Premier Ewa Kopacz jeszcze niedawno z przekonaniem mówiła o konieczności i chęci zakończenia w tej kadencji parlamentu prac nad ustawą o leczeniu niepłodności, powszechnie zwaną ustawą o in vitro. I dobrze. Ta dziedzina medycyny wymaga pilnego uregulowania. Jednoznacznego i korzystnego dla osób starających się o potomstwo. Wszystkich osób, a nie, na co zwraca uwagę Kampania Przeciw Homofobii, jedynie dla małżeństw i konkubentów heteroseksualnych.
Zgodnie z interpretacją prawną przeprowadzoną przez KPH z procedury in vitro wykluczone są kobiety samotne i kobiety pozostające w związkach tej samej płci. To właściwie regres w stosunku do obecnej, nieuregulowanej sytuacji. Zgodnie bowiem z intencjami projektodawcy, jedynie małżeństwa i potwierdzone pisemnie związki heteroseksualne będą mogły korzystać z inseminacji czy in vitro.
To dość kuriozalna sytuacja bowiem wykluczająca z możliwości skorzystania z procedury sztucznego zapłodnienia osoby, które ze względu na charakter związku bądź nieumiejętność lub niechęć tworzenia relacji z inną dorosłą osobą nie mogą posiadać dzieci. Ustawodawca tym samym uznaje, że kobiety samotne lub będące w związkach homoseksualnych będą złymi matkami. Zważywszy na liczbę kobiet samotnie wychowujących dzieci a także kobiety żyjące w związkach jednopłciowych i wychowujących dzieci to dość śmiała teza.
W tym wszystkim niestety widać więcej polityki niż troski o dobro starających się o dziecko. Można mieć jedynie nadzieję, że w pracach nad ustawą poprawki zgłoszone przez KPH zostaną poważnie potraktowane zaś sama ustawa nie będzie ograniczać procedury jedynie do związków heteroseksualnych.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą in vitro. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą in vitro. Pokaż wszystkie posty
08 maja 2015
09 listopada 2012
Gwałt na rozumie
Trudno sobie wyobrazić ból związany z gwałtem. Jeszcze trudniej wyobrazić sobie jakie emocje towarzyszą kobiecie, dla której trwałym wspomnieniem traumatycznego przeżycia pozostaje niechciana ciąża. Wypowiedzi tzw. obrońców życia spod znaku PiS wskazują jednak, że nie dla wszystkich. Dla nich najważniejsze jest zaspokojenie własnego poczucia misji kosztem zdrowia i de facto życia kobiety. I o ile wypowiedzi posła Górskiego, monarchisty, można uznać za bełkot nieszkodliwego człowieka o małym horyzoncie intelektualnym o tyle znacznie poważniej trzeba traktować wypowiedzi Terlikowskiego. Wielokrotnie stosuje on bowiem metodę pseudo naukowego udowadniania niezależnie jak bardzo absurdalnych tez różnymi raportami powołując się na rzekomo niezależne instytucje.
Terlikowski, a wraz z nim poseł Górski twierdzą, że aborcja dostępna dla kobiet zgwałconych powinna być zabroniona. Chcą zmiany ustawy antyaborcyjnej dającej możliwość usunięcia przez zgwałconą kobietę niechcianego płodu.
Sam Terlikowski dla udowodnienia swej tezy, poza powtarzanymi argumentami o zabijaniu życia poczętego (pomijając skrzętnie cierpienie związane z samym gwałtem, bo przecież już się wydarzył), dodaje jeszcze wyniki badań amerykańskiego Elliot Institut. A właściwie jedynie o nich wspomina. Rzekomo według amerykańskiego instytutu urodzenie dziecka z gwałtu ma ułatwić kobiecie przejście traumy związanej z czynem zabronionym.
Można przypuszczać, bo sam Terlikowski nie podaje tytułu owego raportu, że chodzi o badania, które ostatecznie stały się podstawą powstania pozycji Victims and Victors dr Davida Reardona. Dodajmy, że jednej z najważniejszych postaci ruchu pro-life w Stanach Zjednoczonych. Pozostawiam bez odpowiedzi pytanie, czy tak wyraźne stanowisko wobec aborcji mogło mieć wpływ na badania. Tym niemniej sam raport objął 192 amerykańskie kobiety – ofiary gwałtu (w tym również kazirodczego). Z badań wynika, jak podaje dr Reardon, że większość kobiet zgwałconych, które zachodzą w ciążę nie chcą aborcji a po jej dokonaniu żałują decyzji o usunięciu płodu. Trudno polemizować z wynikami, które podaje autor, jeśli nie zna się pozycji (a tej na polskim rynku nie ma). Jednak niezależnie od podanych danych, tak ochoczo przywoływanych przez Terlikowskiego warto pytać jaka była metodologia badań, do ilu kobiet skierowano się z prośbą o odpowiedź na doświadczenia związane z dokonaną aborcją po wcześniejszym gwałcie. Czy były to kobiety, wobec których skierowano przemoc zakończoną gwałtem na przełomie ostatnich kilku lat czy może dziesięcioleci i wreszcie jak to się ma do całkowitej liczby zgłoszonych i stwierdzonych gwałtów, które zakończyły się zapłodnieniem. Tych informacji Terlikowski nie udziela. Być może wychodzi z założenia, że jak ktoś chce zyskać tę wiedzę może sięgnąć do wspomnianej pozycji (o ile zawiera ona odpowiedzi na powyższe pytania). Nie zmienia to faktu, że poprzez przywoływanie w swych wypowiedziach z pozoru mądrze brzmiących treści z powoływaniem się na badania Instytutu Eliota (warto pamiętać: badającego amerykańskie kobiety!) nadaje swym wypowiedziom z pozoru walor pewnej wiedzy. Wiedzy fachowej, z którą trudno polemizować, bo przecież to nie wymysł chorej wyobraźni i pseudo filozoficzne dywagacje a konkretne, udokumentowane badania.
