Pokazywanie postów oznaczonych etykietą SLD. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą SLD. Pokaż wszystkie posty

22 lutego 2015

Czy Ogórek przemówi?

– To jest niebanalna kandydatka, która prowadzi niebanalną kampanię wyborczą. Jestem podekscytowany, dlatego, że jest to nowy sposób prowadzenia kampanii. Magdalena Ogórek uważa po prostu, że na tym etapie należy być powściągliwym – tak Leszek Miller, przewodniczący SLD komentował w programie „Po przecinku” w TVP Info przedłużające się milczenie Magdaleny Ogórek, kandydatki SLD na prezydenta RP.” (TVP Info, 11.02.2015). Ogórek jest kandydatką SLD od 9 stycznia. Minął ponad miesiąc od kiedy stara się pozyskać głosy wyborców. W tym czasie jej aktywność na polu komunikacji z wyborcami poprzez media osiągnęła niespotykany wynik. Nie udzieliła żadnej wypowiedzi ani nie uczestniczyła w żadnej debacie telewizyjno-radiowej.


Trudno odmówić kandydatce SLD wiedzy, umiejętności wysławiania czy też kindersztuby. Wszak ma obycie telewizyjne a i jej wcześniejsze wypowiedzi, zanim zdecydowała się ubiegać o fotel prezydencki, co prawda mocno skoncentrowane na określonej tematyce, to jednak wskazywały, że potrafi zachować się przed kamerą a mikrofon jej nie peszy.
Tym trudniej zrozumieć politykę ciągłego odmawiania publicznych wypowiedzi. Być może Leszek Miller ma rację, mówiąc, że Magdalena Ogórek to niebanalna kandydatka. Jednak ciągłe odmawianie komentarzy stawia pod znakiem zapytania czy mamy jeszcze do czynienia choćby w najmniejszym stopniu z politykiem niezależnym a co ważniejsze, zdolnym do samodzielnego myślenia. Czy może to tylko przysłowiowa „paprotka”, której roli już nawet nikt nie chce ukrywać.
Magdalena Ogórek być może jeszcze przez chwilę będzie w stanie wzbudzać zainteresowanie swoim milczeniem. Być może jej uroda będzie wzbudzać jeszcze przez moment zainteresowanie zagranicznych mediów. Ale czy będzie umiała wzbudzić zainteresowanie wyborców jeśli jej przekaz ograniczy się jedynie do ciągłego odmawiania i mówienia ustami Leszka Millera? Być może tak, ale wówczas pozostanie jej jedynie sesja zdjęciowa w Playboyu albo CKMie. Tam wszak nie trzeba mówić – obraz wystarczy.

03 lutego 2015

Taka piękna porażka

Jeśli Bronisław Komorowski potwierdzi ostatecznie start w wyborach prezydenckich, a trudno przypuszczać by było inaczej, to będzie jedynym poważnym kandydatem na urząd Prezydenta. Trudno bowiem uznać by politycy drugiego a czasem nawet jeszcze dalszego szeregu stanowili jakąkolwiek konkurencję dla prezydenta Komorowskiego. To trochę tak, jakby drużyna z ekstraklasy miała grać finał Pucharu Polski z drużyną z III ligi a może nawet okręgówki. Wynik jest więc łatwy do przewidzenia.

Poważni gracze na scenie politycznej odkryli już karty. Prawo i Sprawiedliwość zamiast lidera wystawia parlamentarzystę Andrzeja Dudę.  Zresztą sam Kaczyński nie ukrywał, że jego główny cel to zwycięstwo w wyborach parlamentarnych. Trudno jednak uwierzyć, by była to jedyna i główna przesłanka stawiania na mało znanego polityka, którego doświadczenie polityczne jest znacznie mniejsze aniżeli lidera. Wytłumaczenie jest znacznie prostsze. Jarosław Kaczyński nie wygra wyborów prezydenckich. Dlatego stawia na polityka mniejszego formatu, który walczy o godną porażkę, a tę definiować będzie rezultat uzyskany w czasie wyborów. Miarą sukces, i o to walczy Duda, będzie druga tura.

Znacznie trudniej zrozumieć liderów SLD. Wybory samorządowe, jakby nie czytać wyników, zakończyły się porażką lewicy. Zaklinanie rzeczywistości w postaci wymieniania kilku miejsc, w których Sojusz zdobył mandaty przypomina farsę, którą uzupełnia nominacja dla pani Małgorzaty Ogórek. Jeśli Leszek Miller uważa, że ta kandydatura może stanowić jakiekolwiek zagrożenie dla Bronisława Komorowskiego, to chyba tylko – z całym szacunkiem – w kategorii urody. Tej, kandydatce SLD odmówić nie sposób. Sęk w tym, że wybory prezydenckie, to nie konkurs piękności a wskazywanie kandydatki bez doświadczenia, bez przygotowania jest działaniem mało roztropnym. Można było sobie wyobrazić, że właśnie wybory prezydenckie, zaraz przed wyborami parlamentarnymi będą szansą na budowę albo silnego bloku lewicowego, skupionego wokół jednej, lewicowej lub centrolewicowej postaci bądź staną się trampoliną dla słabnących wyników sondażowych SLD i całej lewicy.

