Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PiS. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PiS. Pokaż wszystkie posty

31 maja 2015

Platforma umiera

Do I tury wyborów prezydenckich wszystko wyglądało dobrze. Mimo że poparcie dla Bronisława Komorowskiego zmniejszało się im bliżej rozstrzygnięcia mało kto wierzył, że może przegrać. Politykom Platformy trudno też uwierzyć, że to nie urzędujący jeszcze prezydent przegrał, ale że przegrała ich formacja. I to nie tylko wybory prezydenckie. Właśnie przegrywają wybory parlamentarne i swoją przyszłość.
W mało subtelny sposób, wręcz obcesowy, sekretarz generalny PO Andrzej Biernat po posiedzeniu zarządu partii podsumowującym wyniki wyborów odcinał się od przegranego prezydenta. To samo czynił inny członek Zarządu Sławomir Neumann. I pewnie wyrażali opinię większości zarządu partii. Ten ruch jasno pokazuje panikę jaka zapanowała w szeregach rządzących. Jakby zapomnieli, że władza nie jest im dana raz na zawsze.
Polityka sklejania różnych, często bardzo różnych środowisk od lewa do prawa, brak realizacji obietnic wyborczych i wreszcie zwykłe kumoterstwo w urzędach a także język tzw. elit politycznych ujawniony na nagraniach kelnerów musiało w końcu przynieść efekt buntu wyborców. Ci z kolei dostrzegli, że ani PiS taki straszny po 8 latach od rządu Jarosława Kaczyńskiego ani Platforma taka nowoczesna i skupiona na modernizacji kraju.
Niezastąpiony, jak się wydawało, Donald Tusk odszedł w najlepszym dla siebie momencie. Na swoją następczynię wskazał Ewę Kopacz. Sam ten fakt wskazuje, jakie mechanizmy kierują wewnętrznymi nominacjami. Z perspektywy Tuska to ruch całkowicie zrozumiały. Lojalna wobec Tuska posłanka z Radomia, bez znaczącej pozycji wewnątrz partii i bez sukcesów w ministerstwie zdrowia wydawała się idealnym liderem na czas, kiedy Tusk emigruje do Brukseli. Jej zadaniem było trwać i zachować silne struktury na czas kiedy Tusk wróci do kraju, by ponownie zaangażować się w krajową politykę. W międzyczasie dokonał eliminacji wszystkich znaczących postaci. Gdy dziś spojrzeć na elitę Platformy Obywatelskiej to nie ma tam żadnej istotnej, znaczącej, obdarzonej charyzmą postaci. No bo kto? Andrzej Biernat? Wolne żarty. Sławomir Neumann, który ma kłopoty ze sformułowaniem myśli? Hanna Gronkiewicz-Waltz, która utknęła w Warszawie na dobre i już raczej żadnej istotnej roli w krajowej polityce nie odegra? Reszta to postacie albo mało znane i niesamodzielne albo poobijane przez różne mniej lub bardziej dotykające ich afery jak choćby afera pistoletowa z Cezarym Grabarczykiem w roli głównej.
Jest jeszcze minister Grzegorz Schetyna. Jednak zmarginalizowany i publicznie przez Tuska upokorzony. Sprowadzony do roli chłopca na posyłki, po objęciu teki ministra spraw zagranicznych odżył. Jednak coraz częściej wymieniany jako zagrożenie dla przywództwa Ewy Kopacz jest na celowniku wewnętrznych harcowników, którzy zadbają by ambicje ministra w nadchodzących wyborach skończyły się co najwyżej na starcie do Senatu.
Inny problem Platformy to PiS. Partia, którą straszono przed każdymi wyborami. Dziś jasno widać, że ta retoryka trafia do niewielu. Poza tym spece od kampanii powinni z pokorą przyjąć wynik wyborów prezydenckich, posypać głowę popiołem i przyjąć kampanię Dudy jako szansę na naukę. Tak źle zrobionej przez Platformę i nie przemyślanej kampanii w Polsce nie było do ponad 25 lat. A PiS po lifitingu, z Jarosławem Kaczyńskim głęboko schowanym, okazał się dla wielu wyborców całkiem atrakcyjną ofertą. Na tyle atrakcyjną, że to w sztabie Andrzeja Dudy unoszono ręce do góry i to dwukrotnie. Dodatkowo, zwłaszcza teraz, po zwycięstwie Dudy Prawo i Sprawiedliwość nabrało wiatru w żagle i jako partia do jesiennych wyborów idzie z przekazem zmiany, której większość Polaków, także dotychczasowych wyborców PO po prostu oczekuje.
Kolejna przeszkoda z jaką musi się zmierzyć Ewa Kopacz i jej formacja to rodząca się właśnie nowa oferta, skierowana głównie do dotychczasowych wyborców Platformy. NowoczesnaPL z Ryszardem Petru to de facto Platforma Obywatelska. Jednak nowsza, bez obciążeń, bez milionów z budżetu państwa, bez skompromitowanych polityków, którzy przyzwyczajeni do krewetek i ośmiorniczek zapomnieli, że menu większości obywateli ich kraju to schabowy z ziemniakami i mizerią. To oczywiście nie znaczy, że liderzy NowoczesnejPL a zwłaszcza ich przywódca, bankowiec o uposażeniu więcej niż przeciętnym nie jada ośmiorniczek. Jednak ma tę przewagę, że jada je za swoje a nie na ministerialną kartę służbową. Petru ma szansę zebrać wyborców „wkurzonych” polityką trwania, jaką prezentuje Platforma od kilku lat. Ma szansę zebrać ten elektorat, który nie chce głosować na PiS, z obrzydzeniem patrzy na PO i dotychczas nie wiedział, mimo liberalnych przekonań i wartości, nie będąc zabarwiony lewicową estetyką i wierzący w siłę własnych rąk a nie państwowego rozdawnictwa, na kogo głosować. Ryszard Petru stwarza takiemu wyborcy alternatywę. I nawet jeśli ostatecznie nie przekroczy progu wyborczego, to ewentualny start jego formacji w wyborach parlamentarnych zabiera kilka punktów Platformie, której może zabraknąć by myśleć o tworzeniu jakiejkolwiek koalicji w następnym sejmie.
Wreszcie Kukiz i jego zmieleni. Największa niespodzianka wyborów prezydenckich, ale też największa niewiadoma przyszłych wyborów parlamentarnych. Nie wiadomo co Kukiz prezentuje i z jakim programem wystąpi. Same JOWy, pomijając ich absurdalność, to jednak mało. Nie wiadomo też, kto będzie z Kukizem w nowym Sejmie. Co nie zmienia faktu, że jeśli wprowadzi do parlamentu swoich ludzi, a sondaże dają mu obecnie nawet drugą pozycję, będzie współtworzył rząd. I to co wydawało się niemożliwe, czyli brak koalicjanta dla PiS właśnie powstaje. Można było sobie bowiem wyobrazić, że nawet przy zwycięstwie PiSu, Platforma będzie nadal rządzić. Ale gdy w sejmie znajdą się ludzie Kukiza, a PSL i zwłaszcza SLD będą walczyć jedynie o przetrwanie, to rząd PiSu i Kukiza jest więcej niż pewny. A gdy powstanie nowy rząd to można z dużą pewnością założyć, że zwłaszcza w zakresie badania afer, które targały życiem publicznym przez ostatnie 8 lat będzie się zajmował nimi skutecznie i dogłębnie. A to nie będzie sprzyjało ani politykom Platformy ani konsolidacji wokół nich nowych środowisk. Jest więcej niż pewne, że będzie to bolesna kuracja dla polityków PO.
Inna sprawa to postacie jakie Platforma w ostatnim czasie forsowała jako swoich liderów. Trudno bowiem za takich uznać zarówno Romana Giertycha jak i Michała Kamińskiego. Ludzie reprezentujący wrażliwość i estetykę pisowską stali się nagle nawróconymi wyznawcami geniuszu Ewy Kopacz i jej formacji. Przeciętnemu wyborcy trudno uwierzyć w taką przemianę, zwłaszcza, że przypadek Michała Kamińskiego może być rozpatrywany w kategoriach „skoku do korytu”, od którego temu politykowi trudno się oderwać. Doradca premier Kopacz i jednocześnie minister w jej kancelarii miał wyjątkowo duży udział w kampanii prezydenta Komorowskiego przed II turą. I jak się okazuje jego urok i medialna nadpobudliwość na wyborcę liberalnego nie działa jak w poprzednich kampaniach realizowanych dla prezesa Kaczyńskiego.
Ostatnia rzecz to skrzydła Platformy. Gdy wszystko się układa, partia zmierza do zwycięstwa głosów rozłamowych, podważających przywództwo jest mało lub wcale. Gdy zaś okręt zaczyna tonąć, a posłowie z dalszych ław zaczynają dostrzegać, że z odległych miejsc na liście nie ma szans na zdobycie mandatu, zaczyna się poszukiwanie dla siebie nowego miejsca w życiu. Jedni będą się łudzić, że może jakimś cudem w ich okręgu uda się zdobyć mandat jak 4 lata wcześniej, inni z kolei, będą podkreślać dzielące ich z przywództwem różnice, i szukać miejsca w PiS lub u Kukiza. Już podnoszą się głosy, że tzw. skrzydło konserwatywne w PO szuka możliwości wejścia na listy Prawa i Sprawiedliwości. Dla samej Platformy być może to niewielki uszczerbek ludzki i intelektualny, ale wizerunkowo to znacząca porażka. To sygnał dla potencjalnych wyborców, że Platforma się sypie. Że zaczyna przegrywać i że jesienią jest skazana na porażkę. A skoro opuszczają ją członkowie to dlaczego mają przy niej pozostać wyborcy?
Trudno dziś dostrzec jakikolwiek pomysł Platformy Obywatelskiej na wygraną w jesiennych wyborach. Prawdą jest, że od porażki w kampanii prezydenckiej minęło zaledwie kilkanaście dni. Nie można więc oczekiwać, że partia rządząca przedstawi natychmiast program utrzymania władzy a przede wszystkim dotychczasowego wyborcy. Jednak minimum jakie może dziś Platforma wykonać i co powinna zrobić, to zacząć realizować obietnice. W obiecywaniu nie mają sobie w końcu równych. W braku realizacji obietnic, również. I może to jest główny i najważniejszy problem, którego zadowoleni z życia, obrośnięci w przywileje przedstawiciele kasty rządzącej, w zadymionych gabinetach nie potrafią zrozumieć. I tu akurat trudno im się dziwić. Zza dymu cygar niewiele widać.

03 lutego 2015

Taka piękna porażka

Jeśli Bronisław Komorowski potwierdzi ostatecznie start w wyborach prezydenckich, a trudno przypuszczać by było inaczej, to będzie jedynym poważnym kandydatem na urząd Prezydenta. Trudno bowiem uznać by politycy drugiego a czasem nawet jeszcze dalszego szeregu stanowili jakąkolwiek konkurencję dla prezydenta Komorowskiego. To trochę tak, jakby drużyna z ekstraklasy miała grać finał Pucharu Polski z drużyną z III ligi a może nawet okręgówki. Wynik jest więc łatwy do przewidzenia.

Poważni gracze na scenie politycznej odkryli już karty. Prawo i Sprawiedliwość zamiast lidera wystawia parlamentarzystę Andrzeja Dudę.  Zresztą sam Kaczyński nie ukrywał, że jego główny cel to zwycięstwo w wyborach parlamentarnych. Trudno jednak uwierzyć, by była to jedyna i główna przesłanka stawiania na mało znanego polityka, którego doświadczenie polityczne jest znacznie mniejsze aniżeli lidera. Wytłumaczenie jest znacznie prostsze. Jarosław Kaczyński nie wygra wyborów prezydenckich. Dlatego stawia na polityka mniejszego formatu, który walczy o godną porażkę, a tę definiować będzie rezultat uzyskany w czasie wyborów. Miarą sukces, i o to walczy Duda, będzie druga tura.