To sprytny manewr. Zresztą stosowany przez Terlikowskiego dość często. W przypadku in vitro wykorzystywał podobne zabiegi przywołując całkowicie z kosmosu liczby o „zabijanych” zarodkach czy wychwalając metodę naprotechnologii w leczeniu niepłodności opierając się za każdym razem na związanych z kościołem instytucjach, które mają zachować walor niezależności. Podobnie jest z badaniami Instytutu Eliota. Podważanie wyników badań instytucji, która reprezentuje stanowisko tylko jednej ze stron sporu aborcyjnego będzie zapewne nadużyciem, ale też traktowanie ich całkowicie poważnie, jako niezależnego, wiarygodnego i jedynego źródła prawdy objawionej, to chyba też przesada. A to właśnie próbuje, w sposób nie do końca uczciwy, przedstawić Terlikowski. Przywołuje bowiem badania mało znanego w Polsce instytutu, który wykonał badania w USA i chce, aby traktować je jako wyznacznik zachowań wszystkich kobiet, które zostały zgwałcone i ostatecznie stanęły przed dylematem jak dalej żyć z niechcianym dzieckiem swojego oprawcy.
Trzeba przyznać, że to właśnie przywoływanie różnego typu badań z nieznanych źródeł, związanych z jedną tylko stroną sporu to domena tych, którzy w oczywisty sposób chcą zakłamać rzeczywistość. Żaden z przywoływanych wcześniej nie wspomina z kolei o badaniach realizowanych przez polskie ośrodki badania opinii publicznej o społecznej akceptacji dla zabiegów usunięcia ciąży w przypadku gwałtu. Być może dlatego, że nie współbrzmi to ze słowami Jana Pawła II, które zawarł w swoim liście do arcybiskupa Sarajewa na początku lat 90. podczas konfliktu na Bałkanach: ”Nawet w sytuacji tak bolesnej trzeba będzie im (brzemiennym na skutek gwałtu kobietom) pomóc w odróżnieniu haniebnego aktu przemocy, dokonanego przez ludzi bez rozumu i sumienia, od rzeczywistości nowych istot ludzkich, które przecież otrzymały życie". I z jednym na pewno można się zgodzić. Zgwałconym, brzemiennym kobietom należy się pomoc. Opieka i zrozumienie. Ale kobiety muszą zachować prawo decydowania o własnym losie. O własnym życiu. I dlatego prawo nie może ich karać za przestępstwo, którego są ofiarą.
22 października 2012
Coś drgnęło?
Nie mam złudzeń, że decyzja premiera w sprawie in vitro jest odpowiedzią na słabnące notowania rządu i partii rządzącej. Niezależnie jednak jakie były przesłanki, można tylko przyklasnąć dla działań jakie wreszcie podjął Donald Tusk dla sprawy in vitro.
Historia burzliwych dyskusji o zapłodnieniu „na szkle” ma historię tak długą jak rządy Platformy Obywatelskiej. Od ponad pięciu lat posłowie rządzącej koalicji a w szczególności Platformy Obywatelskiej opracowywali projekty, przyjmowali rozwiązania by w końcu przyjąć, że klub PO po wakacjach przyjmie jeden, a nie dwa projekty. Wakacje minęły a w sprawie in vitro nic nie drgnęło. Dopiero rosnące słupki sondażowe PiSu wymusiły na Donaldzie Tusku podjęcie króków, które zbliżają Polskę do europejskich standardów.
Warto pamiętać, że procedura in vitro praktycznie nie jest w ogóle opisana w naszym systemie prawnym. Teoretycznie mamy więc do czynienia z wolną amerykanką. To stanowi z kolei wodę na młyn dla wszystkich przeciwników tej procedury, którzy ustami takich komentatorów jak choćby Terlikowski czy Karnowski doszukują się tysięcy ofiar ludzkich dla poczęcia jednego zdrowego dziecka metodą sztucznego zapłodnienia. Absurdalność owych tez jest porażająca, tym niemniej po wielokroć powtarzana stanowi niebezpieczny, bo przede wszystkim kłamliwy obraz rzeczywistości związanej z leczeniem niepłodnych par. Wśród idiotycznych argumentów, które były używane pojawiały się i takie, gdzie obecny minister sprawiedliwości Jarosław Gowin mówił o wykorzystywaniu nadliczbowych zarodków w przemyśle kosmetycznym. Inne z pytań jakie zadają przeciwnicy IVF, to pytania odnoszące się do finansowania. Terlikowski pyta m.in. na łamach jednego z portali dlaczego katolicy mają finansować metodę niezgodną z ich światopoglądem. Bardziej głupiego stawiania tej sprawy nie można sobie wyobrazić. Jeśli bowiem zaczniemy myśleć tymi kategoriami, to wówczas łatwo zacząć stawiać pytanie dlaczego niekatolicy mają pokrywać koszty związane z Funduszem Kościelnym, dlaczego mają płacić na pensje dla katechetów, emerytury księży i zakonnic etc. Idąc tym tropem myślenia, dojść można do absurdu, w ramach którego najlepszym rozwiązaniem będzie podzielić kraj na katolików i wszystkich niekatolików z różnymi systemami ubezpieczeń, rozliczeń i obowiązków wobec państwa.