Sojusz miał w tej sprawie najwięcej aktywów. Największy klub parlamentarny, największy budżet, największe struktury. Rozpadający się Twój Ruch, dryfujący na granicy błędu statystycznego, pogrążony we własnym stowarzyszeniu Ryszard Kalisz czy mało widoczna i rozpoznawalna Unia Pracy to wbrew pozorom wciąż atrakcyjne postacie i środowiska, które rozdrobnione nie stanowią żadnej siły. Stąd trudno zrozumieć upór działaczy SLD w dążeniu do destrukcji i brak ruchów, przynajmniej widocznych dla szerokiej publiczności, zmierzających do zebrania wszystkich, którzy mogą zwiększyć szanse Millera na uzyskanie dobrego wyniku w wyborach parlamentarnych a co w niedalekiej przyszłości mogło mu dać silną reprezentację parlamentarną i być może udział we władzy. Odrzucenie kandydatury Kalisza, zawieszenie Napieralskiego to wszystko nie tworzy dobrej aury wokół lidera jak i samego SLD. Co gorsza, oprócz Małgorzaty Ogórek, o której niewiele wiadomo, a to co ujawniają media o jej życiu i karierze zawodowej wcale jej nie pomaga, wybory prezydenckie staną się plebiscytem także dla kilku innych lewicowych kandydatów. Swój udział zapowiedział już Janusz Palikot, zastanawia się Ryszard Kalisz, pewne jest, że wystartuje Anna Grodzka i też nie wiadomo co zrobi Unia Pracy. Na łaskę prezydenta Komorowskiego liczy też Piotr Ikonowicz, który również zgłasza swoje aspiracje prezydenckie. W sumie więc może być tak, że o lewicowy elektorat ubiegać się będzie czterech a być może nawet sześciu kandydatów.

Czyż to nie będzie piękna porażka całej lewicy?

30 sierpnia 2012

Spocony premier

Zapowiedzi o nowym otwarciu to nic innego jak tylko próba zamknięcia sprawy Amber Gold i problemu nepotyzmu wśród koalicjantów jaki ujawniają w ostatnich miesiącach media. Premier Tusk może dokonać kliku zmian personalnych w ławach rządowych, zmienić kilku prezesów spółek Skarbu Państwa, zapowiedzieć zaciskanie pasa i obiecać reformy. Po raz kolejny usłyszymy to samo, co Donald Tusk zapowiada od ponad pięciu lat. Słowem nic nowego.

Plan Tuska jest więc tyleż prosty, co jak pokazuje historia skuteczny. Gdy jakaś trudna sprawa zaczyna parzyć premiera i otaczające go środowisko polityczne, wówczas pojawia się temat zastępczy. W przypadku największych rządowych wpadek premier sięgał do narzędzia rządowej miotły. Tak postąpił, gdy na jaw wyszły sprawy związane z tzw. aferą hazardową. W zasadzie poza Sawicką i Chlebowskim główni bohaterowie tamtych wydarzeń mają się dobrze. Sprawę jednak, wobec szybkiej reakcji premiera skutecznie udało się zatuszować, rozmyć a ekipa rządowa wyszła z niej praktycznie bez szwanku. Podobny mechanizm premier będzie realizował w przypadku zdarzeń związanych z Amber Gold i zjawiskiem nepotyzmu w szeregach PO. O ile w przypadku tego drugiego problemu sprawa wydaje się prostsza, o tyle co powie Marcin P. może być dla premiera i samej Platformy znacznie trudniejsze do zakopania pod dywanem zmian rządowo-parlamentarnych.

O nepotyzmie, który jest nowotworem polskiej demokracji media będą zapewne pisać jeszcze nie raz. Premier ma jednak w tym przypadku solidny argument, który usprawiedliwia jego brak reakcji. Podobnie postępują wszystkie partie – nawet te, które dziś skutecznie atakują PO za brak nadzoru nad własnymi działaczami. Choć raczej należałoby mówić o skutecznej polityce personalnej obliczonej na zawłaszczenie każdej, nawet najmniejszej przestrzeni życia publicznego „dla swoich”. Jeśli więc PiS czy SLD czy jakakolwiek inna partia pokazuje skandaliczne działania PO, to premier może zawsze użyć argumentu, że partie te równie skutecznie w czasie własnych rządów zawłaszczały publiczny majątek.