Znacznie trudniej zrozumieć liderów SLD. Wybory samorządowe, jakby nie czytać wyników, zakończyły się porażką lewicy. Zaklinanie rzeczywistości w postaci wymieniania kilku miejsc, w których Sojusz zdobył mandaty przypomina farsę, którą uzupełnia nominacja dla pani Małgorzaty Ogórek. Jeśli Leszek Miller uważa, że ta kandydatura może stanowić jakiekolwiek zagrożenie dla Bronisława Komorowskiego, to chyba tylko – z całym szacunkiem – w kategorii urody. Tej, kandydatce SLD odmówić nie sposób. Sęk w tym, że wybory prezydenckie, to nie konkurs piękności a wskazywanie kandydatki bez doświadczenia, bez przygotowania jest działaniem mało roztropnym. Można było sobie wyobrazić, że właśnie wybory prezydenckie, zaraz przed wyborami parlamentarnymi będą szansą na budowę albo silnego bloku lewicowego, skupionego wokół jednej, lewicowej lub centrolewicowej postaci bądź staną się trampoliną dla słabnących wyników sondażowych SLD i całej lewicy.

Sojusz miał w tej sprawie najwięcej aktywów. Największy klub parlamentarny, największy budżet, największe struktury. Rozpadający się Twój Ruch, dryfujący na granicy błędu statystycznego, pogrążony we własnym stowarzyszeniu Ryszard Kalisz czy mało widoczna i rozpoznawalna Unia Pracy to wbrew pozorom wciąż atrakcyjne postacie i środowiska, które rozdrobnione nie stanowią żadnej siły. Stąd trudno zrozumieć upór działaczy SLD w dążeniu do destrukcji i brak ruchów, przynajmniej widocznych dla szerokiej publiczności, zmierzających do zebrania wszystkich, którzy mogą zwiększyć szanse Millera na uzyskanie dobrego wyniku w wyborach parlamentarnych a co w niedalekiej przyszłości mogło mu dać silną reprezentację parlamentarną i być może udział we władzy. Odrzucenie kandydatury Kalisza, zawieszenie Napieralskiego to wszystko nie tworzy dobrej aury wokół lidera jak i samego SLD. Co gorsza, oprócz Małgorzaty Ogórek, o której niewiele wiadomo, a to co ujawniają media o jej życiu i karierze zawodowej wcale jej nie pomaga, wybory prezydenckie staną się plebiscytem także dla kilku innych lewicowych kandydatów. Swój udział zapowiedział już Janusz Palikot, zastanawia się Ryszard Kalisz, pewne jest, że wystartuje Anna Grodzka i też nie wiadomo co zrobi Unia Pracy. Na łaskę prezydenta Komorowskiego liczy też Piotr Ikonowicz, który również zgłasza swoje aspiracje prezydenckie. W sumie więc może być tak, że o lewicowy elektorat ubiegać się będzie czterech a być może nawet sześciu kandydatów.

Czyż to nie będzie piękna porażka całej lewicy?

10 listopada 2014

ROGACKI KAMIŃSKI HOFMAN DOWN

Posłów PiS, którzy udali się de facto na wycieczkę do Madrytu z małżonkami zgubiła pycha. To zresztą niejedyny przypadek w ostatnich latach, kiedy nadmierna wiara we własną bezkarność prowadzi do spektakularnych upadków modelowo układających się karier polityków młodego pokolenia. Większość z nich, po jakiejkolwiek wpadce, znika z życia publicznego bez śladu. Trudno powiedzieć już dziś co będzie z posłami Prawa i Sprawiedliwości. Skala popełnionego przez nich grzechu jest duża. Jedno jest jednak pewne. Długo nie uda im się zaskarbić łask prezesa. 
Decyzja Jarosława Kaczyńskiego nie pozostawia złudzeń. Mimo, iż formalnie decyzje podejmują odpowiednie władze statutowe partii to nikt nie ma wątpliwości, że nie będą one sprzeczne z opinią samego prezesa. Trzech młodych parlamentarzystów PiS straci wysokie miejsca w hierarchii politycznej. Nie znajdą się na listach wyborczych a ich kariera krajowa dobiegła końca. Być może zapowiedź szybkiej i ostrej decyzji władz PiSu wobec podróżników ma podłoże przedwyborcze. Nie można tego wykluczyć. Jednocześnie trzeba przyznać, że jest to jedyna słuszna i właściwa decyzja jaką mógł podjąć Prezes PiS. I podjął.
W tym kontekście zachowanie władz Platformy Obywatelskiej wobec choćby Sławomira Nowaka i jego dalszy udział w pracach klubu PO może budzić stosowne pytania o konsekwencje słów i czynów polityków tej formacji (bo co do wiarygodności samego Nowaka już chyba nikt nie ma złudzeń). Co więcej, podobna sytuacja jak z posłami PiSu dotyczy również polityka PO, europosła Zwiefki. On również zachował się dwuznacznie, podpisując się na liście obecności w Parlamencie Europejskim, by zaraz potem pędzić na samolot. Za udział w komisji, w której w rzeczywistości nie uczestniczył europoseł miał zainkasować stosowne wynagrodzenie. Nieobecność europosła skrupulatnie odnotowała niemiecka telewizja. Poseł Zwiefka w nagrodę został szefem kampanii PO a potem europosłem. Klasa próżniacza, z którą walkę obiecywał Donald Tusk po raz kolejny okazała się jedynie niespełnioną mrzonką.
Janusz Palikot komentując wydarzenia związane z politykami PiS proponuje jako jedno z rozwiązań mających na celu zakończenie czy też ukrócenie podobnych praktyk w przyszłości, zwiększenie wynagrodzenia polityków. Ma to niby zmniejszać wszechobecną wśród polityków, jak rozumiem, chęć kombinowania w celu wyciągnięcia dodatkowych publicznych pieniędzy. Trudno zgodzić się z liderem Twojego Ruchu. Założenie, że człowiek bogaty jest z gruntu uczciwszy niż człowiek ubogi, jest mocno kontrowersyjne. Rzecz nie w zwiększaniu dochodów polityków, ale przede wszystkim w stworzeniu odpowiednich mechanizmów kontroli. Proste zasady rozliczania delegacji i wydatkowania publicznych środków i konsekwentne ich egzekwowanie to podstawowe narzędzie do samokontroli wydatków realizowanych przez parlamentarzystów. Ale czy obecnym politykom będzie zależeć na samoograniczeniu….wątpię. Parlamentarzyści jak latali tak będą dalej latać. Choć jedno na pewno się zmieni. Żony częściej będą zostawać w domu.

09 listopada 2012

Gwałt na rozumie


Trudno sobie wyobrazić ból związany z gwałtem. Jeszcze trudniej wyobrazić sobie jakie emocje towarzyszą kobiecie, dla której trwałym wspomnieniem traumatycznego przeżycia pozostaje niechciana ciąża. Wypowiedzi tzw. obrońców życia spod znaku PiS wskazują jednak, że nie dla wszystkich. Dla nich najważniejsze jest zaspokojenie własnego poczucia misji kosztem zdrowia i de facto życia kobiety. I o ile wypowiedzi posła Górskiego, monarchisty, można uznać za bełkot nieszkodliwego człowieka o małym horyzoncie intelektualnym o tyle znacznie poważniej trzeba traktować wypowiedzi Terlikowskiego. Wielokrotnie stosuje on bowiem metodę pseudo naukowego udowadniania niezależnie jak bardzo absurdalnych tez różnymi raportami powołując się na rzekomo niezależne instytucje.
Terlikowski, a wraz z nim poseł Górski twierdzą, że aborcja dostępna dla kobiet zgwałconych powinna być zabroniona. Chcą zmiany ustawy antyaborcyjnej dającej możliwość usunięcia przez zgwałconą kobietę niechcianego płodu.
Sam Terlikowski dla udowodnienia swej tezy, poza powtarzanymi argumentami o zabijaniu życia poczętego (pomijając skrzętnie cierpienie związane z samym gwałtem, bo przecież już się wydarzył), dodaje jeszcze wyniki badań amerykańskiego Elliot Institut. A właściwie jedynie o nich wspomina. Rzekomo według amerykańskiego instytutu urodzenie dziecka z gwałtu ma ułatwić kobiecie przejście traumy związanej z czynem zabronionym.
Można przypuszczać, bo sam Terlikowski nie podaje tytułu owego raportu, że chodzi o badania, które ostatecznie stały się podstawą powstania pozycji Victims and Victors dr Davida Reardona. Dodajmy, że jednej z najważniejszych postaci ruchu pro-life w Stanach Zjednoczonych. Pozostawiam bez odpowiedzi pytanie, czy tak wyraźne stanowisko wobec aborcji mogło mieć wpływ na badania. Tym niemniej sam raport objął 192 amerykańskie kobiety – ofiary gwałtu (w tym również kazirodczego). Z badań wynika, jak podaje dr Reardon, że większość kobiet zgwałconych, które zachodzą w ciążę nie chcą aborcji a po jej dokonaniu żałują decyzji o usunięciu płodu. Trudno polemizować z wynikami, które podaje autor, jeśli nie zna się pozycji (a tej na polskim rynku nie ma). Jednak niezależnie od podanych danych, tak ochoczo przywoływanych przez Terlikowskiego warto pytać jaka była metodologia badań, do ilu kobiet skierowano się z prośbą o odpowiedź na doświadczenia związane z dokonaną aborcją po wcześniejszym gwałcie. Czy były to kobiety, wobec których skierowano przemoc zakończoną gwałtem na przełomie ostatnich kilku lat czy może dziesięcioleci i wreszcie jak to się ma do całkowitej liczby zgłoszonych i stwierdzonych gwałtów, które zakończyły się zapłodnieniem. Tych informacji Terlikowski nie udziela. Być może wychodzi z założenia, że jak ktoś chce zyskać tę wiedzę może sięgnąć do wspomnianej pozycji (o ile zawiera ona odpowiedzi na powyższe pytania). Nie zmienia to faktu, że poprzez przywoływanie w swych wypowiedziach z pozoru mądrze brzmiących treści z powoływaniem się na badania Instytutu Eliota (warto pamiętać: badającego amerykańskie kobiety!) nadaje swym wypowiedziom z pozoru walor pewnej wiedzy. Wiedzy fachowej, z którą trudno polemizować, bo przecież to nie wymysł chorej wyobraźni i pseudo filozoficzne dywagacje a konkretne, udokumentowane badania.
To sprytny manewr. Zresztą stosowany przez Terlikowskiego dość często. W przypadku in vitro wykorzystywał podobne zabiegi przywołując całkowicie z kosmosu liczby o „zabijanych” zarodkach czy wychwalając metodę naprotechnologii w leczeniu niepłodności opierając się za każdym razem na związanych z kościołem instytucjach, które mają zachować walor niezależności. Podobnie jest z badaniami Instytutu Eliota. Podważanie wyników badań instytucji, która reprezentuje stanowisko tylko jednej ze stron sporu aborcyjnego będzie zapewne nadużyciem, ale też traktowanie ich całkowicie poważnie, jako niezależnego, wiarygodnego i jedynego źródła prawdy objawionej, to chyba też przesada. A to właśnie próbuje, w sposób nie do końca uczciwy, przedstawić Terlikowski. Przywołuje bowiem badania mało znanego w Polsce instytutu, który wykonał badania w USA i chce, aby traktować je jako wyznacznik zachowań wszystkich kobiet, które zostały zgwałcone i ostatecznie stanęły przed dylematem jak dalej żyć z niechcianym dzieckiem swojego oprawcy.
Trzeba przyznać, że to właśnie przywoływanie różnego typu badań z nieznanych źródeł, związanych z jedną tylko stroną sporu to domena tych, którzy w oczywisty sposób chcą zakłamać rzeczywistość. Żaden z przywoływanych wcześniej nie wspomina z kolei o badaniach realizowanych przez polskie ośrodki badania opinii publicznej o społecznej akceptacji dla zabiegów usunięcia ciąży w przypadku gwałtu. Być może dlatego, że nie współbrzmi to ze słowami Jana Pawła II, które zawarł w swoim liście do arcybiskupa Sarajewa na początku lat 90. podczas konfliktu na Bałkanach: ”Nawet w sytuacji tak bolesnej trzeba będzie im (brzemiennym na skutek gwałtu kobietom) pomóc w odróżnieniu haniebnego aktu przemocy, dokonanego przez ludzi bez rozumu i sumienia, od rzeczywistości nowych istot ludzkich, które przecież otrzymały życie". I z jednym na pewno można się zgodzić. Zgwałconym, brzemiennym kobietom należy się pomoc. Opieka i zrozumienie. Ale kobiety muszą zachować prawo decydowania o własnym losie. O własnym życiu. I dlatego prawo nie może ich karać za przestępstwo, którego są ofiarą.