Decyzja w sprawie refinansowania procedury in vitro to ruch w dobrym kierunku. Dobrze, że skoro premier ma problem z przeforsowaniem tego pomysłu we własnym klubie i przepchnięciu ustawy w Sejmie, sięga po instrumenty, z pomocą których może w rzeczywistości pomóc tysiącom par walczących z niepłodnością. Jedyne czego można się obawiać, to czy zapał w poprawie losu par walczących o własne dziecko nie minie premierowi wraz z rosnącymi słupkami poparcia dla jego rządu i Platformy Obywatelskiej.
10 sierpnia 2012
Zabawa ludzkimi emocjami
Od czasu, gdy obecna Marszałek Sejmu Ewa Kopacz ogłosiła, że
Platforma ureguluje sprawę in vitro mija prawie 5 lat. Przez tych kilka lat
byliśmy świadkami wielu mniej lub bardziej merytorycznych dyskusji, kilku
projektów i co najbardziej zadziwiające dwóch projektów Platformy
Obywatelskiej. A sprawa in vitro, mimo że wraca co chwila do publicznego
dyskursu nadal nie jest rozstrzygnięta. Podobną rozrywkę parlamentarzyści
Platformy zdają się fundować wyborcom , którzy walczą o swoje prawa do
legalizacji związków partnerskich. Już przecież byliśmy świadkami dyskusji,
która bardziej przypominała pyskówkę aniżeli próbę rozwiązania problemu osób
żyjących w związkach nieformalnych, wzajemnych oskarżeń o kradzież całych
artykułów z projektów ustaw a lada moment będą dwa projekty w ramach ugrupowania
rządzącego. Czy można więc oczekiwać, że komukolwiek, a zwłaszcza Platformie
naprawdę zależy na ostatecznym załatwieniu którejkolwiek ze spraw
światopoglądowych?
Jeśli przyjąć jako wyznacznik czasu potrzebnego na rozstrzygnięcie
jakiejkolwiek sprawy o charakterze światopoglądowym przez koalicję rządzącą, to
biorąc pod uwagę doświadczenia z in vitro można śmiało założyć, że kwestia
związków partnerskich nie zostanie szybko rozstrzygnięta. Biorąc jednocześnie
pod uwagę, że obok projektu Dunina może pojawić się za moment projekt Żalka, to
związki partnerskie czeka podobny los co zapłodnienie pozaustrojowe. Nic nie
wnoszące dyskusje, wałkowanie po wielokroć tych samych problemów, kierowanie
projektów do laski marszałkowskiej, odsyłanie do komisji, tysiące poprawek aż w
końcu skończy się kadencja a proces legislacyjny trzeba będzie zaczynać od
nowa. I znów naiwnym wyborcom politycy Platformy będą wmawiać, że nie starczyło
czasu, że były ważniejsze problemy i że sprawę rozstrzygną w kolejnej kadencji.
Otóż nie rozstrzygną. Kiedy zwornikiem partii politycznej
staje się potrzeba jedynie trwania przy władzy bez jasno zarysowanego horyzontu
zmian, a w jej szeregach znajdują się ludzie o poglądach nie tyle odmiennych co
wręcz wrogich, trudno oczekiwać, że partia ta może mieć spójną politykę w
kwestiach światopoglądowych. Można niemal odnieść wrażenie, że wszelkie spory
wokół spraw in vitro czy związków partnerskich są dobrym tematem zastępczym,
gdy koalicja bądź Platforma zaczyna mieć problem z bieżącą polityką. Wówczas wrzuca
do publicznego dyskursu problemy ludzi nie mogących począć dziecka w sposób
naturalny lub żyjących w związkach nieformalnych. Ci z kolei, co chwila muszą
przeżywać huśtawkę nastrojów czy za chwilę będą pozbawieni możliwości posiadania
własnego dziecka lub nadal nie będą posiadać praw jakie mają pary żyjące bez
ślubu w większości krajów zachodniej Europy.
Skoro Platforma Obywatelska w każdej sprawie
światopoglądowej idzie utartą ścieżką i na każdą ma dwa projekty, dodajmy, że
wzajemnie wykluczające, trudno oczekiwać, że dla in vitro czy związków
partnerskich zaryzykuje jedność ugrupowania. Trzeba raczej oczekiwać, że będzie
prowadzić wewnętrzne dyskusje czy pozwolić na mrożenie zarodków i zapłodnienie
pozaustrojowe lub czy dwóch mężczyzn lub dwie kobiety mogą tworzyć udany
związek. A dyskusje te parlamentarzyści PO mogą toczyć latami. I być może
jedyne czego już nie usłyszymy, to słów, że zamrożone zarodki wykorzystuje się
w przemyśle kosmetycznym oraz, że na gejów to nie ale na lesbijki to można
popatrzeć. W końcu nawet politycy Platformy czegoś się przez ostatnie 5 lat
rządów nauczyli. Otwartym pozostaje pytanie czy wyborcy też się czegoś nauczyli…
23 lipca 2012
Co ich łączy?
Premier Donald Tusk, jak doniósł Newsweek, pytał podczas ostatniego posiedzenia Rady Krajowej partyjnych kolegów, co ich jeszcze łączy oprócz władzy. W obliczu widma katastrofy związanej z uchwaleniem ustawy dotyczącej in vitro pytanie to ma rzeczywiście wymiar szczególny. I rzecz jasna nie chodzi o samą procedurę. Te dzielące wewnętrznie podziały mogłyby równie dobrze pojawić się przy konieczności określenia stosunku poszczególnych członków klubu parlamentarnego do religii w szkołach, aborcji, majątku kościoła katolickiego, eutanazji, związków partnerskich. Problemów z jakimi klub PO może mieć kłopot z określeniem wspólnego stanowiska można by mnożyć.