W końcu również wypowiedzi Marcina P., oszusta i złodzieja, staną się z czasem mniej wiarygodne niż zapewnienia premiera o uczciwości intencji w działaniu wszystkich organów państwa przy próbie wyjaśnienia sprawy Amber Gold. Na to wszystko, z końcem wakacji, premier wrzuci klika kontrowersyjnych reform, wróci sprawa in vitro i związków partnerskich, Jarosław Kaczyński i kilku jego wyznawców ujawni swe mądrości na łamach Gazety Polskiej i sprawy dziś trudne dla rządu Tuska w zasadzie pozostaną zamknięte.

Na korzyść premiera przemawia czas i rozmydlanie problemów. Podrzucanie mediom nowych politycznych celebrytów w rodzaju ministry Muchy, skupianie uwagi „widzów” na tematach, w których premier nie występuje w roli ofiary, ale recenzenta.


Pozostaje jedynie pytanie, czy premier jest nadal wiarygodny. Większość jego zapowiedzi programowych okazała się całkowicie bez pokrycia. Ile razy można bowiem obiecywać rozwiązanie spraw związanych ze sztucznym zapłodnieniem, związków partnerskich, reformy emerytalnej górników, obniżenia podatków, wolności obywatelskich, nowych autostrad, szybkich i schludnych kolei, kompetentnych urzędników czy zmian w systemie oświaty. W końcu nawet wyborcy PO zaczną porównywać słowa Tuska z rzeczywistością. I to może być główne zmartwienie premiera. W końcu tych, którzy zaczną sprawdzać, może być na tyle dużo, że zachowanie obecnej pozycji hegemona na scenie politycznej, okaże się niemożliwe nawet dla Platformy Obywatelskiej. Wydaje się, że wyborcy PO są w stanie znieść wiele, ale chyba nie to, że premier przez dwie kadencje „nabijał ich w butelkę”. Biorąc więc pod uwagę dokonania rządów Tuska i efekty jego działań, premier ma prawo być spocony. 

23 lipca 2012

Co ich łączy?