22 października 2012

Coś drgnęło?


Nie mam złudzeń, że decyzja premiera w sprawie in vitro jest odpowiedzią na słabnące notowania rządu i partii rządzącej. Niezależnie jednak jakie były przesłanki, można tylko przyklasnąć dla działań jakie wreszcie podjął Donald Tusk dla sprawy in vitro.
Historia burzliwych dyskusji o zapłodnieniu „na szkle” ma historię tak długą jak rządy Platformy Obywatelskiej. Od ponad pięciu lat posłowie rządzącej koalicji a w szczególności Platformy Obywatelskiej opracowywali projekty, przyjmowali rozwiązania by w końcu przyjąć, że klub PO po wakacjach przyjmie jeden, a nie dwa projekty. Wakacje minęły a w sprawie in vitro nic nie drgnęło. Dopiero rosnące słupki sondażowe PiSu wymusiły na Donaldzie Tusku podjęcie króków, które zbliżają Polskę do europejskich standardów.
Warto pamiętać, że procedura in vitro praktycznie nie jest w ogóle opisana w naszym systemie prawnym. Teoretycznie mamy więc do czynienia z wolną amerykanką. To stanowi z kolei wodę na młyn dla wszystkich przeciwników tej procedury, którzy ustami takich komentatorów jak choćby Terlikowski czy Karnowski doszukują się tysięcy ofiar ludzkich dla poczęcia jednego zdrowego dziecka metodą sztucznego zapłodnienia. Absurdalność owych tez jest porażająca, tym niemniej po wielokroć powtarzana stanowi niebezpieczny, bo przede wszystkim kłamliwy obraz rzeczywistości związanej z leczeniem niepłodnych par. Wśród idiotycznych argumentów, które były używane pojawiały się i takie, gdzie obecny minister sprawiedliwości Jarosław Gowin mówił o wykorzystywaniu nadliczbowych zarodków w przemyśle kosmetycznym. Inne z pytań jakie zadają przeciwnicy IVF, to pytania odnoszące się do finansowania. Terlikowski pyta m.in. na łamach jednego z portali dlaczego katolicy mają finansować metodę niezgodną z ich światopoglądem. Bardziej głupiego stawiania tej sprawy nie można sobie wyobrazić. Jeśli bowiem zaczniemy myśleć tymi kategoriami, to wówczas łatwo zacząć stawiać pytanie dlaczego niekatolicy mają pokrywać koszty związane z Funduszem Kościelnym, dlaczego mają płacić na pensje dla katechetów, emerytury księży i zakonnic etc. Idąc tym tropem myślenia, dojść można do absurdu, w ramach którego najlepszym rozwiązaniem będzie podzielić kraj na katolików i wszystkich niekatolików z różnymi systemami ubezpieczeń, rozliczeń i obowiązków wobec państwa.
Decyzja w sprawie refinansowania procedury in vitro to ruch w dobrym kierunku. Dobrze, że skoro premier ma problem z przeforsowaniem tego pomysłu we własnym klubie i przepchnięciu ustawy w Sejmie, sięga po instrumenty, z pomocą których może w rzeczywistości pomóc tysiącom par walczących z niepłodnością. Jedyne czego można się obawiać, to czy zapał w poprawie losu par walczących o własne dziecko nie minie premierowi wraz z rosnącymi słupkami poparcia dla jego rządu i Platformy Obywatelskiej.

07 października 2012

No i stało się ...


To, co wydawało się niemożliwe jeszcze kilka tygodni temu staje się coraz bardziej realne. PiS odzyskuje w sondażach poparcie. Skazany na bycie wiecznym drugim, nagle, po ostatnim sondażu, wysuwa się na czoło i uzyskuje solidną przewagę. Dla działaczy Platformy, którym po niezłych sondażach zaraz po ujawnieniu afery Amber Gold, skandalach związanych z nepotyzmem wydawało się, że nic im nie zaszkodzi, ostatnie wyniki muszą być jak zimny prysznic. Oczywiście z jednego sondażu nikt jeszcze nie będzie robił tragedii, tym niemniej może to być zapowiedź problemów jakie mogą dotknąć partię rządzącą.
Mniejsza o sondaże. Są zawsze i jedynie tylko barometrem aktualnych sympatii partyjnych. To co jest kluczowe dla systemu demokratycznego, to oczywiście wynik wyborów. Z tego punktu widzenia partia Tuska ma jeszcze spokojne ponad dwa lata rządzenia. Chyba, że sondaże na tyle szybko zaczną spadać, iż pod naciskiem tylnich szeregów w ławach sejmowych Donald Tusk będzie zmuszony do przeprowadzenia wcześniejszych wyborów byle tylko uratować cokolwiek z rozpadającej się partii zagrożonej wręcz rozpadem, jak to miało miejsce w przypadku AWSu. Oczywiście analogia jest zbyt daleko idąca a też jeden sondaż, niezależnie jak dobry dla PiSu nie musi wieścić dramatycznych konsekwencji dla Platformy Obywatelskiej. Tym niemniej Donald Tusk musi się też liczyć z takim scenariuszem, który wcale nie należy jedynie do kategorii science fiction.
Problemem Tuska zdaje się być dziś nie tyle nadaktywność publiczna Jarosława Kaczyńskiego i PiSu, ale raczej czas, w którym wyborcy zaczęli żądać od premiera wyłożenia kart na stół i głośno krzyczą sprawdzam. Liczne obietnice o zielonej wyspie, pracy dla każdego, także tych co zdążyli w czasach prezesa wyemigrować, mniej różnego rodzaju służb inwigilujących obywateli, realizacja obietnic zmian światopoglądowych – wszystko to po ponad pięciu latach rządów Tuska i Platformy Obywatelskiej - z grubsza rzecz ujmując - okazało się zwykłą iluzją tworzoną na potrzeby publiki. Donald Tusk nie zrobił nic, aby zmienić Polskę, uczynić życzliwszą dla obywateli, a dodatkowo jego ludzie okazali się równie, jeśli nie bardziej, podatni na błyskotki władzy, jak każda inna ekipa w tym kraju rządząca przed Platformą. Do tego doszły jeszcze problemy z synem za co akurat samego Tuska trudno winić.
Trudno już dziś przewidywać, czy sondaż, w którym PiS zyskuje przewagę to stały trend. Być może drugie expose Donalda Tuska zaplanowane na 12 października odmieni rysującą się tendencję. Niemniej pomijając absurdalność samego pomysłu z drugim expose (bo nie wiadomo jak traktować pierwsze wygłoszone wszak niecały rok temu) to jest to chyba ostatni już dzwonek dla wprowadzenia w życie zmian zapowiadanych ze swadą przez Tuska przy każdym kolejnym wystąpieniu publicznym. Pytanie otwarte jakie pozostaje, to czy po raz kolejny wyborcy dadzą się omamić słowom Tuska bez uzyskania choćby namiastki potwierdzającej, że Platformie zależy jeszcze na czymś poza utrzymaniem władzy. Przewodniczącemu Platformy trudno będzie bowiem po raz kolejny użyć argumentów z jego politycznego słownika popartego słowami: zaufanie, razem, miłość. Dziś, zważywszy na ponad pięcioletnie doświadczenie rządów Tuska, słowa te utraciły magiczną moc. Po raz kolejny premierowi nie uda się dotrzeć do niezdecydowanych wyborców słodkimi słowami i straszeniem zagrożeniem płynącym ze strony PiSu. Pamięć ludzka jest ulotna, a i sam Tusk nie daje już tej świeżości, wiary, że może odmienić oblicze Polski i że poza tym, iż jest młodszy i gra w piłkę coś jeszcze różni go od Jarosława Kaczyńskiego.
Do tego mogą, choć nie muszą rzecz jasna, dojść problemy wewnętrzne. Im gorsze wyniki Platformy tym wewnętrzne różnice będą się wyostrzać i wyraźnie dzielić, do dziś mimo wszystko skonsolidowaną wewnętrznie partię, która sprawnie, co trzeba oddać, radziła sobie z programowymi różnicami. Nie jest przecież tajemnicą, że choćby w sprawach światopoglądowych takie postacie jak Małgorzata Kidawa-Błońska czy Bartosz Arłukowicz z jednej strony a z drugiej Jarosław Gowin czy Jacek Żalek to dwa zupełnie odmienne polityczne światy. Do tego dochodzą jeszcze podziały wzajemnych sympatii, z których przy słabszym premierze zechce skorzystać odstawiony na boczny tor Grzegorz Schetyna, czujący, że właśnie teraz może nadejść jego czas. Zważywszy na publiczne poniżanie i rany jakich zaznał od Tuska ten polityk, to trudno oczekiwać, że będzie wsparciem dla słabnącego premiera. Już dziś notowania rządu są na wyjątkowo niskim poziomie co tylko dowodzi, że eksperyment z ministrami, którzy autorytet czerpią jedynie z nominacji Tuska nie zdaje egzaminu.
Premier Tusk musi sobie zdawać sprawę z powagi sytuacji. Jeśli za planowanym drugim expose nie pójdą konkretne działania, to przy nadchodzącej drugiej fali kryzysu, rosnącym społecznym niezadowoleniu, błędach w komunikacji z obywatelami, los jego rządu a przede wszystkim formacji może być przesądzony. Wówczas Donald Tusk, który miał szansę wpisać się do historii Polski złotymi zgłoskami będzie pamiętany jako ten, który nie tylko przegrał szansę na rozwój, ale jeszcze przyczynił się do powrotu PiSu do władzy. I choć, jak zauważą sceptycy, jeden sondaż nic jeszcze nie znaczy, to chyba też przyznają, że mając takie instrumentarium i możliwości jak Donald Tusk, podobny sondaż w rękach naprawdę dobrego premiera nie miałby szansy realizacji. 