Pytanie premiera nie powinno dziwić, a już tym bardziej przewodniczącego Platformy. Zadając je, premier zdaje się igrać z inteligencją nie tylko partyjnych kolegów i koleżanek, ale przede wszystkim większości jego wyborców. Skoro na listach PO znaleźli się ludzie z przeszłością w różnych organizacjach, od lewa do prawa, to trudno by dziś prezentowali jedno stanowisko w sprawach światopoglądowych. Poseł Jacek Tomczak, który zasilił klub poselski PO w obecnej kadencji, wcześniej był działaczem KPN, ZCHN, Przymierza Prawicy a następnie PiS. Potem był członkiem Zarządu Polski Plus, popierał Marka Jurka w wyborach prezydenckich w 2010 roku aż w końcu trafił do klubu parlamentarnego PJN. Szczęśliwie dla posła z Poznania, potrafił szybko zapomnieć o romansie z PJN i znalazł się na liście PO. Mandat poselski uzyskał z 10 miejsca. Dziś głosi tezy, że in vitro nie jest metodą leczenia, że de facto służy jakiemuś lobby farmakologicznemu oraz że przy procedurze tej giną tysiące ludzkich istnień, mówiąc o zamrażaniu zarodków, że to selektywna aborcja.
Z kolei senator Jan Filip Libicki, wcześniej tworzył ZChN, potem przystąpił do Przymierza Prawicy, a następnie do PiS. Po rezygnacji z działalności w PiS odnalazł się w PJN a stąd trafił, już jako senator, do klubu parlamentarnego PO. Jest członkiem tej partii. On również, zgodnie z nauką kościoła, uważa in vitro za zło. W poprzedniej kadencji Sejmu był za jej całkowitym zakazem, wspierał projekt społeczny Stowarzyszenia Contra in vitro. Dziś na swoim blogu radzi partyjnym kolegom, aby głosowanie miało charakter dowolności, aby każdy głosował zgodnie z własnym sumieniem.
I jeszcze jedna postać. Poseł Jacek Żalek. On również prezentuje bogatą historię partyjną. Był w AWS, w 2002 roku uzyskał mandat radnego w Białymstoku z list LPR. W jego CV można również znaleźć informacje o działalności w SKL, stowarzyszeniu Koliber, Przymierzu Prawicy i UPR. Potem był radnym z list PiS by wkrótce odnaleźć się w Platformie Obywatelskiej. Był też, co ciekawe, członkiem Klubu Zachowawczo-Monarchistycznego.
Z drugiej strony mamy posła, ministra Bartosza Arłukowicza. Obecny minister zdrowia był radnym Szczecina z list SLD-UP, potem członkiem Socjaldemokracji RP. W 2007 roku uzyskał mandat z list LiD. Potem jego kariera toczy się błyskawicznie, określany mianem nowej gwiazdy lewicy, szybko jednak z bezwzględnego krytyka staje się zwolennikiem rządów Donalda Tuska obejmując w jego pierwszym rządzie stanowisko sekretarza stanu w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów i pełnomocnika premiera ds. przeciwdziałania wykluczeniu społecznemu.
Inne, ważne jeszcze do niedawna postacie lewicy, których udział w bieżącej polityce to zasługa premiera Tuska, to Dariusz Rosati i Marek Borowski. Pierwszy kandydował z jej list uzyskując mandat poselski i dziś jest szefem Komisji Finansów Publicznych. Drugi, z poparciem Platformy Obywatelskiej, uzyskał mandat senatora w Warszawie.
Postaci, których życie publiczne i polityczne jest równie bogate i tak znacząco różne jak wymienionych panów wyżej, można w Platformie Obywatelskiej znaleźć znacznie więcej. Wymienianie ich wszystkich nie ma większego sensu. Podani w przykładach parlamentarzyści tworzą wystarczającą mozaikę polityczną, programową i ideową. Tak różną, że doszukiwanie się wspólnego mianownika wydaje się więcej niż bezsensowne. Stąd odpowiedź na pytanie pana premiera może być tylko jedna. To co łączy tak różne postacie to właśnie władza i tylko władza. I nie ma w tym nic odkrywczego. I chyba też nie ma nic specjalnie wstydliwego. Główną czynnością jaką Platforma robi od kilku lat jest właśnie utrzymanie władzy. I, chapeau bas, robi to niezwykle skutecznie.
Winę za brak klarownych i jasnych odpowiedzi na pytanie co dalej z in vitro, związkami partnerskimi, testamentem życia, eutanazją, aborcją, religią w szkołach ponosi premier Tusk. Pomysł stworzenia ugrupowania ze skrzydłami od lewa do prawa i w rzeczywistości zatarcia ideowego przekazu PO to pomysł i realizacja samego premiera. W końcu to od jego decyzji zależało jak będą wyglądały listy Platformy. To on je układał i akceptował.
Jeśli więc premier chce zadawać jakieś pytanie, to nie o to czy cokolwiek łączy jeszcze parlamentarzystów klubu jaki sam sobie stworzył. I też nie powinien pytać działaczy PO. Powinien przede wszystkim pytać wyborców. Rozczarowanych i zdenerwowanych toczącą się od 5 lat dyskusją o in vitro, o związkach partnerskich, o religii w szkołach etc. Rodaków powinien Pan Premier zapytać czy mu wybaczą, że dzięki głosom w jego klubie może w Polsce obowiązywać całkowity zakaz wykonywania in vitro, że ustawy o związkach partnerskich nie ma, że zmian w relacjach państwo-kościół nie będzie. W końcu, że choć twarz rządu jest dziś miła i uśmiechnięta, to jego znaczące i głośne zaplecze tworzą w dużej mierze byli działacze Prawa i Sprawiedliwości. Z kolei premierowi warto zadać inne pytania: kto dziś nami rządzi? Jaka partia? Platformy z 2001 roku już nie ma. A jaka jest ta z 2012? Obawiam się, że chyba sam premier nie zna odpowiedzi…
16 lipca 2012
Tzw. złośliwości
Niektórzy tzw. politycy nie potrafią się powstrzymać przed grubiańskimi i mało wysublimowanymi żartami z odmienności seksualnej. Prymitywne wpisy Migalskiego czy ostatnio Wiplera to jednak wierzchołek góry lodowej problemu z akceptacją odmienności. W obu wymienionych przypadkach mamy jednak do czynienia z objawem de facto wylewającej się bezmyślności i braku akceptacji dla kobiety doświadczonej przez los.