Premier Donald Tusk, jak doniósł Newsweek, pytał podczas ostatniego posiedzenia Rady Krajowej partyjnych kolegów, co ich jeszcze łączy oprócz władzy. W obliczu widma katastrofy związanej z uchwaleniem ustawy dotyczącej in vitro pytanie to ma rzeczywiście wymiar szczególny. I rzecz jasna nie chodzi o samą procedurę. Te dzielące wewnętrznie podziały mogłyby równie dobrze pojawić się przy konieczności określenia stosunku poszczególnych członków klubu parlamentarnego do religii w szkołach, aborcji, majątku kościoła katolickiego, eutanazji, związków partnerskich. Problemów z jakimi klub PO może mieć kłopot z określeniem wspólnego stanowiska można by mnożyć.
Pytanie premiera nie powinno dziwić, a już tym bardziej przewodniczącego Platformy. Zadając je, premier zdaje się igrać z inteligencją nie tylko partyjnych kolegów i koleżanek, ale przede wszystkim większości jego wyborców. Skoro na listach PO znaleźli się ludzie z przeszłością w różnych organizacjach, od lewa do prawa, to trudno by dziś prezentowali jedno stanowisko w sprawach światopoglądowych. Poseł Jacek Tomczak, który zasilił klub poselski PO w obecnej kadencji, wcześniej był działaczem KPN, ZCHN, Przymierza Prawicy a następnie PiS. Potem był członkiem Zarządu Polski Plus, popierał Marka Jurka w wyborach prezydenckich w 2010 roku aż w końcu trafił do klubu parlamentarnego PJN. Szczęśliwie dla posła z Poznania, potrafił szybko zapomnieć o romansie z PJN i znalazł się na liście PO. Mandat poselski uzyskał z 10 miejsca. Dziś głosi tezy, że in vitro nie jest metodą leczenia, że de facto służy jakiemuś lobby farmakologicznemu oraz że przy procedurze tej giną tysiące ludzkich istnień, mówiąc o zamrażaniu zarodków, że to selektywna aborcja.
Z kolei senator Jan Filip Libicki, wcześniej tworzył ZChN, potem przystąpił do Przymierza Prawicy, a następnie do PiS. Po rezygnacji z działalności w PiS odnalazł się w PJN a stąd trafił, już jako senator, do klubu parlamentarnego PO. Jest członkiem tej partii. On również, zgodnie z nauką kościoła, uważa in vitro za zło. W poprzedniej kadencji Sejmu był za jej całkowitym zakazem, wspierał projekt społeczny Stowarzyszenia Contra in vitro. Dziś na swoim blogu radzi partyjnym kolegom, aby głosowanie miało charakter dowolności, aby każdy głosował zgodnie z własnym sumieniem.
I jeszcze jedna postać. Poseł Jacek Żalek. On również prezentuje bogatą historię partyjną. Był w AWS, w 2002 roku uzyskał mandat radnego w Białymstoku z list LPR. W jego CV można również znaleźć informacje o działalności w SKL, stowarzyszeniu Koliber, Przymierzu Prawicy i UPR. Potem był radnym z list PiS by wkrótce odnaleźć się w Platformie Obywatelskiej. Był też, co ciekawe, członkiem Klubu Zachowawczo-Monarchistycznego.
Z drugiej strony mamy posła, ministra Bartosza Arłukowicza. Obecny minister zdrowia był radnym Szczecina z list SLD-UP, potem członkiem Socjaldemokracji RP. W 2007 roku uzyskał mandat z list LiD. Potem jego kariera toczy się błyskawicznie, określany mianem nowej gwiazdy lewicy, szybko jednak z bezwzględnego krytyka staje się zwolennikiem rządów Donalda Tuska obejmując w jego pierwszym rządzie stanowisko sekretarza stanu w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów i pełnomocnika premiera ds. przeciwdziałania wykluczeniu społecznemu.
Inne, ważne jeszcze do niedawna postacie lewicy, których udział w bieżącej polityce to zasługa premiera Tuska, to Dariusz Rosati i Marek Borowski. Pierwszy kandydował z jej list uzyskując mandat poselski i dziś jest szefem Komisji Finansów Publicznych. Drugi, z poparciem Platformy Obywatelskiej, uzyskał mandat senatora w Warszawie.
Postaci, których życie publiczne i polityczne jest równie bogate i tak znacząco różne jak wymienionych panów wyżej, można w Platformie Obywatelskiej znaleźć znacznie więcej. Wymienianie ich wszystkich nie ma większego sensu. Podani w przykładach parlamentarzyści tworzą wystarczającą mozaikę polityczną, programową i ideową. Tak różną, że doszukiwanie się wspólnego mianownika wydaje się więcej niż bezsensowne. Stąd odpowiedź na pytanie pana premiera może być tylko jedna. To co łączy tak różne postacie to właśnie władza i tylko władza. I nie ma w tym nic odkrywczego. I chyba też nie ma nic specjalnie wstydliwego. Główną czynnością jaką Platforma robi od kilku lat jest właśnie utrzymanie władzy. I, chapeau bas, robi to niezwykle skutecznie.
Winę za brak klarownych i jasnych odpowiedzi na pytanie co dalej z in vitro, związkami partnerskimi, testamentem życia, eutanazją, aborcją, religią w szkołach ponosi premier Tusk. Pomysł stworzenia ugrupowania ze skrzydłami od lewa do prawa i w rzeczywistości zatarcia ideowego przekazu PO to pomysł i realizacja samego premiera. W końcu to od jego decyzji zależało jak będą wyglądały listy Platformy. To on je układał i akceptował.
Jeśli więc premier chce zadawać jakieś pytanie, to nie o to czy cokolwiek łączy jeszcze parlamentarzystów klubu jaki sam sobie stworzył. I też nie powinien pytać działaczy PO. Powinien przede wszystkim pytać wyborców. Rozczarowanych i zdenerwowanych toczącą się od 5 lat dyskusją o in vitro, o związkach partnerskich, o religii w szkołach etc. Rodaków powinien Pan Premier zapytać  czy mu wybaczą, że dzięki głosom w jego klubie może w Polsce obowiązywać całkowity zakaz wykonywania in vitro, że ustawy o związkach partnerskich nie ma, że zmian w relacjach państwo-kościół nie będzie. W końcu, że choć twarz rządu jest dziś miła i uśmiechnięta, to jego znaczące i głośne zaplecze tworzą w dużej mierze byli działacze Prawa i Sprawiedliwości. Z kolei premierowi warto zadać inne pytania: kto dziś nami rządzi? Jaka partia? Platformy z 2001 roku już nie ma. A jaka jest ta z 2012? Obawiam się, że chyba sam premier nie zna odpowiedzi…

14 maja 2012

Jaki naród, tacy politycy

Przy okazji blokady Sejmu i równolegle odbywającej się debaty sejmowej znowu pojawiają się głosy o upadku klasy politycznej, języku jakiego używają politycy, jego wulgaryzacji. Być może owe głosy oburzenia to jedynie objaw zdrowej tkanki jaka jeszcze w nas pozostała, ale też sami musimy przyznać, że przecież zachowania, które tak ochoczo piętnujemy, nie biorą się znikąd. Politycy, są wszak tylko odbiciem nas samych.