02 października 2012

Bez znaczenia, ale wcale nie śmieszne


Nominacja prof. Piotra Glińskiego to w zasadzie polityczny ruch bez większego znaczenia dla obecnego układu politycznego. Tylko wyjątkowo naiwni mogą wierzyć, że nominacja PiS może osiągnąć sukces. Nie może i nie osiągnie. Przewaga koalicji rządzącej jest zdecydowana, skonsolidowana i nic nie wskazuje, by Platforma i PSL miały z władzy zrezygnować. Nie jest to jednak kandydatura śmieszna, a w każdym razie nie mniej niż kandydatura Donalda Tuska obejmującego funkcję premiera w 2007 roku.
Tradycje wskazywania premierów, gabinetów cieni mamy w Polsce dobrze zakorzenioną. Z ostatnich tego typu ruchów można wspomnieć choćby premiera z Krakowa i rząd cieni Platformy, który prześmiewczo ówczesny premier Kazimierz Marcinkiewicz nazywał gabinetem cieniasów. Dwa lata później, a pewnie ciut wcześniej już nie był skłonny do szyderczych uśmiechów, bo Platforma wybory wygrała a premier Marcinkiewicz przegrał nie tylko premierostwo z Jarosławem Kaczyńskim, ale też  rozdrobnił swój autorytet prezentując się w plotkarskich czasopismach u boku znacznie młodszej partnerki i wcześniej przegrywając wybory w Warszawie.
Jeśli porównujemy dorobek naukowy choćby profesora Glińskiego i obecnego premiera, to chyba nie można mieć złudzeń, po czyjej stronie jest przewaga. Oczywiście niezbędne w polityce jest doświadczenie. I to przemawia za Donaldem Tuskiem. Jednak jeśli zważyć na to, że Tusk nie pełnił w zasadzie żadnej poważnej, wykonawczej  funkcji w państwie przed objeciem funkcji premiera (zarówno w administracji rządowej jak i samorządowej), to przewaga przewodniczącego PO, także w tej materii nie wydaje się tak oczywista.
Trudno przesądzać jednoznacznie co kierowało Jarosławem Kaczyńskim przy wyborze prof. Glińskiego. Nie zmienia to jednak faktu, że personalnie był to ruch całkiem udany. Po pierwsze, Kaczyńskiemu znów udało się przykuć uwagę mediów i stworzyć wrażenie budowania realnej alternatywy wobec rządu, a po drugie, pokazał całkowicie inne oblicze PiSu. Twarz prof. Glińskiego to jednak zupełnie inne oblicze, aniżeli to, do jakiego przyzwyczaiło nas Prawo i Sprawiedliwość w ostatnich latach. Na ile prawdziwe, to już inna sprawa. W każdym razie produkt pod nazwą Gliński jest propozycją znacznie szerszą, aniżeli premier Kaczyński po raz drugi. I przede wszystkim bardziej „zjadliwą”.
To co może zniszczyć plan Kaczyńskiego, to przede wszystkim próba wyśmiania tej kandydatury. Zważywszy na silną pozycję parlamentarnego układu koalicji rządzącej a także przychylność mediów, utrzymanie powagi zgłoszonej kandydatury będzie niezwykle trudne. Co by nie mówić, Jarosławowi Kaczyńskiemu będzie też trudno, nawet przez pryzmat postaci Glińskiego udowodnić widzom prezentowanego spektaklu, że oprócz głównego aktora zmienia się też całe tło statystów. Tym bardziej, że chyba mało kto jest w stanie uwierzyć, że to kandydat niezależny, którym niczym kukiełką na sznurkach nie steruje sam prezes.
Niezależnie od ostatecznego efektu zgłoszonej kandydatury, trzeba przyznać, że Jarosław Kaczyński znów jest motorem kolejnej debaty politycznej. I znów to prezes PiS próbuje wyznaczać reguły narracji. Szkoda tylko, że to w sumie po raz kolejny debata o niczym. Zupełnie bez znaczenia, jak kandydatura Cymańskiego zgłoszona przez Solidarną Polskę. Ale wcale nie jest powiedziane, że śmiejący się dziś, nie zdziwią się za ponad dwa lata, tak jak zdziwił się Jarosław Kaczyński w 2007 roku.

11 września 2012

Nieistotny news


Informacja o wejściu Joanny Kluzik-Rostkowskiej do rządu w zasadzie może elektryzować jedynie entuzjastów politologii śledzących z uwagą życie publiczne w Polsce. Zapowiedziany udział byłego aniołka prezesa Kaczyńskiego w pracach rządu Tuska jest bowiem wydarzeniem kompletnie bez żadnego znaczenia.
Po raz kolejny jednak, odpowiedzialni za wizerunek premiera, w kontekście rozpalającej emocje afery Amber Gold, expose Kaczyńskiego i oczekiwanego przedstawienia lada moment kandydata PiS na premiera, sięgają po temat zastępczy, aby przejąć inicjatywę w publicznym dyskursie. Skierowanie dyskusji na zastanawianie się czy Kluzik-Rostkowska będzie dobrym wiceministrem finansów, to de facto odsuwanie dyskursu od spraw, które w kontekście kolejnej fali kryzysu, wciąż badanego i nie do końca jasnego i zrozumiałego udziału syna premiera w aferze Amber Gold oraz porażającego nepotyzmu koalicji PO-PSL mogą szybko zmieść premiera z zajmowanego od kilku lat wygodnego fotela.
Trzeba przyznać, że biorąc pod uwagę dotychczasowe doświadczenie jak i wykształcenie Joanny Kluzik-Rostkowskiej, trudno przejść obojętnie nad zgłoszoną propozycją. Niewątpliwie Kluzik-Rostkowska należy do odważnych polityków (choćby wypowiedzi dotyczące in vitro w czasach wspólnych rządów PiS i LPR). Niewątpliwie decyzja o stworzeniu własnej partii również wymagała publicznej i przede wszystkim politycznej odwagi. Późniejsze decyzje pokazują jednak, że była dziennikarka i pracowniczka kliku ministerstw jakby zatraciła gen odpowiedzialności za politycznych przyjaciół, tym niemniej z politycznego punktu widzenia straciła niewiele. Pozostała w Sejmie i dobrze zasłużyła się w uzyskaniu przez partię Tuska kolejnego, wyborczego sukcesu.
Nie bardzo wiadomo jaką rolę może pełnić Joanna Kluzik-Rostkowska w ministerstwie finansów. Wiara w to, że może być ciepłą twarzą rządu łagodzącą skutki kryzysu i tłumaczącą konieczność zaciskania pasa a tym samym nakładania kolejnych danin na podatników jest raczej mało wiarygodna. Ani Joanna Kluzik-Rostkowska nie jest drugim Jackiem Kuroniem, ani też mało kto wierzy jeszcze sympatycznym twarzom, gdy z jednej strony zapowiadane od lat reformy finansów nie są odczuwalne przez zwykłego obywatela, a z drugiej rząd i partia, które miały obniżać podatki robią coś zupełnie odwrotnego. Do tego jeszcze tracą na wiarygodności dosłownie traktując własne hasło wyborcze i wprowadzając w życie słowa o lepszym życiu jedynie dla siebie i swoich bliskich.
Joanna Kluzik-Rostkowska jest więc niczym innym jak jedynie rzuconą na pożarcie kaczką, która ani nie zmieni obrazu rządu ani też nie odmieni jego oblicza. Ot, jeszcze jedna, mało ważna informacja i mało istotna roszada w rządzie Tuska. Choć chwilę jeszcze pewnie pożyje…

30 sierpnia 2012

Spocony premier

Zapowiedzi o nowym otwarciu to nic innego jak tylko próba zamknięcia sprawy Amber Gold i problemu nepotyzmu wśród koalicjantów jaki ujawniają w ostatnich miesiącach media. Premier Tusk może dokonać kliku zmian personalnych w ławach rządowych, zmienić kilku prezesów spółek Skarbu Państwa, zapowiedzieć zaciskanie pasa i obiecać reformy. Po raz kolejny usłyszymy to samo, co Donald Tusk zapowiada od ponad pięciu lat. Słowem nic nowego.

Plan Tuska jest więc tyleż prosty, co jak pokazuje historia skuteczny. Gdy jakaś trudna sprawa zaczyna parzyć premiera i otaczające go środowisko polityczne, wówczas pojawia się temat zastępczy. W przypadku największych rządowych wpadek premier sięgał do narzędzia rządowej miotły. Tak postąpił, gdy na jaw wyszły sprawy związane z tzw. aferą hazardową. W zasadzie poza Sawicką i Chlebowskim główni bohaterowie tamtych wydarzeń mają się dobrze. Sprawę jednak, wobec szybkiej reakcji premiera skutecznie udało się zatuszować, rozmyć a ekipa rządowa wyszła z niej praktycznie bez szwanku. Podobny mechanizm premier będzie realizował w przypadku zdarzeń związanych z Amber Gold i zjawiskiem nepotyzmu w szeregach PO. O ile w przypadku tego drugiego problemu sprawa wydaje się prostsza, o tyle co powie Marcin P. może być dla premiera i samej Platformy znacznie trudniejsze do zakopania pod dywanem zmian rządowo-parlamentarnych.

O nepotyzmie, który jest nowotworem polskiej demokracji media będą zapewne pisać jeszcze nie raz. Premier ma jednak w tym przypadku solidny argument, który usprawiedliwia jego brak reakcji. Podobnie postępują wszystkie partie – nawet te, które dziś skutecznie atakują PO za brak nadzoru nad własnymi działaczami. Choć raczej należałoby mówić o skutecznej polityce personalnej obliczonej na zawłaszczenie każdej, nawet najmniejszej przestrzeni życia publicznego „dla swoich”. Jeśli więc PiS czy SLD czy jakakolwiek inna partia pokazuje skandaliczne działania PO, to premier może zawsze użyć argumentu, że partie te równie skutecznie w czasie własnych rządów zawłaszczały publiczny majątek.

W końcu również wypowiedzi Marcina P., oszusta i złodzieja, staną się z czasem mniej wiarygodne niż zapewnienia premiera o uczciwości intencji w działaniu wszystkich organów państwa przy próbie wyjaśnienia sprawy Amber Gold. Na to wszystko, z końcem wakacji, premier wrzuci klika kontrowersyjnych reform, wróci sprawa in vitro i związków partnerskich, Jarosław Kaczyński i kilku jego wyznawców ujawni swe mądrości na łamach Gazety Polskiej i sprawy dziś trudne dla rządu Tuska w zasadzie pozostaną zamknięte.

Na korzyść premiera przemawia czas i rozmydlanie problemów. Podrzucanie mediom nowych politycznych celebrytów w rodzaju ministry Muchy, skupianie uwagi „widzów” na tematach, w których premier nie występuje w roli ofiary, ale recenzenta.


Pozostaje jedynie pytanie, czy premier jest nadal wiarygodny. Większość jego zapowiedzi programowych okazała się całkowicie bez pokrycia. Ile razy można bowiem obiecywać rozwiązanie spraw związanych ze sztucznym zapłodnieniem, związków partnerskich, reformy emerytalnej górników, obniżenia podatków, wolności obywatelskich, nowych autostrad, szybkich i schludnych kolei, kompetentnych urzędników czy zmian w systemie oświaty. W końcu nawet wyborcy PO zaczną porównywać słowa Tuska z rzeczywistością. I to może być główne zmartwienie premiera. W końcu tych, którzy zaczną sprawdzać, może być na tyle dużo, że zachowanie obecnej pozycji hegemona na scenie politycznej, okaże się niemożliwe nawet dla Platformy Obywatelskiej. Wydaje się, że wyborcy PO są w stanie znieść wiele, ale chyba nie to, że premier przez dwie kadencje „nabijał ich w butelkę”. Biorąc więc pod uwagę dokonania rządów Tuska i efekty jego działań, premier ma prawo być spocony. 

16 sierpnia 2012

Żenujące bzdury


Wśród wielu informacji dotyczących Amber Gold nie mogło również zabraknąć komentarzy postaci trochę śmiesznych i trochę tragicznych. Oto bowiem Piotr Gadzinowski słynny ze swej sejmowej tyrady, w której z uporem maniaka powtarzał nazwę Hongkong i Jacek Kurski niezłomny badacz życiorysów przeciwników politycznych oznajmili wszem i wobec z jakim to piętnem powstaje film o Lechu Wałęsie. Jeden proponuje na swym blogu, aby klienci Amber Gold skorzystali z darmowych biletów na film o historycznym przywódcy drugi zaś twierdzi, że "byłoby czymś niezwykle niestosownym, niemoralnym, symbolicznie hańbiącym dla samego bohatera tego filmu, gdyby ten filmowy pomnik Lecha Wałęsy zbudowany był na krzywdzie tysięcy Polaków oszukanych przez firmę Amber Gold, która jest sponsorem i donatorem filmu". Obaj sprawiają wrażenie jakby stracili kontakt z rzeczywistością.