Słowa mogą czynić czasami więcej szkody i przykrości niż czyny. Poseł Wipler na swojej tablicy na Facebooku uraczył fanów wpisem o następującej treści: "O 20 zapraszam do Polsat News - będę dyskutował z tzw. Anną Grodzką (...) Trzymajcie kciuki!". Jaki był cel posła Wiplera? Poniżenie kobiety, która urodziła się mężczyzną? A może jedynie danie wyrazu swej dezaprobaty, że w świecie posła Wiplera nie ma miejsca na odmienność? Jakie by nie były cele przedstawiciela PiSu w Sejmie, słowa pogardy dla transseksualnej posłanki w zamyśle autora mają przedstawiać go jako pełnoprawnego uczestnika dyskursu publicznego, przy jednoczesnym braku akceptacji dla posłanki Grodzkiej. Traktowanej jak dziwadło, coś znacznie gorszego, pozbawionego godności, bo wszak niedookreślonego.
Sęk w tym, że brak akceptacji posła Wiplera i jemu podobnych dla transseksualistów nie czyni jeszcze świata lepszego i zgodnego z ich wyobrażeniem. Nie zmienia to faktu, że poprzez instrumenty władzy, choćby częściowej, jak to, że są naszymi reprezentantami w parlamencie, mają prawo i możliwość kreowania przez system prawny świata jaki widzą własnymi oczami. I choć dziś jedynie głupimi wpisami dają obraz świata bez akceptacji dla transseksualizmu, to już w przypadku in vitro próbują wprowadzać w życie prawo pozbawione choćby znamion logiki w oparciu o kłamliwe przesłanki.
Słów Wiplera nie da się wytłumaczyć jedynie brakiem taktu, umiejętności publicznego dyskursu czy po prostu zwykłym chamstwem. To coś znacznie gorszego. To przejaw braku akceptacji dla drugiego człowieka. Pogarda i brak szacunku. A to oznacza brak możliwości dyskusji i próby szukania zrozumienia. W takim widzeniu świata, jakie prezentuje przedstawiciel Prawa i Sprawiedliwości, nie ma miejsca na odmienność. Nie ma miejsca dla posłanki Grodzkiej.
10 lipca 2012
Głupich nie sieją, sami ich wybieramy
Wydawać się może, że w dobie Internetu, powszechnej możliwości sięgnięcia do wszelakich źródeł informacji uzyskanie wiedzy o jakimkolwiek zagadnieniu jest stosunkowo proste. Niestety. Tak się tylko wydaje. Dla Jacka Żalka posła Platformy Obywatelskiej nawet tak proste instrumentarium jak Internet i wyszukiwarka Google to najwyraźniej zbyt skomplikowane oprogramowanie. Nie bacząc na otaczające go nowinki techniczne twierdzi, że tzw. mrozaki (zarodki uzyskane w procedurze in vitro i zamrożone do czasu kolejnego transferu) trafiają na śmietnik. Szkoda, że poseł Platformy nie sięga zbyt często do Internetu nie mówiąc już o fachowej literaturze. Mógłby wówczas zweryfikować swoje przemyślenia.
Poseł PO udzielił wywiadu blogerom z portalu iktomaracje.pl. Prócz kłamstwa o losie zamrożonych zarodków Jacek Żalek daje również popis swej ignorancji i braku wiedzy, gdy wypowiada się na temat naprotechnologii. Twierdzi bowiem, że jest ona skuteczniejsza niż in vitro. Całkowite pomylenie pojęć, które sugeruje, że Pan poseł najwyraźniej nie odrobił lekcji z podstawowej wiedzy o metodzie, którą zachwala. Co więcej, twierdzi również, że to do naprotechnologii należy przyszłość w leczeniu niepłodności.
Mimo, iż trudno uwierzyć, aby jakiekolwiek argumenty dotarły do pustki, którą prezentuje Pan Żalek warto mimo wszystko pokazać, że Naprotechnologia nijak się ma do procedury sztucznego zapłodnienia. Czym jest metoda leczenia niepłodności, którą tak promuje poseł Platformy? To de facto nic innego, jak badanie śluzu kobiecego, temperatury i samopoczucia. Naprotechnologia zakłada, że większość przypadków niepłodności idiopatycznej, to w rzeczywistości niezdiagnozowane przypadki całkowicie uleczalnej niepłodności. Sęk w tym, że o ile naprotechnologia może prawidłowo zdiagnozować przyczyny niepłodności, to już na większość przypadków, z którymi walczy skutecznie in vitro nie znajduje lekarstwa. Weźmy choćby męską niepłodność. Jeśli para nie może mieć dziecka w sposób naturalny ze względu na niskie parametry nasienia mężczyzny (np. pojedyncze, żywe plemniki w spermie), to Naprotechnologia pozostaje bezsilna. A in vitro nie – daje szanse na zapłodnienie i uzyskanie żywej ciąży.