Od ponad dwudziestu lat mamy w Polsce demokrację. System partyjny jest nieodzownym jej elementem. Partie polityczne zaś budują ludzie tacy jak my. Nasi sąsiedzi, znajomi, przyjaciele, koledzy – ludzie, którzy żyją obok i wśród nas. Oglądają te same filmy, przeżywają te same radości i smutki. Różnica jest tylko taka, że gdy my naszą agresję wylewamy na blokującego nam drogę współużytkownika ruchu drogowego, przeklinamy ekspedientkę w sklepie za zbyt ślamazarną obsługę, plujemy na panią w telefonicznej obsłudze za złe naliczenie kosztów telefonicznych przez naszego operatora, oni robią to samo, tylko że przed kamerami i mikrofonami.


Internetowe filmiki z wystąpieniami Niesiołowskiego, Palikota, Millera i innych pomniejszych postaci światka polityki są jednymi z najbardziej popularnych. I nie jest to przypadek. Chętnie oglądamy, gdy polityk używa języka prostego, wzbogaconego o kilka inwektyw. Równie często oburzamy się i krytykujemy język jakiego używają. Ale właśnie takiego przedstawienia oczekujemy. Wyprana z ideologii polityka generuje takie właśnie zachowania. Chamskie, prymitywne i nastawione na zniszczenie przeciwnika, a nie polemikę i dyskusję w poszukiwaniu najlepszego rozwiązania.


I nic się nie zmieni dopóki sami Polacy nie staną się innymi ludźmi. Dopóki w nas samych nie nastąpi zmiana, dalej będziemy dokonywać wyboru polityków, o których myślimy z obrzydzeniem po czym chętnie sięgamy do ich wystąpień w internecie. Warto więc pamiętać, że politycy są jedynie lustrzanym odbiciem nas samych. Może trochę wykrzywionym, może trochę przerysowanym, ale jednak naszym odbiciem.

02 maja 2012

Bój to jest nasz ostatni...

Nie ma co ukrywać. Korespondencyjny pojedynek na „gęby” wygrał Janusz Palikot. Ze swadą, przekonaniem, nowoczesnymi technikami i pstryczkiem o naćpanej hołocie. To było show jednego aktora, który wie czego chce.

Na tym tle Leszek Miller pokrzykujący do mikrofonu o kapitalistach w kongresowej, gdzie wypowiadane treści kompletnie nie współgrały z mową ciała, sprawiał wrażenie zagubionego i wsadzonego w uniform, który go uwiera. Nadto wszystko z niemałą trudnością odśpiewana Międzynarodówka a zwłaszcza słowa „Bój to jest nasz ostatni…” brzmiały niemal złowieszczo i proroczo. I co chyba gorsze dla wykonawców mogły postronnego widza wprawić w rozbawienie zwłaszcza, jeśli konfrontuje się to z muzyką z sali kongresowej.
SLD wciąż sprawia wrażenie formacji mocno obitej porażką wyborczą. Oczywiście porażką z Ruchem Palikota. Ten z kolei a zwłaszcza sam Janusz Palikot zdaje się nie zwalniać i sypie jak z rękawa mniej lub bardziej udanymi pomysłami na Polskę.
Obaj liderzy zdają się jednak nie zauważać, że głównym problemem nie jest eliminacją za wszelką cenę jednego z nich, ale wspólny front wyborczy. Jeśli myślą o rządzeniu Polską to efekciarskie wbijanie sobie szpil, silenie się na to kto jest bardziej lewicowy przysporzy im tylko kłopotów miast odsunąć od władzy aktualną koalicję.
Nie sądzę, aby wyniki kolejnych wyborów pozwoliły Ruchowi Palikota i SLD na stworzenie skutecznej koalicji rządowej, jeśli zdecydują się na samodzielny start. A to daje siłę Platformie Obywatelskiej, która mimo coraz większej liczby błędów w rządzeniu, przy spadających sondażach nadal jest w grze. Póki co nic też nie zapowiada dramatu. Zwłaszcza, że opozycja usilnie robi wszystko, aby władzy od Tuska nie przejąć. Dzisiejsze obchody 1 maja mogą Premiera Tuska jedynie utwierdzać w przekonaniu, że jest wieczny. 

01 maja 2012

Biologia jest po stronie Palikota

Palikot w Sali Kongresowej, Miller na Krakowskim Przedmieściu. 1 maja staje się okazją do politycznej manifestacji siły i walki na to kto jest bardziej lewicowy. Palikot krzyczy z billboardów „Zero bezrobocia. Teraz!” zaś Miller walczy z mównicy kongresu wyborczego z reformą wieku emerytalnego. Obaj zdają się nie dostrzegać, że reformy emerytalnej nie da się i nie powinno zatrzymywać, a bezrobocie nigdy nie będzie na zerowym poziomie. Czy chcą nam zafundować utopię?