Żaden z nich nie przytacza kwot jakie popłynęły z kasy Amber Gold na sfinansowanie najnowszego filmu Wajdy. Wiemy jedynie, że budżet całego filmu to 15 milionów złotych. Ile z tego to środki spółki pana Plichty – opinia publiczna jeszcze nie poznała tych informacji.

Niezależnie jednak jakie będą to kwoty, trudno oczekiwać, że Andrzej Wajda bądź Lech Wałęsa wyłożą z własnych kieszeni środki dla wierzycieli spółki, analogiczne do tych, które popłynęły z kasy Amber Gold na realizację filmu. I nie powinni. Nie powinni również się tłumaczyć.

Po pierwsze, ani Andrzej Wajda ani Lech Wałęsa nie są winni sytuacji, która dotknęła osoby, które uwierzyły w szybki zysk jaki oferowała spółka Plichty.

Po drugie, nie reprezentują instytucji, które powinny sprawować nadzór nad podmiotami takimi jak Amber Gold.

Po trzecie, stosowanie tak prostej analogii jak ta, którą prezentują Kurski i Gadzinowski, czyli to nie pieniądze Amber Gold, ale biednych, oszukanych ludzi,  prowadzi do absurdalnych wniosków. Idąc tym tokiem myślenia, za chwilę obaj panowie dojdą do wniosku, że każda instytucja, która w ten czy inny sposób będzie współfinansować jakąkolwiek inwestycję, wydarzenie, spektakl, film etc., a która zbankrutuje, nie dysponowała swoimi pieniędzmi tylko obywateli. I w tym sensie będą mieli rację. Choćby banki operują naszymi pieniędzmi, ale też nikt nie zmusza obywatela do powierzania ich konkretnej instytucji. Dobra wola i przekonanie o właściwym gospodarowaniu powierzonymi środkami a także ważenie ryzyka inwestycji pozwala obywatelowi powierzyć ciężko zarobione pieniądze konkretnemu podmiotowi. Wówczas nasze środki oddajemy w dobrej wierze i oczekujemy, że będą bezpieczne i przyniosą zysk. Ryzyko istnieje zawsze. Klienci Amber Gold powierzając tej instytucji własne pieniądze podjęli ryzyko. A że właściciel okazał się oszustem – ich strata. Zła inwestycja, która niezależnie od dramatów jakie jej towarzyszą, jest wliczona w ryzyko. Szukanie winnych zaistniałej sytuacji w osobach Wajdy i Wałęsy (osób trzecich dla podmiotów umawiających się na zysk, czyli Amber Gold i jego klientów) a nie we właścicielach Amber Gold to prymitywny, pozbawiony znamion kultury politycznej manewr, obliczony na tani poklask.

Wydawać się mogło, że zarówno od Kurskiego jak i Gadzinowskiego można oczekiwać znacznie więcej. Okazuje się jednak, że nie. Metoda na bicie piany jaką stosowali przez lata swej parlamentarnej działalności pozostała niezmienna. Zamiast proponować systemowe rozwiązania dla uniknięcia podobnych sytuacji w przyszłości, prezentują model politycznej demagogii. A szkoda. W obliczu nieporadności Tuska i ekipy rządowej propozycje opozycji mogłyby być interesującą odmianą od fali informacji o nepotyzmie, kolesiostwie i skandalach towarzyszących zawłaszczaniu państwa przez aktualnie rządzącą koalicję. Biorąc jednak pod uwagę, że to przecież Jacek Kurski na jednym ze zjazdów regionalnych PiS wiele lat temu obwieszczał, że odbije spółki państwowe dla jedynych prawych i sprawiedliwych, to czy można się było spodziewać czegoś innego jak tylko ataków na Wajdę i Wałęsę? W tym obu panom zdaje się zapewne, że są odkrywczy i oryginalni. A w rzeczywistości są śmieszni i dramatycznie żenujący.

23 lipca 2012

Co ich łączy?


Premier Donald Tusk, jak doniósł Newsweek, pytał podczas ostatniego posiedzenia Rady Krajowej partyjnych kolegów, co ich jeszcze łączy oprócz władzy. W obliczu widma katastrofy związanej z uchwaleniem ustawy dotyczącej in vitro pytanie to ma rzeczywiście wymiar szczególny. I rzecz jasna nie chodzi o samą procedurę. Te dzielące wewnętrznie podziały mogłyby równie dobrze pojawić się przy konieczności określenia stosunku poszczególnych członków klubu parlamentarnego do religii w szkołach, aborcji, majątku kościoła katolickiego, eutanazji, związków partnerskich. Problemów z jakimi klub PO może mieć kłopot z określeniem wspólnego stanowiska można by mnożyć.
Pytanie premiera nie powinno dziwić, a już tym bardziej przewodniczącego Platformy. Zadając je, premier zdaje się igrać z inteligencją nie tylko partyjnych kolegów i koleżanek, ale przede wszystkim większości jego wyborców. Skoro na listach PO znaleźli się ludzie z przeszłością w różnych organizacjach, od lewa do prawa, to trudno by dziś prezentowali jedno stanowisko w sprawach światopoglądowych. Poseł Jacek Tomczak, który zasilił klub poselski PO w obecnej kadencji, wcześniej był działaczem KPN, ZCHN, Przymierza Prawicy a następnie PiS. Potem był członkiem Zarządu Polski Plus, popierał Marka Jurka w wyborach prezydenckich w 2010 roku aż w końcu trafił do klubu parlamentarnego PJN. Szczęśliwie dla posła z Poznania, potrafił szybko zapomnieć o romansie z PJN i znalazł się na liście PO. Mandat poselski uzyskał z 10 miejsca. Dziś głosi tezy, że in vitro nie jest metodą leczenia, że de facto służy jakiemuś lobby farmakologicznemu oraz że przy procedurze tej giną tysiące ludzkich istnień, mówiąc o zamrażaniu zarodków, że to selektywna aborcja.
Z kolei senator Jan Filip Libicki, wcześniej tworzył ZChN, potem przystąpił do Przymierza Prawicy, a następnie do PiS. Po rezygnacji z działalności w PiS odnalazł się w PJN a stąd trafił, już jako senator, do klubu parlamentarnego PO. Jest członkiem tej partii. On również, zgodnie z nauką kościoła, uważa in vitro za zło. W poprzedniej kadencji Sejmu był za jej całkowitym zakazem, wspierał projekt społeczny Stowarzyszenia Contra in vitro. Dziś na swoim blogu radzi partyjnym kolegom, aby głosowanie miało charakter dowolności, aby każdy głosował zgodnie z własnym sumieniem.
I jeszcze jedna postać. Poseł Jacek Żalek. On również prezentuje bogatą historię partyjną. Był w AWS, w 2002 roku uzyskał mandat radnego w Białymstoku z list LPR. W jego CV można również znaleźć informacje o działalności w SKL, stowarzyszeniu Koliber, Przymierzu Prawicy i UPR. Potem był radnym z list PiS by wkrótce odnaleźć się w Platformie Obywatelskiej. Był też, co ciekawe, członkiem Klubu Zachowawczo-Monarchistycznego.
Z drugiej strony mamy posła, ministra Bartosza Arłukowicza. Obecny minister zdrowia był radnym Szczecina z list SLD-UP, potem członkiem Socjaldemokracji RP. W 2007 roku uzyskał mandat z list LiD. Potem jego kariera toczy się błyskawicznie, określany mianem nowej gwiazdy lewicy, szybko jednak z bezwzględnego krytyka staje się zwolennikiem rządów Donalda Tuska obejmując w jego pierwszym rządzie stanowisko sekretarza stanu w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów i pełnomocnika premiera ds. przeciwdziałania wykluczeniu społecznemu.
Inne, ważne jeszcze do niedawna postacie lewicy, których udział w bieżącej polityce to zasługa premiera Tuska, to Dariusz Rosati i Marek Borowski. Pierwszy kandydował z jej list uzyskując mandat poselski i dziś jest szefem Komisji Finansów Publicznych. Drugi, z poparciem Platformy Obywatelskiej, uzyskał mandat senatora w Warszawie.
Postaci, których życie publiczne i polityczne jest równie bogate i tak znacząco różne jak wymienionych panów wyżej, można w Platformie Obywatelskiej znaleźć znacznie więcej. Wymienianie ich wszystkich nie ma większego sensu. Podani w przykładach parlamentarzyści tworzą wystarczającą mozaikę polityczną, programową i ideową. Tak różną, że doszukiwanie się wspólnego mianownika wydaje się więcej niż bezsensowne. Stąd odpowiedź na pytanie pana premiera może być tylko jedna. To co łączy tak różne postacie to właśnie władza i tylko władza. I nie ma w tym nic odkrywczego. I chyba też nie ma nic specjalnie wstydliwego. Główną czynnością jaką Platforma robi od kilku lat jest właśnie utrzymanie władzy. I, chapeau bas, robi to niezwykle skutecznie.
Winę za brak klarownych i jasnych odpowiedzi na pytanie co dalej z in vitro, związkami partnerskimi, testamentem życia, eutanazją, aborcją, religią w szkołach ponosi premier Tusk. Pomysł stworzenia ugrupowania ze skrzydłami od lewa do prawa i w rzeczywistości zatarcia ideowego przekazu PO to pomysł i realizacja samego premiera. W końcu to od jego decyzji zależało jak będą wyglądały listy Platformy. To on je układał i akceptował.
Jeśli więc premier chce zadawać jakieś pytanie, to nie o to czy cokolwiek łączy jeszcze parlamentarzystów klubu jaki sam sobie stworzył. I też nie powinien pytać działaczy PO. Powinien przede wszystkim pytać wyborców. Rozczarowanych i zdenerwowanych toczącą się od 5 lat dyskusją o in vitro, o związkach partnerskich, o religii w szkołach etc. Rodaków powinien Pan Premier zapytać  czy mu wybaczą, że dzięki głosom w jego klubie może w Polsce obowiązywać całkowity zakaz wykonywania in vitro, że ustawy o związkach partnerskich nie ma, że zmian w relacjach państwo-kościół nie będzie. W końcu, że choć twarz rządu jest dziś miła i uśmiechnięta, to jego znaczące i głośne zaplecze tworzą w dużej mierze byli działacze Prawa i Sprawiedliwości. Z kolei premierowi warto zadać inne pytania: kto dziś nami rządzi? Jaka partia? Platformy z 2001 roku już nie ma. A jaka jest ta z 2012? Obawiam się, że chyba sam premier nie zna odpowiedzi…

21 lipca 2012

Chore państwo. A lekarstwa brak.