Innymi rodzajami niepłodności, z którymi Naprotechnologia sobie nie poradzi są m.in.:
- mechaniczna niepłodność kobieca (brak macicy, jajników, jajowodów, pochwy), - nieodwracalne zmiany endometriotyczne, - ciężkie uszkodzenia jajowodów i defekty anatomiczne po stronie kobiety oraz mężczyzny.
„NaProTechnologia jest holistyczną metodą przywracania płodności małżeńskiej obejmującą zarówno obserwację cyklu, diagnostykę pary, jak i niektóre formy leczenia inwazyjnego oraz nieinwazyjnego. Jest bez wątpienia skuteczna i pomocna w leczeniu wielu rodzajów niepłodności kobiecej oraz tych przypadków niepłodności dwuczynnikowej, w których czynnik kobiecy odgrywa istotniejszą rolę.
Jednocześnie jest bezradna wobec ok. 60% pozostałych przypadków niepłodności.
In Vitro, zwane często zabiegiem „ostatniej szansy” jest zarówno nazwą metody leczenia, jak i nazwą samego zabiegu zapłodnienia pozaustrojowego. Proponuje je się parom, którym współczesna medycyna nie oferuje innej niż IVF możliwości poczęcia dziecka oraz parom, wobec których zastosowane leczenie okazało się nieskuteczne.
Istnieje jeszcze inny aspekt problemu, jakim jest przeciwstawianie NaProTechnologii zapłodnieniu in vitro i sugerowanie, iż NaProTechnologia może być tu traktowana w kategoriach alternatywy. Przedstawianie NaProTechnologii jako uniwersalnej metody leczenia niepłodności jest w istocie wprowadzaniem w błąd 60% par, którym NaProTechnologia nie będzie w stanie pomóc, za to pochłonie ich czas. Znając zaś wpływ wieku kobiety na wskaźniki płodności, można to ujmować w kategoriach „kradzieży” czasu rozrodczego kobiety.
W interesie par niepłodnych, a także w interesie społecznym, leży pogłębianie wiedzy w zakresie naprotechnologii przy jednoczesnym i niezależnym wspieraniu metody In vitro. Konfrontowanie tych dwóch metod i zwanie którejkolwiek z nich alternatywą wobec drugiej, jest działaniem wprowadzającym opinię publiczną w błąd.
Rzetelność informacyjna wymaga rozdzielenia In Vitro i NaProTechnologii jako metod, których obszary zainteresowania i skuteczność w leczeniu niepłodności w większości nie pokrywają się. Niedopuszczalne jest promowanie NaProTechnologii kosztem deprecjonowania metod rozrodu wspomaganego. Niedopuszczalne jest przyzwolenie, aby nauka służyła ideologii.” – cytat pochodzi ze strony www.proinvitro.pl.
Powyższe, to nie jedyne grzechy posła Żalka. Największym wydaje się być twierdzenie jakoby dzieciom z in vitro miała towarzyszyć wrodzona skłonność do chorób genetycznych. Według Żalka dzieci poczęte za pomocą sztucznego zapłodnienia „mogą cierpieć na poważne choroby genetyczne”. Warto, aby Pan poseł Żalek uświadomił sobie, że mogą cierpieć w nie większym stopniu niż dzieci rodzące się w sposób naturalny. Być może dlatego poseł Żalek nie przytacza żadnych danych, wyników badań a jedynie posuwa się do mówienia kolejnego kłamstwa.
Pozostaje mieć nadzieję, że w sporze o in vitro w Platformie Obywatelskiej zwyciężą ludzie z poglądami zbliżonymi do tych, jakie prezentuje Małgorzata Kidawa-Błońska. W innym przypadku po raz kolejny zwycięży głupota i kłamstwo.
Przeciwnicy in vitro posługują się kłamstwem i insynuacjami
W walce z in vitro misyjni dziennikarze spod znaku Frondy i wpolityce.pl tworzą swoistą religię kłamstwa i pomówień. Publikują niesprawdzone dane i informacje niepoparte żadnymi źródłami, tworzą mit zabójców z klinik leczenia niepłodności (lekarze i rodzice). Słowa Michała Karnowskiego w TOKfm, że w Polsce mamy do czynienia z wolną Amerykanką – czyli, że „można wziąć szufelkę i wyrzucić ludzkie zarodki na śmietnik”, to przejaw skrajnej już nie tylko głupoty, ale przede wszystkim ignorancji. Zatrważająca jest nawet nie tyle szkodliwość kłamstw, które z dużą łatwością wypowiadają Karnowski czy Terlikowski. To, co przeraża najbardziej, to że kłamią świadomie nie bacząc na prawdę.
Przeciwnicy in vitro podają liczby. To ma ich uwiarygodniać. Terlikowski pisze dla Rzeczypospolitej, że aby powstało jedno życie z procedury in vitro musi średnio zginąć dwadzieścia zarodków, dwadzieścia istnień ludzkich. Skąd on bierze te liczby? Z jakich klinik, z jakich badań? Tego nie wiadomo. Średnia z kosmosu, którą się posługuje tworzy kolejny obraz mający uwiarygadniać tezę o nieetycznym dawaniu życia za wszelką cenę. Po trupach – jak zgrabnie to ujął. W podobnym tonie wypowiada się lider opozycji, Jarosław Kaczyński. I o ile słowa Terlikowskiego można traktować jak sen wariata i nie zwracać uwagi, o tyle słowa Kaczyńskiego budzą strach. Poważny polityk przyrównujący in vitro do aborcji być może z początku śmieszy, jednak biorąc pod uwagę możliwość realnego wpływu na kształt prawa jego formacji w naszym kraju – przestaje bawić. Skądinąd przyrównanie sztucznego zapłodnienia do aborcji podczas konferencji w towarzystwie Piechy brzmi trochę przewrotnie. O ile można w ciemno zakładać, że doradca prezesa ds. zdrowia dobrze wie czym jest aborcja o tyle czym jest in vitro już niekoniecznie. Nie przeszkadza mu to jednak tworzyć i proponować rozwiązania prawne, które są zaprzeczeniem osiągnięć medycyny i stoją w sprzeczności z prawdą i zdrowym rozsądkiem. Prezes PiS mógłby głupot publicznie nie opowiadać, gdyby zdobył się choć na odrobinę wysiłku i przejrzał strony internetowe stowarzyszenia Nasz Bocian czy klinik leczenia niepłodności. Wówczas mógłby znaleźć między innymi taką o to odpowiedź na kłamstwa, które wypowiada:
„Czy metoda in vitro jest wysublimowaną aborcją?