Nie sądzę. Zarówno Leszek Miller jak i Janusz Palikot to wytrawni gracze. Obaj też umiejętnie potrafią grać na lewicowej nucie, cieniem zasłaniając osobiste bogactwo jednego zaś drugiego stricte liberalny pomysł podatku liniowego. Mniej lub bardziej prawdziwa osobista niechęć obu Panów to być może preludium do wielomiesięcznej walki na zamordowanie przeciwnika. Oddzielne obchody 1 maja wpisują się w tę walkę dwóch, skądinąd bliskich ideowo formacji. I chyba nie powinny nas zmylić z jednej strony zapewnienia ze strony Janusza Palikota zaś z drugiej sygnały z obozu Leszka Millera o chęci współpracy. Trudno bowiem uwierzyć, że są to słowa szczere zwłaszcza po spektaklu jaki mogliśmy oglądać kilka tygodni temu.


Wiemy już, że 1 maja będzie w tym roku w PKiN oraz na Krakowskim Przedmieściu i ogrodach przy Rozbrat. Czy kiedyś obie formacje znajdą wspólny język dla stworzenia wspólnej listy? Dziś trudno to przewidzieć. Jednakże jeśli obaj myślą o perspektywie rządzenia lub współrządzenia Polską, to działanie na zasadzie wzajemnej kontry tylko ich odsuwa od założonego celu. Z tym że Leszek Miller zdaje się mieć mniej czasu. Jak mawiał klasyk „biologia jest po naszej stronie”, czyli w tym przypadku Janusza Palikota.

27 stycznia 2012

Posłowie PO przeciwko Warszawie

27 stycznia odbyło się głosowanie nad poprawką PiS-u do budżetu Państwa w sprawie zwiększenia wydatków na warszawskie metro o 100 milionów złotych.
Poprawka przepadła. Przede wszystkim dzięki głosom Platformy Obywatelskiej i PSL-u. W tym miejscu warto pamiętać jak głosowali posłowie z Warszawy.

Tę niechlubną listę "naszych" posłów (czyt. z okręgu wyborczego nr 19 - Warszawa) podaję według klubów:





Platforma Obywatelska 

(wszyscy warszawscy posłowie PO zagłosowali przeciwko)
Dąbrowska Alicja, PO - PRZECIW
Fabisiak Joanna, PO - PRZECIW
Jastrzębski Leszek, PO - PRZECIW
Kidawa-Błońska Małgorzata, PO - PRZECIW
Kierwiński Marcin, PO - PRZECIW
Kosecki Roman Jacek, PO - PRZECIW
Krajewska Ligia, PO - PRZECIW
Szczerba Michał, PO - PRZECIW
Święcicki Marcin, PO - PRZECIW
Tusk Donald, PO - PRZECIW
Vincent-Rostowski Jan, PO - PRZECIW

PiS

Gosiewska Małgorzata, PiS - za
Górski Artur, PiS - za
Kaczyński Jarosław, PiS - za
Kamiński Mariusz, PiS - za
Kwiatkowski Adam, PiS - za
Wipler Przemysław, PiS - za

Ruch Palikota 

Palikot Janusz, RP - za
Nowicka Wanda, RP - za

SLD

Kalisz Ryszard, SLD - NIE GŁOSOWAŁ

Najwyraźniej to jak głosują posłowie PO z Warszawy, zależy od tego jakie akurat zajmuje miejsce na scenie politycznej ich partia. Jeszcze będąc w opozycji, w 2004 roku żądali corocznej, prawie 100 milionowej dotacji z budżetu państwa dla warszawskiego metra. Dziś pokazali, że to tylko słowa...i obietnice bez pokrycia.

Strona sejmowa z głosowaniami znajduje się TU

treść odrzuconej poprawki: "
W części 83 – Rezerwy celowe, poz. 8 współfinansowanie projektów z udziałem środków europejskich... zmniejszyć o kwotę 100.000 tys. zł wydatki na współfinansowanie projektów z udziałem środków UE z przeznaczeniem na utworzenie nowej rezerwy celowej na inwestycję infrastrukturalną w m. st. Warszawa – „Projekt i budowa II linii metra: odcinek centralny, od stacji „Rondo Daszyńskiego” do stacji „Dworzec Wileński” (wydatki majątkowe)."


13 czerwca 2009

Narodziny religii trwania

Platforma Obywatelska zanotowała kolejny wyborczy sukces. W PE będzie ją reprezentowało 25 parlamentarzystów. Miarą jej sukcesu nie jest jednak zachwycający plan reform czy wybitne osiągnięcia polityki zagranicznej skutkujące niespotykanymi dotychczas w powojennej demokracji wynikami. Sukces Platformy opiera się na kilku prostych zasadach sprowadzających się do nieśmiertelnych słów komunistycznego klasyka Władysława Gomułki: ”raz zdobytej władzy, nie oddamy nigdy!”.