Wbrew pozorom afera taśmowa w PSL nie dotyczy tylko tej partii. Przykłady podobnych zachowań można odnaleźć w czasie rządów wszystkich partii politycznych. Pokusa łatwych pieniędzy w zarządach i radach nadzorczych spółek publicznych jest tak duża, że trudno znaleźć ugrupowanie, które potrafi skutecznie się jej oprzeć. I nawet premier, który dziś tak ochoczo zwalcza nepotyzm w spółce Elewarr nie jest bez winy. Jak bowiem potraktować choćby nominacje z ostatnich miesięcy czy nawet tygodni. Tworzenie specjalnego ministerstwa dla Bartosza Arłukowicza pod koniec pierwszej kadencji rządów koalicji PO-PSL czy wybór Aleksandra Grada na prezesa spółek jądrowych. Kupowanie stanowiskami czy obsadzanie „swoimi” ważnych z tych czy innych powodów spółek nie jest więc jedynie domeną jedynie PSLu. Być może różnica polega jedynie na tym, że w zawłaszczaniu państwa działacze PSLu doszli do ściany, od której mogli się już tylko odbić. Sposobu przechodzenia przez ściany jeszcze, póki co, nie wymyślili.
Chyba jeszcze tylko wyjątkowo naiwni mają złudzenia, że po aferze taśmowej nastąpi w naszym kraju jakaś istotna rewolucja w obsadzie zarządów i rad nadzorczych spółek. Zaplecze wokół premiera, ale i koalicjant zadbają już o to, aby ewentualne zmiany miały charakter jedynie kosmetyczny. I pewnie z hukiem, w świetle kamer zostanie utrąconych jeszcze kilka dobrze zapowiadających się partyjnych karier w „partyjnej”  gospodarce. I też pewnie premier zapowie kolejne regulacje mające tworzyć rzekome zabezpieczenie przed kumoterstwem i partyjno-polityczno-rodzinnym nepotyzmem. Na nic jednak to wszystko. Trzeba wiedzieć, że zbyt wielu ludzi jest zainteresowanych utrzymaniem obecnego stanu. Nie można też wykluczyć, że samemu premierowi, choćby w świetle wiedzy jaką ponad rok temu mógł posiąść o sytuacji w spółce Elewarr, zależy na jakiejkolwiek rzeczywistej naprawie obecnego stanu.
Zresztą choroba, która przetacza się przez Polskę nie dotyczy tylko spółek Skarbu Państwa. Wystarczy spojrzeć na spółki miejskie, gminne czy wojewódzkie. Liczba stanowisk, funkcji jest tak liczna i skutecznie obsadzana, że złamanie tego niepisanego kodu zawłaszczania państwa przez partie niezależnie od ich politycznych barw jest chyba niemożliwa. Dlatego dziś wszelkie zapowiadane próby naprawy sytuacji trzeba traktować jak próby leczenia dżumy cholerą. W każdym razie mało to przekonujące.
Weźmy choćby za przykład politykę kadrową zastępczyni premiera, Hanny Gronkiewicz-Waltz, która w Warszawie skutecznie realizuje politykę „kolonizowania” wszystkiego co tylko możliwe (więcej TU – materiał opublikowany przez M.Pretm; autor bloga hgw-watch.pl). W pierwszej kadencji doszło nawet do sytuacji, że w ramach bratniej wymiany z PSL-em, członkiem rady nadzorczej Tramwajów Warszawskich był Marszałek Województwa Mazowieckiego z PSL, lekarz z wykształcenia. I też nie ma się co dziwić, skoro historyk z wykształcenia, Pan Sławomir Cenckiewicz został w czasach rządów PiS członkiem rady nadzorczej państwowej firmy Operator Logistyczny Paliw Płynnych. Najwyraźniej o przydatności człowieka niekoniecznie muszą decydować kompetencje i kierunkowe wykształcenie. Ważniejsze jest zaangażowanie, entuzjazm i…. kolor partyjnej legitymacji.
Słowem, trudno dać wiarę słowom, że ujawniona rozmowa Serafina z Łukasikiem cokolwiek zmieni lub doprowadzi do poprawy sytuacji. Jedyne czego może nauczyć aktualnie i w przyszłości rządzących, to lepszego doboru kadr (czyt. jeszcze bardziej zaufanych towarzyszy) i umiejętności zawczasu odnajdywania sprzętu nagrywającego.

16 lipca 2012

Tzw. złośliwości


Niektórzy tzw. politycy nie potrafią się powstrzymać przed grubiańskimi i mało wysublimowanymi żartami z odmienności seksualnej. Prymitywne wpisy Migalskiego czy ostatnio Wiplera to jednak wierzchołek góry lodowej problemu z akceptacją odmienności. W obu wymienionych przypadkach mamy jednak do czynienia z objawem de facto wylewającej się bezmyślności i braku akceptacji dla kobiety doświadczonej przez los.
Słowa mogą czynić czasami więcej szkody i przykrości niż czyny. Poseł Wipler na swojej tablicy na Facebooku uraczył fanów wpisem o następującej treści: "O 20 zapraszam do Polsat News - będę dyskutował z tzw. Anną Grodzką (...) Trzymajcie kciuki!". Jaki był cel posła Wiplera? Poniżenie kobiety, która urodziła się mężczyzną? A może jedynie danie wyrazu swej dezaprobaty, że w świecie posła Wiplera nie ma miejsca na odmienność? Jakie by nie były cele przedstawiciela PiSu w Sejmie, słowa pogardy dla transseksualnej posłanki w zamyśle autora mają przedstawiać go jako pełnoprawnego uczestnika dyskursu publicznego, przy jednoczesnym braku akceptacji dla posłanki Grodzkiej. Traktowanej jak dziwadło, coś znacznie gorszego, pozbawionego godności, bo wszak niedookreślonego.
Sęk w tym, że brak akceptacji posła Wiplera i jemu podobnych dla transseksualistów nie czyni jeszcze świata lepszego i zgodnego z ich wyobrażeniem. Nie zmienia to faktu, że poprzez instrumenty władzy, choćby częściowej, jak to, że są naszymi reprezentantami w parlamencie, mają prawo i możliwość kreowania przez system prawny świata jaki widzą własnymi oczami. I choć dziś jedynie głupimi wpisami dają obraz świata bez akceptacji dla transseksualizmu, to już w przypadku in vitro próbują wprowadzać w życie prawo pozbawione choćby znamion logiki w oparciu o kłamliwe przesłanki.
Słów Wiplera nie da się wytłumaczyć jedynie brakiem taktu, umiejętności publicznego dyskursu czy po prostu zwykłym chamstwem. To coś znacznie gorszego. To przejaw braku akceptacji dla drugiego człowieka. Pogarda i brak szacunku. A to oznacza brak możliwości dyskusji i próby szukania zrozumienia. W takim widzeniu świata, jakie prezentuje przedstawiciel Prawa i Sprawiedliwości, nie ma miejsca na odmienność. Nie ma miejsca dla posłanki Grodzkiej. 

10 lipca 2012

Przeciwnicy in vitro posługują się kłamstwem i insynuacjami

W walce z in vitro misyjni dziennikarze spod znaku Frondy i wpolityce.pl tworzą swoistą religię kłamstwa i pomówień. Publikują niesprawdzone dane i informacje niepoparte żadnymi źródłami, tworzą mit zabójców z klinik leczenia niepłodności (lekarze i rodzice). Słowa Michała Karnowskiego w TOKfm, że w Polsce mamy do czynienia z wolną Amerykanką – czyli, że „można wziąć szufelkę i wyrzucić ludzkie zarodki na śmietnik”, to przejaw skrajnej już nie tylko głupoty, ale przede wszystkim ignorancji. Zatrważająca jest nawet nie tyle szkodliwość kłamstw, które z dużą łatwością wypowiadają Karnowski czy Terlikowski. To, co przeraża najbardziej, to że kłamią świadomie nie bacząc na prawdę.
Przeciwnicy in vitro podają liczby. To ma ich uwiarygodniać. Terlikowski pisze dla Rzeczypospolitej, że aby powstało jedno życie z procedury in vitro musi średnio zginąć dwadzieścia zarodków, dwadzieścia istnień ludzkich. Skąd on bierze te liczby? Z jakich klinik, z jakich badań? Tego nie wiadomo. Średnia z kosmosu, którą się posługuje tworzy kolejny obraz mający uwiarygadniać tezę o nieetycznym dawaniu życia za wszelką cenę. Po trupach – jak zgrabnie to ujął. W podobnym tonie wypowiada się lider opozycji, Jarosław Kaczyński. I o ile słowa Terlikowskiego można traktować jak sen wariata i nie zwracać uwagi, o tyle słowa Kaczyńskiego budzą strach. Poważny polityk przyrównujący in vitro do aborcji być może z początku śmieszy, jednak biorąc pod uwagę możliwość realnego wpływu na kształt prawa jego formacji w naszym kraju – przestaje bawić. Skądinąd przyrównanie sztucznego zapłodnienia do aborcji podczas konferencji w towarzystwie Piechy brzmi trochę przewrotnie. O ile można w ciemno zakładać, że doradca prezesa ds. zdrowia dobrze wie czym jest aborcja o tyle czym jest in vitro już niekoniecznie. Nie przeszkadza mu to jednak tworzyć i proponować rozwiązania prawne, które są zaprzeczeniem osiągnięć medycyny i stoją w sprzeczności z prawdą i zdrowym rozsądkiem. Prezes PiS mógłby głupot publicznie nie opowiadać, gdyby zdobył się choć na odrobinę wysiłku i przejrzał strony internetowe stowarzyszenia Nasz Bocian czy klinik leczenia niepłodności. Wówczas mógłby znaleźć między innymi taką o to odpowiedź na kłamstwa, które wypowiada:
„Czy metoda in vitro jest wysublimowaną aborcją?
Osoby dotknięte problemem niepłodności to ostatnia grupa społeczna, która poddałaby się zabiegowi aborcji.
Nie ma skutecznych metod oceny potencjału ludzkich gamet, dlatego udaje się poddać zapłodnieniu średnio tylko 60-70% komórek jajowych. Dodatkowo aż ok. 70% zarodków (generalnie, także w tzw. "naturze") jest obarczonych wadami genetycznymi, które uniemożliwiają ich dalszy rozwój.
Przy zapłodnieniu naturalnym szacuje się, że 50-70% poronień to poronienia subkliniczne, czyli takie, gdzie ciąża nie była jeszcze zdiagnozowana. Kobieta traci więc dziecko, nie mając nawet świadomości jego istnienia. Identyczna sytuacja zachodzi w przypadku procedury in vitro.
Statystyki w obu przypadkach są porównywalne, jednak w przypadku ciąży naturalnej nikt nie nazywa poronienia aborcją. Dla osób dotkniętych niepłodnością jest to dyskryminacja.”
Przedstawiciele PiS zaproponowali też okrągły stół w sprawie in vitro. To propozycja chyba tylko po to, aby złagodzić wydźwięk idiotycznej propozycji penalizacji sztucznego zapłodnienia, którą ostatnio przedstawili. Nikt z ludźmi kierującymi się nieprawdziwymi przesłankami, posługującymi się kłamstwami w debacie publicznej nie powinien siadać do stołu negocjacji. W sprawie in vitro nie może być konsensusu. Nie może, jeśli jedna strona proponuje całkowity jej zakaz wychodząc z przesłanek stricte religijnych. Jeśli o leczeniu ma decydować wiara i jedynie przekonanie o tym co jest słuszne a co nie, to z medycznego punktu widzenia tkwić będziemy w średniowieczu. I o ile nie mam nic przeciwko, aby dla ludzi PiS i wspierających ich dziennikarzy za jedyną formę leczenia uznać modlitwę i zioła (jeśli taki będzie ich wybór), o tyle mam poważne wątpliwości czy chcę, aby ich przekonania i wyznanie wiary decydowało o prawie do korzystania z najnowszych technik leczenia.
Przeforsowanie w Sejmie restrykcyjnych projektów zakazujących procedury sztucznego zapłodnienia, wcześniej stowarzyszenia Contra in vitro, obecnie PiSu wydaje się na szczęście mało prawdopodobne. To jednak nie przeszkadza w tworzeniu kolejnego, kłamliwego mitu przez Karnowskiego. Jako przykład dobrego ustawodawstwa podaje rozwiązanie niemieckie. Niestety także w tym przypadku posługuje się niepełną wiedzą. Nie mówi chociażby tego, że w Niemczech nakaz przeniesienia wszystkich zarodków oraz zakaz ich zamrażania przyczynił się do niskiej skuteczności procedury (bardzo niska u kobiet po 35. roku życia), częstych powikłań (liczba ciąż wielopłodowych – przede wszystkim bliźniaczych i trojaczych). Natomiast zarodków nadliczbowych nie ma. Tego typu prawo funkcjonowało także we Włoszech, jednak tam, na szczęście dla osób starających się o dziecko z in vitro, sąd konstytucyjny uchylił zakaz mrożenia zarodków.
Przeciwnicy in vitro często też posługują się w debacie o sztucznym zapłodnieniu argumentem o innych metodach leczenia niepłodności. Wskazują na tzw. naprotechnologię. A to nic innego jak wielkie oszustwo, za pomocą którego zwodzi się i oszukuje ludzi pragnących dziecka. Ta metoda „leczenia” nie jest alternatywą dla in vitro. A przynajmniej nie dla wszystkich. „Naprotechnologia  to metoda diagnozowania i leczenia niepłodności polegająca na prowadzeniu dokładnych obserwacji kobiecego organizmu m.in. śluzu i tworzeniu na tej podstawie indywidualnych wytycznych dla każdej pary. Opiera się na tzw. modelach płodności Creightona. Jest niestety bezradna wobec ok. 60% przypadków niepłodności np. niedrożności lub braku jajowodów czy bardzo małej ilości lub braku plemników. W tych przypadkach jedyną skuteczną szansą na potomstwo jest in vitro.
Metoda ta jest głośno kwestionowana przez lekarzy w tym prof. Szamatowicza – twórcy in vitro w Polsce. Zdaniem profesora naprotechnologia nie wnosi niczego nowego i oryginalnego do diagnostyki i leczenia niepłodności i jest pomysłem Kościoła, na sprawienie wrażenia, że ma alternatywę dla osób walczących z niepłodnością. A ta alternatywa polega na nadaniu naukowo brzmiącej nazwy i poruszaniu się w powszechnie stosowanej wiedzy, tyle że z wykluczeniem działań nieaprobowanych przez Kościół.
Często „leczenie” tą metodą prowadzą nie lekarze, ale przeszkoleni instruktorzy, którzy w arsenale swych metod terapeutycznych mają również wsparcie duchowe i modlitwy.” (cytat za nasz-bocian.pl i novum.com.pl).
I już na sam koniec kolejny mit tworzony przez nawiedzonych, posługujących się kłamstwem dziennikarzy. Setki tysięcy zarodków niszczonych w czasie procedury zapłodnienia pozaustrojowego. To kolejne kłamstwo. Każdy zarodek dla niepłodnej pary jest ważny. Zwykle przyjmuje je wszystkie (podzielone na kolejne transfery). Te zarodki, które giną, zginęłyby tak samo w procesie naturalnym. Nie uśmierca się zarodków. 
W przypadku, gdy para z jakichś powodów nie może przyjąć wszystkich zarodków, przekazuje je anonimowo innej parze do adopcji. W Polsce, zarodki nie są niszczone czy przekazywane do badań a już tym bardziej nie są wykorzystywane w przemyśle kosmetycznym jak sugerował to kiedyś obecny minister sprawiedliwości. Zarodki są bezcenne przede wszystkim dla ich rodziców. Są też nadzieją i szansą dla par, które nie mają możliwości poczęcia biologicznego potomstwa, które pragną zaadoptować zarodek.
Jeżeli istnieją kliniki (być może owi misyjny dziennikarzy mnie kiedyś oświecą i wskażą konkretnie, która czołowa polska klinika leczenia niepłodności niszczy „szufelką do kosza” zarodki), w których na życzenie rodziców można zarodki zniszczyć czy przekazać do badań, należy to koniecznie uregulować. Jednak tego wymaga przede wszystkim zdecydowane wyrzucenie szufelką do kosza „dorobku” pisowskich Talibów i przyjęcie dobrych regulacji prawnych umożliwiających procedurę sztucznego zapładniania i przede wszystkim mrożenie zarodków.