Osoby dotknięte problemem niepłodności to ostatnia grupa społeczna, która poddałaby się zabiegowi aborcji.
Nie ma skutecznych metod oceny potencjału ludzkich gamet, dlatego udaje się poddać zapłodnieniu średnio tylko 60-70% komórek jajowych. Dodatkowo aż ok. 70% zarodków (generalnie, także w tzw. "naturze") jest obarczonych wadami genetycznymi, które uniemożliwiają ich dalszy rozwój.
Przy zapłodnieniu naturalnym szacuje się, że 50-70% poronień to poronienia subkliniczne, czyli takie, gdzie ciąża nie była jeszcze zdiagnozowana. Kobieta traci więc dziecko, nie mając nawet świadomości jego istnienia. Identyczna sytuacja zachodzi w przypadku procedury in vitro.
Statystyki w obu przypadkach są porównywalne, jednak w przypadku ciąży naturalnej nikt nie nazywa poronienia aborcją. Dla osób dotkniętych niepłodnością jest to dyskryminacja.”
Przedstawiciele PiS zaproponowali też okrągły stół w sprawie in vitro. To propozycja chyba tylko po to, aby złagodzić wydźwięk idiotycznej propozycji penalizacji sztucznego zapłodnienia, którą ostatnio przedstawili. Nikt z ludźmi kierującymi się nieprawdziwymi przesłankami, posługującymi się kłamstwami w debacie publicznej nie powinien siadać do stołu negocjacji. W sprawie in vitro nie może być konsensusu. Nie może, jeśli jedna strona proponuje całkowity jej zakaz wychodząc z przesłanek stricte religijnych. Jeśli o leczeniu ma decydować wiara i jedynie przekonanie o tym co jest słuszne a co nie, to z medycznego punktu widzenia tkwić będziemy w średniowieczu. I o ile nie mam nic przeciwko, aby dla ludzi PiS i wspierających ich dziennikarzy za jedyną formę leczenia uznać modlitwę i zioła (jeśli taki będzie ich wybór), o tyle mam poważne wątpliwości czy chcę, aby ich przekonania i wyznanie wiary decydowało o prawie do korzystania z najnowszych technik leczenia.
Przeforsowanie w Sejmie restrykcyjnych projektów zakazujących procedury sztucznego zapłodnienia, wcześniej stowarzyszenia Contra in vitro, obecnie PiSu wydaje się na szczęście mało prawdopodobne. To jednak nie przeszkadza w tworzeniu kolejnego, kłamliwego mitu przez Karnowskiego. Jako przykład dobrego ustawodawstwa podaje rozwiązanie niemieckie. Niestety także w tym przypadku posługuje się niepełną wiedzą. Nie mówi chociażby tego, że w Niemczech nakaz przeniesienia wszystkich zarodków oraz zakaz ich zamrażania przyczynił się do niskiej skuteczności procedury (bardzo niska u kobiet po 35. roku życia), częstych powikłań (liczba ciąż wielopłodowych – przede wszystkim bliźniaczych i trojaczych). Natomiast zarodków nadliczbowych nie ma. Tego typu prawo funkcjonowało także we Włoszech, jednak tam, na szczęście dla osób starających się o dziecko z in vitro, sąd konstytucyjny uchylił zakaz mrożenia zarodków.
Przeciwnicy in vitro często też posługują się w debacie o sztucznym zapłodnieniu argumentem o innych metodach leczenia niepłodności. Wskazują na tzw. naprotechnologię. A to nic innego jak wielkie oszustwo, za pomocą którego zwodzi się i oszukuje ludzi pragnących dziecka. Ta metoda „leczenia” nie jest alternatywą dla in vitro. A przynajmniej nie dla wszystkich. „Naprotechnologia to metoda diagnozowania i leczenia niepłodności polegająca na prowadzeniu dokładnych obserwacji kobiecego organizmu m.in. śluzu i tworzeniu na tej podstawie indywidualnych wytycznych dla każdej pary. Opiera się na tzw. modelach płodności Creightona. Jest niestety bezradna wobec ok. 60% przypadków niepłodności np. niedrożności lub braku jajowodów czy bardzo małej ilości lub braku plemników. W tych przypadkach jedyną skuteczną szansą na potomstwo jest in vitro.
Metoda ta jest głośno kwestionowana przez lekarzy w tym prof. Szamatowicza – twórcy in vitro w Polsce. Zdaniem profesora naprotechnologia nie wnosi niczego nowego i oryginalnego do diagnostyki i leczenia niepłodności i jest pomysłem Kościoła, na sprawienie wrażenia, że ma alternatywę dla osób walczących z niepłodnością. A ta alternatywa polega na nadaniu naukowo brzmiącej nazwy i poruszaniu się w powszechnie stosowanej wiedzy, tyle że z wykluczeniem działań nieaprobowanych przez Kościół.
