in vitro ani związki partnerskie nie są uregulowane ustawowo. Czy jako wyborca Agnieszka Holland może czuć się oszukana? Zapewne tak, tym bardziej, że Platforma rządzi już drugą kadencję - czasu na załatwienie obu tych kwestii było więc wystarczająco dużo.
Z wrodzoną sobie delikatnością Stefan Niesiołowski nie odniósł się w TVP Info do nierozstrzygniętych problemów jakie poruszyła Agnieszka Holland, tylko zarzucił jej, że wspiera PiS i szkodzi Polsce a wszystko dlatego, że chce dobrze tylko dla "córuni lesbijki". Czy można się wykazać większym nietaktem, brakiem kultury i przede wszystkim obłudą. Niesiołowski nie odnosi się do sedna sprawy, ale wprost atakuje Holland po najmniejszej linii oporu odwołując się do najniższych, haniebnych instynktów "mniej wyrobionych" wyborców.
Agnieszka Holland ma rację kiedy jako osoba publiczna upomina się o sprawy ważne dla wielu obywateli naszego kraju. Nawet jeśli w jakimś stopniu dotyczą one jej lub bliskich jej osób, dla posła na Sejm nie powinno mieć to żadnego znaczenia. Ważne bowiem jest załatwienie spraw i problemów ludzi, wyborców, którzy mają prawo czuć się oszukani. Straszenie PiSem to już zbyt słaby argument, by ukryć własne zaniechania. Z kolei argumenty o "córuni lesbijce" to już nie tylko objaw bezsilności, ale wręcz przyznanie się do porażki i politycznej pustki.
08 lutego 2013
Gra (nie)parlamentarna
Funkcję
wicemarszałka Sejmu Wanda Nowicka uzyskała w ramach dobrego, parlamentarnego
zwyczaju, w imię którego każdy klub ma swojego przedstawiciela w Prezydium
Sejmu. Decyzja o nieodwołaniu Wandy Nowickiej jest zaprzeczeniem niepisanej
zasady, którą przedstawiciele Narodu sami ustalili. A wszystko w imię
upokorzenia Palikota.
Nie ma co
ukrywać, że lider Ruchu Palikota jest sam sobie winny. Rozpętał medialną burzę
wokół skandalicznej premii dla Nowickiej i w konsekwencji podjął działania,
które od początku, co było wyraźnie widać, pozostawały bez wyraźnie określonego
planu. Dodatkowo, na pożywkę mediów i publiczności, rzucił Annę Grodzką, która
mimochodem stała się ofiarą rozgrywki Palikota, nic nie zyskując a jedynie
stając się obiektem niewybrednych żartów i powtarzanej z uporem maniaka opinii,
że jej jedyną zasługą jest zmiana płci. Co samo w sobie nie tworzy jeszcze
klimatu do zmiany na funkcji wicemarszałka Sejmu. Siłą rzeczy stawiano ją w
kontrze do Nowickiej, która im bliżej głosowania nad jej być lub nie,
utwardzała się w przekonaniu, że wcale nie ma ochoty robić miejsca dla
Grodzkiej. Zapewne nie małą rolę odegrały w tym rozmowy z przedstawicielami
innych klubów a w szczególności Platformy, która po głosowaniu może czuć się
zdecydowanym zwycięzcą. Pytanie zasadnicze brzmi jednak, za jaką cenę,
obietnicę Wanda Nowicka zdecydowała się wziąć udział w grze będącej
bezpośrednio w kontrze do własnego klubu i środowiska, z którego uzyskała
mandat.
Niezrozumiała
pozostaje postawa Palikota wobec Nowickiej po głosowaniu. Wydawać się mogło, że
zarówno do własnego środowiska jak i wyborców powinien pójść wyraźny sygnał, że
nielojalność jest karana. Wszak rzecz idzie nie o techniczną zmianę na
stanowisku wicemarszałka Sejmu, a o symboliczną postawę, gdzie nie ma miejsca
na jakiekolwiek wątpliwości. Zdecydowane działania, mogące się podobać
wyborcom, wobec Nowickiej za wzięcie wysokiej nagrody a z drugiej strony
wątpliwości co do postępowania co robić z niepokorna posłanką tworzą sytuację,
w której trudno zrozumieć o co właściwie Palikotowi chodzi. I o co to całe
zamieszanie. Przedłużanie tej nieczytelnej sytuacji może czynić z Nowickiej
jedynie ofiarę wewnątrzpartyjnych rozgrywek, zamazując rzeczywisty powód jej
konfliktu z kierownictwem Ruchu Palikota i ostatecznie tworzyć obraz partii niewiele
różniącej się od innych stronnictw parlamentarnych.
Subskrybuj:
Posty (Atom)