04 lipca 2012

Niemoralna "prawda" Lisickiego

Szybkie przyjęcie ustawy regulującej procedurę in vitro wydaje się obecnie znacznie bardziej konieczne niż kiedykolwiek. Wywołana prawie sześć lat temu przez Ewę Kopacz ówczesną Minister Zdrowia sprawa zapłodnienia pozaustrojowego budzi chore emocje u ludzi nie mających żadnego pojęcia czym jest in vitro a w końcu prowadzi do propagandy kłamstwa z jaką mamy do czynienia słuchając choćby Kaczyńskiego i publicystów bliskich pisowskiej retoryce.  Aby zakończyć te pełne kłamstw i obłudy dyskusje powinno się sprawę in vitro szybko uregulować. Dla dobra dzieci narodzonych dzięki sztucznemu zapłodnieniu i dla dobra tych par, dla których in vitro jest ostatnią szansą na własne potomstwo.




Niestety w dyskusji o in vitro coraz częściej słychać głos ludzi, którzy mają niewielkie pojęcie czym ono jest. Dotyczy to również publicystów, którzy nie patrzą na tę metodę zapłodnienia tylko jednowymiarowo, przez zakłamany pryzmat opinii o mordowaniu wielu istnień ludzkich dla uzyskania jednej, zdrowej ciąży. Dyskusja prowadzona przez redaktor Wielowieyską na antenie TOKfm dotycząca ostatniej okładki Newsweeka, skłoniła uczestniczących w niej publicystów, do wynurzeń, które nijak się mają do rzeczywistości.  Po raz kolejny można się było przekonać, że biorący w niej udział Waldemar Kuczyński mówi w sposób chaotyczny i do tego używa argumentów nijak mających się do tematu dyskusji. Kuczyński z niczym nie zmąconą pewnością ogłasza, że w sprawie in vitro musi być kompromis, jak w przypadku aborcji. Pomijając idiotyczną analogię jaką stosuje, sam podkreśla, że taki kompromis nikogo nie zadowoli. Warto więc zadać pytanie, to po co taki kompromis? Dla kogo ma być ta ustawa? Tylko po to, aby zaspokoić potrzebę skrócenia dyskusji czym jest zapłodnienie pozaustrojowe i jak wiele szczęścia daje parom starającym się o własne dziecko? Czy może po to, aby zaspokoić kościelnych hierarchów i bliskich im publicystów zmęczonych wmawianiem ludziom kłamstw o setkach, jeśli nie tysiącach ludzkich istnień jakie muszą zginąć, aby doszło do jednego, żywego urodzenia?
Waldemar Kuczyński wierzy w jedno. Zarodek to ludzkie życie. Według niego, ta prawda nie podlega dyskusji. A więc musi być kompromis. A to zapewne – być może nawet bezwiednie -  kieruje go w stronę projektu Gowina – skandalicznego, bezsensownego i de facto ograniczającego efektywność in vitro niemal do zera. Gdyby Kuczyński zdobył się choć na odrobinę wysiłku, znalazłby wystarczająco dużo przykładów do czego podobne kompromisy doprowadziły we Włoszech czy w Niemczech. Zanim więc zabierze głos, powinien odrobić lekcję z podstawowej wiedzy w temacie na jaki zabiera głos albo lepiej milczeć, bo głupim gadaniem można tylko więcej krzywdy wyrządzić.
Podobnie należy odebrać głoś Pawła Lisickiego.  Były redaktor naczelny Rzeczpospolitej uczestniczący w dyskusji prowadzonej przez redaktor Wielowieyską jak Kuczyński uważa, że zarodek to człowiek. Posuwa się jednak dalej. Wysnuwa bowiem wniosek (skądinąd logiczny), że skoro zarodek to ludzkie życie, to musi podlegać prawnej ochronie. Zabijanie zarodków jest więc rzeczą niemoralną. A przecież, zgodnie z tym co wie redaktor Lisicki, w czasie procedury zapłodnienia pozaustrojowego zabija się liczne zarodki. Niemoralne jest więc zachowanie lekarzy, którzy prowadzą kliniki leczenia niepłodności i niemoralne jest zachowanie niepłodnych par starających się o dziecko. Normy moralne, które określa kościół katolicki mają więc stanowić podwaliny prawa i rzutować na leczenie niepłodności w Polsce.
Wdawanie się w dyskusję czy kilkukomórkowy zarodek jest człowiekiem czy nie, nie ma większego sensu. Nie jest to również w tej chwili najważniejsze. Istotniejsze jest to, że oceniając jako niemoralne postawy osób starających się o dziecko metodą in vitro redaktor Lisicki dokonuje oceny na podstawie fałszywej tezy, jakoby uzyskanie żywej ciąży z in vitro wymagało zabicia wielu innych zarodków. To KŁAMSTWO. Nie jest prawdą, że w procedurze zapłodnienia pozaustrojowego ulegają zniszczeniu liczne zarodki. Pary starające się o dziecko rzadko uzyskują wiele, nadliczbowych zarodków. Z uzyskanych od kobiety komórek jajowych nie uzyskuje się tej samej liczby zarodków (pomijając już tak drobny, niedostrzegalny przez red. Lisickiego szczegół, jak ten, że różne kobiety, różnie się stymulują i nie każda procedura kończy się uzyskaniem choćby jednej komórki nie mówiąc już o zarodku). Po prostu nie dochodzi do zapłodnienia. Nie jest też prawdą, że nadliczbowe zarodki są masowo zabijane. W większości klinik zarodki się przechowuje, a jeśli para nie jest zainteresowana wykorzystaniem własnego materiału genetycznego, zarodek może być adoptowany przez inną parę – bezpłodną lub nie mogącą uzyskać własnego zarodka.
Niemoralne są słowa redaktora Lisickiego. Niemoralne i pozbawione sensu. Nie poparte wiedzą  i faktami. Niemoralne jest mówienie nieprawdy. I być może nikt nie powinien sobie zawracać głowy niemoralnymi słowami redaktora Lisickiego. Niestety idą one w eter i niosą ładunek kłamstwa. I chyba nie ma nic gorszego jak to, że kłamstwo powtarzane po wielokroć w końcu staje się prawdą. A z niemoralną „prawdą” Lisickiego, Kaczyńskiego i PiSu w sprawie in vitro można jedynie walczyć. Polemizować się już nie da.

27 czerwca 2012

W imieniu Bogu


W projektach Prawa i Sprawiedliwości dotyczących zabiegów sztucznego zapłodnienia kluczowa nie jest kwestia penalizacji. Ważniejsze i znacznie bardziej niebezpieczne jest traktowanie przez tę partię samych zabiegów in vitro jako niedopuszczalnych ze względów moralnych. Reguły życia na wzór nauki kościoła katolickiego mają bowiem stanowić o dopuszczalności leczenia niepłodności bądź nie. A to wyklucza jakąkolwiek merytoryczną dyskusję o sztucznym zapłodnieniu. Członkowie Prawa i Sprawiedliwości czerpiący swoją wiedzę o in vitro z niedzielnych kazań niewiele wiedzą o samej procedurze i też w niewielkim stopniu wykazują gotowość do samodzielnego myślenia. Wiara w słowa biskupów wyklucza bowiem jakąkolwiek rozmowę. Wyklucza również potrzebę refleksji nad zrozumieniem czym jest sztuczne zapłodnienie.
W tym należy doszukiwać się głównej tragedii ludzi starających się o własne dziecko. Projekt PiS w spawie in vitro zamyka bowiem wszelką dyskusję na temat leczenia niepłodności. Co gorsza, argumenty podnoszone przez posła Piechę przeciwko procedurze sztucznego zapłodnienia są po prostu kłamliwe i pozbawione jakichkolwiek znamion racjonalności. Politycy PiS zdają się całkowicie nie dostrzegać, że procedura in vitro służy dawaniu życia a nie pozbawianiu. Już samo to stawia większość przeciwników sztucznego zapłodnienia po stronie cywilizacji śmierci - określenia tak często przez nich nadużywanego wobec osób o odmiennym światopoglądzie. Paradoksalnie więc opowiadając się przeciwko in vitro zmierzają w kierunku zmniejszenia populacji Polaków, prowadzą do osobistych tragedii par nie mogących począć dziecka drogą naturalną i dodatkowo jeszcze chcą karać więzieniem i grzywnami osoby, dla których społeczna nauka kościoła nie jest podstawowym źródłem zachowań etycznych w życiu społecznym.
Ewentualne wprowadzenie zakazu stosowania in vitro w Polsce zgodnie z projektem PiSu niesie za sobą jeszcze jedno niebezpieczeństwo. I nie chodzi o zmniejszenie liczby par, które mogłyby cieszyć się własnym dzieckiem. I tak jest to dziś procedura ograniczona do osób posiadających odpowiednie środki finansowe oscylujące w zależności od kliniki i zastosowanej procedury wokół kilkunastu tysięcy. Ci, którzy będą pragnęli dziecka będą wykonywać zabiegi poza Polską i ustawowy zakaz nie przeszkodzi im w spełnieniu marzeń.  Podstawowym i zasadniczym niebezpieczeństwem jest próba regulacji życia społecznego wedle reguł określonych przez światopogląd katolicki. I tak o to, metoda leczenia, uznana i stosowana na świecie, staje się elementem walki ideologicznej wystawionym na sztandarze hipokryzji i obłudy dumnie niesionym przez nierozumnych posłów Prawa i Sprawiedliwości. De facto być albo nie in vitro w Polsce, stało się więc sprawą podstawową związaną z odpowiedzią na pytanie o zakres wolności i ingerencji w życie społeczne zachowań wynikających wprost z nauki kościoła a nie z prawa stanowionego przez ludzi i dla ludzi, nie obarczonego nakazem płynącym z wiary, ale z potrzeby służenia ludziom.
A dramat ludzi, dla których in vitro jest ostatnią szansą na własne dziecko nikogo w tej walce nie obchodzi. Bo chyba nikt nie ma złudzeń, że letnia ofensywa Prawa i Sprawiedliwości ma służyć komuś więcej jak tylko wzmocnieniu politycznej siły w środowisku osób niepłodnych z własnego wyboru. 