Po pierwsze, kasa misiu, kasa


Jednym ze sztandarowych haseł z jakimi występowała Platforma był sprzeciw wobec dotacji dla partii z budżetu państwa. Liderzy PO wychodzili z założenia, że obywatel Polski nie może utrzymywać partyjnej biurokracji. Mniejsza o argumentację jaką przytaczano dla zobrazowania konieczności zmian w polityce finansowania partii politycznych, fakt jednak pozostaje bezsporny, że w 2005 roku zdecydowano o przyjęciu publicznych pieniędzy. Z perspektywy czasu widać, że potrafiono w PO wykorzystać skutecznie środki przyznane z budżetu państwa.


W tej kadencji Sejmu kwota dotacji jaką przyjmie partia rządząca wyniesie ponad 100 mln złotych. W samym 2009 roku będzie to blisko 40 milionów złotych. Nikt chyba nie ma wątpliwości, że główny demiurg politycznych posunięć PO – Grzegorz Schetyna, potrafi skutecznie wykorzystać przyznane partii środki i dobrze rozumie, że bez pieniędzy jego partia nie będzie skutecznie rywalizować. Sama twarz Tuska, o czym przekonał się w 2005 roku, nie wystarczy. Towar, jakim jest lider Platformy, musi mieć dobre i bogate opakowanie, atrakcyjne dla wyborcy.


Nie jest jednak najważniejsze ile pieniędzy wyciągnie z budżetu Platforma. Ważne jest to, że wielkość środków jakie przyjmuje powoduje ogromne różnice w dostępie do wszelakich nośników promocji i reklamy partyjnego szyldu. Im większe różnic e na koncie partyjnym pomiędzy PO a innymi partiami, tym większe możliwości na utrzymanie przewodniej roli Platformy w życiu publicznym.


Jedyne, ewentualne zagrożenia dla wiecznej dominacji Platformy, jakie mogłoby się zrodzić istnieją poza Sejmem. Dziś bowiem, wśród partii opozycyjnych, aktywnych w życiu parlamentarnym, nie ma realnej siły mogącej zagrozić teamowi Tuska i Schetyny. Jest to jednak zagrożenie, póki co, tylko w formule życzeniowej. Nie ma bowiem równie silnej struktury, równie bogatej, dysponującej praktycznie niekończącymi się źródłami finansowymi.


Stąd trudno uwierzyć, w prawdziwość tez działaczy PO o chęci zrezygnowania z partyjnych dotacji. Nie wierzę, by  chcieli zrezygnować z pieniędzy, które dają im poczucie trwania i finansowej stabilizacji, nawet gdyby miały nadejść trudne czasy, czyli to, co wydaje się dziś nieprawdopodobne: PO oderwana od koryta władzy. Pieniądze pozwalają liderom Platformy tworzyć wizualną rzeczywistość jak nikomu w Polsce, a tym samym utrwalać władzę bezwzględną.


Po drugie, wsadzać swoich gdzie się da


Kolejnym hasłem ze sztandarów wyborczych PO, było zlikwidowanie synekur płynących z obsady państwowych spółek skarbu państwa. Zmiany te, wszędzie tam gdzie rządzi PO, miały objąć również samorządy. Nic takiego jednak się nie dzieje. Tak jak poprzednicy, ich następcy z Platformy skutecznie zawłaszczają wszystkie możliwe do obsady stanowiska nie bacząc na dość cichą, lecz jednak krytykę, płynącą czasami z mediów elektronicznych. Nawet wówczas, gdy ministrowi Gradowi (główny macher Tuska od obsady spółek) wymknie się w wywiadzie radiowym, że co innego mówi się w kampanii a co innego robi się po dojściu do władzy. Nie jest to dokładny cytat z ministra, ale ducha wypowiedzi chyba zachowałem.


Nie inaczej dzieje się w spółkach samorządowych a także przy obsadzie stanowisk urzędniczych. Weźmy na ten przykład Warszawę, gdzie skala zjawiska i bezczelność w ramach obsadzania „swoimi” osiągnęła wymiary dotychczas niespotykane. Mechanizmy jakie stosowano, aby zagwarantować pracę działaczom PO, szczegółowo opisywała warszawska prasa. W związku z tym warto jedynie przypomnieć słowa z programu PO z 2006 roku, z jakimi do wyborów prezydenckich szła Gronkiewicz-Waltz, kandydatka na Prezydenta Warszawy, a wraz z nią cała Platforma. Brzmiały one następująco: „Są one (spółki miejskie - przyp.aut.) swoistą nagrodą dla lojalnych partyjnych funkcjonariuszy rządzącej partii, którzy obejmują w nich dobrze płatne posady prezesów, członków zarządów i rad nadzorczych”. Co z hasła pozostało? Pusty frazes, o którym nie pamiętają ani autorzy programu PO, ani, co chyba smutniejsze, wyborcy.


Dobrze uposażony działacz PO, to oddany sprawie i „kupiony” wyznawca jedynie słusznej religii trwania. Kto bowiem będzie występował przeciwko swoim darczyńcom? Kto ośmieli się podnieść rękę na tego kto karmi, żywi i broni? Nikt. Dlatego dobrze uposażona armia działaczy, wyposażona w stały i stabilny żołd, za który wymaga się jedynie wierności i przytakiwania gotowa jest do walki i marszu za swym światłym przywództwem nawet w otchłań, tym bardziej, że wróg lichy i bez uposażenia. Ryzyko porażki niewielkie, a z każdą nową batalią łupy coraz większe. Zysk jest obustronny. Partia zyskuje oddanych i nijakich wyznawców bez słowa wykonujących każde polecenie, a zainteresowani podstawową stabilizację i brak troski o jutro. Wszystkim więc zależy, aby słońce Peru trwale świeciło i ogrzewało nowe pola dla zaspokojenia aktywności i apetytów swych wyznawców.


Po trzecie, póki PiS żyje, my żyjemy


Zadziwiające są wyniki badań sondażowych, z których wynika, że z grubsza ujmując mniej więcej 20% populacji Polaków popiera rząd premiera Tuska, zaś ponad 50% popiera partię, którą kieruje tan sam Tusk. Wyniki te są jednak zadziwiające jedynie pozornie. Gdyby przyjrzeć się decyzjom jakie podejmowali wyborcy w 2006 i 2007 roku widać będzie z nich jasno, że wybór partii Tuska to raczej negatywna decyzja o nie popieraniu PiS-u. Czy to wystarcza, aby dobrze rządzić? Niekoniecznie, ale wystarcza, aby trwać u władzy. I właśnie z polityką trwania mamy obecnie do czynienia.


Gdyby spróbować wymienić hasłowo choć jedną znaczącą zmianę jaka jest udziałem rządu PO-PSL to należałoby oddać się głębokim rozmyślaniom a i to nie zagwarantowałoby sukcesu. Oczywiście, po rządach PiS-u, nawet tak banalne sprawy jak normalizacja stosunków z naszymi najbliższymi sąsiadami czy Unią Europejską, muszą budzić powszechne uznanie, jednakże od większości rządowej mającej w zasadzie bezwzględną władzę (poczynając od samorządów a skończywszy na rządzie) można przecież i powinno się wymagać więcej.


Trudno jednak dziwić się Tuskowi i Jego ekipie, że we wszelkich działaniach zachowuje daleko idącą wstrzemięźliwość. W końcu samo bycie antyPiS-em gwarantuje zwycięstwo. Udawanie rządzenia z rozbudowanym teatrem zachowań, Palikotem zwracającym uwagę Polaków na sprawy bez znaczenia pozwala uniknąć rzeczywistej debaty o polskich drogach, służbie zdrowia czy reformie KRUS-u. Bądźmy jednak sprawiedliwi. Nie można winić Tuska za małość braci Kaczyńskich i ich partii. W końcu to nie on stworzył PiS a poniekąd poseł do PE z Platformy Jerzy Buzek. Tuska można jedynie chwalić za umiejętne wykorzystanie słabości PiS i umiejętne rozgrywanie ludzkich emocji podszytych strachem możliwości powrotu Kurskich, Lepperów i Giertychów do władzy.


Co więcej, twierdzę, że w dobrze rozumianym interesie samego Tuska jest podgrzewanie konfliktów z Kaczyńskimi i dalsze pogłębianie polaryzacji polskiej sceny politycznej. Stworzenie dwubiegunowego systemu partyjnego, być może z jakimiś drobnymi przystawkami w postaci PSL-u i SLD, scementuje system partyjny na tyle mocno, że władza Platformy Obywatelskiej na długie lata pozostanie niezagrożona. Brak alternatywy jest w tej chwili największą siłą Tuska.


Z czym więc będzie się kojarzył premier Tusk? Niewątpliwie wyróżnikiem będzie umiejętność trwania przy władzy, której dotychczas brakowało wszystkim jego poprzednikom. Z perspektywy samego premiera i popierających go zastępów partyjnych działaczy to sytuacja wymarzona. Dla Polski, to jednak utrata kolejnych lat i szansy na trwały, cywilizacyjny skok. Obyśmy tylko nie doczekali czasów, kiedy refleksja opinii publicznej w ocenie rzeczywistej wartości Tuska i Platformy Obywatelskiej przyjdzie zbyt późno a religia trwania przerodzi się w demokratyczny terror z jednym aktorem o różnych twarzach.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...