24 czerwca 2012

Mieczem wojujesz od miecza giniesz


Działaczom PiSu wszystko kojarzy się z tragedią smoleńską. To jest praprzyczyna wszechrzeczy i to jest cezura nowego, świeckiego kalendarza. Świat dzieli się na ten sprzed i po tragicznym wypadku z 10 kwietnia 2010 roku. Nie dziwi więc, że Adamowi Hoffmanowi w programie Moniki Olejnik 7 dzień tygodnia, profesjonalnemu, rodzinnemu i dynamicznemu jak sam o sobie pisze na stronie internetowej, słowa Wojewódzkiego i Figurskiego przywołują obrazy sprzed dwóch lat. Za tym idzie cała litania zdarzeń tragicznych takich jak zabójstwo w biurze poselskim Prawa i Sprawiedliwości i wizyta w biurze Tomaszewskiego człowieka z repliką broni.  Narracja jaką przyjmują sympatycy i członkowie PiS dla opisu rzeczywistości, do niektórych zdarzeń pasuje jednak jak pięść do nosa. Tak jest choćby z ostatnim wydarzeniem jakie miało miejsce w Łodzi w biurze Jana Tomaszewskiego.
Trzeba przyznać, że budowanie w świadomości Polaków wielkości Lecha Kaczyńskiego zaraz po tragicznym wypadku, entuzjastom Jego publicznej działalności, nie wychodzi. Polacy szczęśliwie pamiętają, że był słabym Prezydentem Warszawy i jeszcze gorszym Prezydentem Polski. I może stąd ta irytacja i budowanie martyrologii za wszelką cenę. Skądinąd skutecznie wykorzystywanej w bieżącej polityce.
Zresztą w zewnętrznym opisie jaki fundują członkowie Prawa i Sprawiedliwości odbywa się codzienna walka z siłami zła utożsamianymi już nie tylko z PO, ale przede wszystkim tzw. mediami mainstreamowymi. I sporo w tym racji. Coraz wyraźniej widać sympatie polityczne dzielące dziennikarzy większości mediów. To z kolei przekłada się na obraz jaki budowany jest w głównych dziennikach poszczególnych telewizji czy redakcji prasowych. Inna sprawa, że chyba tylko dziennikarka sympatyzującej z PiS redakcji Gazety Polskiej występuje na spotkaniach i wiecach tej partii, co w innych redakcjach jest nie do pomyślenia. To jednak działaczom PiS trudno dostrzec. Stąd być może wszelka krytyka kogokolwiek z legitymacją bądź błogosławieństwem PiSu jest traktowana jak atak, nagonka i tylko taki opis jest traktowany jako prawdziwy. Nie dziwi więc, że słowa krytyki i fala oburzenia na występy i słowo pisane Jana Tomaszewskiego wzbudza w Hoffmanie tylko jedno skojarzenie. To medialny lincz wynikający z obłudy i zgody mediów mainstreamowych na obrażanie zmarłego Prezydenta. Dlatego też ten „dynamiczny, profesjonalny, rodzinny” rzecznik prasowy nie dostrzega wypowiedzi zawieszonego w klubie PiS oddanego wyznawcy Jarosława Kaczyńskiego. Hoffman tym samym uznaje za dopuszczalne chamskie dowcipy Tomaszewskiego wobec ministry sportu, prymitywne i wulgarne wpisy na blogu, chamskie wypowiedzi dla mediów. Jan Tomaszewski, były członek PRON, z dumą mówiący o wspieraniu reżimu generała po incydencie w biurze poselskim urasta do rangi kolejnego symbolu Prawa i Sprawiedliwości.
Wypadek z człowiekiem z atrapą broni w biurze posła Tomaszewskiego jest wydarzeniem zasługującym na jednoznaczną negatywną ocenę. Dobrze, że policja szybko ujęła sprawcę tej prowokacji. Jednocześnie snucie przez Hoffmana dywagacji, że praprzyczyną tych zdarzeń jest wypadek w Smoleńsku, a co za tym idzie publiczna zgoda na medialny lincz Tomaszewskiego, to trochę jak wyprowadzanie armat na muchę. Ani Tomaszewski nie był linczowany, ani też nie pozostaje bez winy. I rzecz nie w przestępcy, który przychodzi z atrapą broni, ale prawie innych do obrony przed prowokatorskim i chamskim słownictwem świetnego kiedyś bramkarza polskiej reprezentacji i oceny jego publicznej aktywności. I byłoby dobrze, gdyby Adam Hoffman przestał robić z siebie i swoich kolegów ofiary systemu. Bo ani nie są ofiarami, ani nie pozostają bez winy. A skoro sami mieczem wojują, to trudno oczekiwać, by świat wokół nich nadstawiał jedynie głowę do ścięcia.

14 czerwca 2012

Witamy w "dzikim kraju"


Maszerujący spokojnie Rosjanie na mecz swojej drużyny narodowej, to dla wolontariusza EURO 2012 i jednocześnie radnego m.st. Warszawy rysa na honorze Polski. Atakowanie od tyłu, zabieranie barw narodowych, bicie i upokarzanie niewinnych ludzi przez zwykłych bandytów, to objaw patriotyzmu, za który należą się brawa. Jak nisko trzeba upaść, jak bardzo małym człowiekiem trzeba być, aby całkowicie niehonorowe i skandaliczne zachowania traktować w kategoriach walki o honor własnego kraju. Radnemu PiS chyba coś się zdrowo pomieszało.
Radny Warszawy reprezentujący w Radzie Miasta Prawo i Sprawiedliwość nie szczędzi słów uznania dla zachowania kiboli. Jak sam pisze na Twitterze „żałuję, że Policja nie zabroniła marszu Rosjan i honoru Polski musieli bronić „kibole”. Brawo dla nich! Nie dajmy sobie pluć w twarz”. Te słowa nawet mnie już nie oburzają. O wyczynach i wypowiedziach radnego Maciejowskiego można było usłyszeć klika miesięcy temu przy okazji opinii nt. Prezydenta RP. I pewnie nie raz jeszcze usłyszymy. Trudno raczej oczekiwać reakcji ze strony organizacji, którą reprezentuje. Prawdopodobnie PiS stanie murem za swoim radnym i będzie w mniej lub bardziej krzykliwej formie wmawiał opinii publicznej, że słowa radnego zostały źle odebrane i w sumie Rosjanie sami są sobie winni. Chciałbym się mylić.
Zacytowane słowa nie wprawiają mnie również w osłupienie. Retoryka, którą karmią nas działacze Prawa i Sprawiedliwości wraz ze sprzyjającymi im mediami spod znaku Gazety Polskiej ustawiają przecież od wielu miesięcy Rosjan w roli głównego wroga Polski i Polaków. Oni są winni wszystkich nieszczęść spadających, dosłownie i w przenośni, na nasz kraj.
Słowa, które zapisał na Twitterze Pan Maciejowski mnie zasmucają. Brak w nich bowiem jakiejkolwiek uczciwej oceny wydarzeń, które miały miejsce przed i po meczu Polska-Rosja. A szkoda. Bo dziś państwo polskie toczy wojnę z kibolami. I dlatego potrzebuje jednolitego frontu prawdziwych kibiców i normalnych obywateli w walce ze złem spod znaku „pięści i przemocy”, która rządzi na polskich trybunach. Zasmucają mnie tym bardziej, że pisze je człowiek, który jest w Radzie mojego miasta. Podpisując się pod tymi słowami, daje wyraźny sygnał, że bandyterka ma przyzwolenie, na szczęście nie wszystkich, ale ważnej części sceny politycznej na zachowania, które nie zasługują nawet na dyskusję i można je ocenić tylko w jednoznaczny sposób. Zasługują na potępienie i powinny być traktowane jak przestępstwo. Usprawiedliwianie bicia zwykłych ludzi, to przyzwolenie na zło, które powinno być karane a nie stawiane na piedestale publicznych zachowań.
Wielu Polakom oglądającym wydarzenia towarzyszące meczowi Polska-Rosja było przykro kiedy widzieli polskich „kiboli” atakujących Rosjan. W przypływie emocji, solidaryzmu wyrażali ubolewanie w związku z wydarzeniami jakie miały miejsce pod stadionem. I tym radny Warszawy nie pozostaje dłużny. Oto jak określa wszystkich, którym było przykro i odważyli się powiedzieć po wydarzeniach w Warszawie słowo przepraszam: ”Jakim trzeba być ch…em żeby przepraszać za polskich kibiców Rosjan…”. Tych słów chyba nie trzeba komentować.
No cóż, najwyraźniej okrzyki z gardeł grupy bandziorów skierowane do rosyjskich kibiców typu „Ruska kur…”, „raz sierpem, raz młotem, czerwoną hołotę”, to dla radnego miasta objaw zdrowej tkanki naszego narodu. Szczerze mówiąc mam inne wyobrażenie patriotyzmu. I bardzo mi się podobają słowa jednego z rosyjskich kibiców, które brzmiały mniej więcej tak: „To wieśniaki, jak chcą się bić niech się biją gdzieś na wsi, na polu. My przyjechaliśmy kibicować i chcemy przyjaźni Polaków i Rosjan”. Będąc warszawiakiem chcę przyzwoitych radnych, którzy wiedzą czym jest zło i nie mają problemu z jego interpretacją.
Oczywiście takie zdarzenia, jak te, które miały miejsce w Warszawie po meczu polskiej reprezentacji zdarzają się i mają miejsce przy okazji dużych, masowych imprez. Chuligani, bandyci są wszędzie. Ale chyba nigdzie na świecie, reprezentant miasta gospodarza EURO nie zaciera z radością rąk, że bito przybyłych do jego miasta kibiców, gości, obcokrajowców. Chyba nigdzie na świecie wolontariuszem EURO nie był człowiek, który chwali bandytów. I chyba nigdzie na świecie dyshonorowe zachowania nie są nazywane honorowymi. Mirosław Drzewiecki miał rację. To „dziki kraj”.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...