Często „leczenie” tą metodą prowadzą nie lekarze, ale przeszkoleni instruktorzy, którzy w arsenale swych metod terapeutycznych mają również wsparcie duchowe i modlitwy.” (cytat za nasz-bocian.pl i novum.com.pl).
I już na sam koniec kolejny mit tworzony przez nawiedzonych, posługujących się kłamstwem dziennikarzy. Setki tysięcy zarodków niszczonych w czasie procedury zapłodnienia pozaustrojowego. To kolejne kłamstwo. Każdy zarodek dla niepłodnej pary jest ważny. Zwykle przyjmuje je wszystkie (podzielone na kolejne transfery). Te zarodki, które giną, zginęłyby tak samo w procesie naturalnym. Nie uśmierca się zarodków.
W przypadku, gdy para z jakichś powodów nie może przyjąć wszystkich zarodków, przekazuje je anonimowo innej parze do adopcji. W Polsce, zarodki nie są niszczone czy przekazywane do badań a już tym bardziej nie są wykorzystywane w przemyśle kosmetycznym jak sugerował to kiedyś obecny minister sprawiedliwości. Zarodki są bezcenne przede wszystkim dla ich rodziców. Są też nadzieją i szansą dla par, które nie mają możliwości poczęcia biologicznego potomstwa, które pragną zaadoptować zarodek.
Jeżeli istnieją kliniki (być może owi misyjny dziennikarzy mnie kiedyś oświecą i wskażą konkretnie, która czołowa polska klinika leczenia niepłodności niszczy „szufelką do kosza” zarodki), w których na życzenie rodziców można zarodki zniszczyć czy przekazać do badań, należy to koniecznie uregulować. Jednak tego wymaga przede wszystkim zdecydowane wyrzucenie szufelką do kosza „dorobku” pisowskich Talibów i przyjęcie dobrych regulacji prawnych umożliwiających procedurę sztucznego zapładniania i przede wszystkim mrożenie zarodków.
04 lipca 2012
Niemoralna "prawda" Lisickiego
Szybkie przyjęcie ustawy regulującej procedurę in vitro wydaje się obecnie znacznie bardziej konieczne niż kiedykolwiek. Wywołana prawie sześć lat temu przez Ewę Kopacz ówczesną Minister Zdrowia sprawa zapłodnienia pozaustrojowego budzi chore emocje u ludzi nie mających żadnego pojęcia czym jest in vitro a w końcu prowadzi do propagandy kłamstwa z jaką mamy do czynienia słuchając choćby Kaczyńskiego i publicystów bliskich pisowskiej retoryce. Aby zakończyć te pełne kłamstw i obłudy dyskusje powinno się sprawę in vitro szybko uregulować. Dla dobra dzieci narodzonych dzięki sztucznemu zapłodnieniu i dla dobra tych par, dla których in vitro jest ostatnią szansą na własne potomstwo.
Niestety w dyskusji o in vitro coraz częściej słychać głos ludzi, którzy mają niewielkie pojęcie czym ono jest. Dotyczy to również publicystów, którzy nie patrzą na tę metodę zapłodnienia tylko jednowymiarowo, przez zakłamany pryzmat opinii o mordowaniu wielu istnień ludzkich dla uzyskania jednej, zdrowej ciąży. Dyskusja prowadzona przez redaktor Wielowieyską na antenie TOKfm dotycząca ostatniej okładki Newsweeka, skłoniła uczestniczących w niej publicystów, do wynurzeń, które nijak się mają do rzeczywistości. Po raz kolejny można się było przekonać, że biorący w niej udział Waldemar Kuczyński mówi w sposób chaotyczny i do tego używa argumentów nijak mających się do tematu dyskusji. Kuczyński z niczym nie zmąconą pewnością ogłasza, że w sprawie in vitro musi być kompromis, jak w przypadku aborcji. Pomijając idiotyczną analogię jaką stosuje, sam podkreśla, że taki kompromis nikogo nie zadowoli. Warto więc zadać pytanie, to po co taki kompromis? Dla kogo ma być ta ustawa? Tylko po to, aby zaspokoić potrzebę skrócenia dyskusji czym jest zapłodnienie pozaustrojowe i jak wiele szczęścia daje parom starającym się o własne dziecko? Czy może po to, aby zaspokoić kościelnych hierarchów i bliskich im publicystów zmęczonych wmawianiem ludziom kłamstw o setkach, jeśli nie tysiącach ludzkich istnień jakie muszą zginąć, aby doszło do jednego, żywego urodzenia?
Waldemar Kuczyński wierzy w jedno. Zarodek to ludzkie życie. Według niego, ta prawda nie podlega dyskusji. A więc musi być kompromis. A to zapewne – być może nawet bezwiednie - kieruje go w stronę projektu Gowina – skandalicznego, bezsensownego i de facto ograniczającego efektywność in vitro niemal do zera. Gdyby Kuczyński zdobył się choć na odrobinę wysiłku, znalazłby wystarczająco dużo przykładów do czego podobne kompromisy doprowadziły we Włoszech czy w Niemczech. Zanim więc zabierze głos, powinien odrobić lekcję z podstawowej wiedzy w temacie na jaki zabiera głos albo lepiej milczeć, bo głupim gadaniem można tylko więcej krzywdy wyrządzić.
Podobnie należy odebrać głoś Pawła Lisickiego. Były redaktor naczelny Rzeczpospolitej uczestniczący w dyskusji prowadzonej przez redaktor Wielowieyską jak Kuczyński uważa, że zarodek to człowiek. Posuwa się jednak dalej. Wysnuwa bowiem wniosek (skądinąd logiczny), że skoro zarodek to ludzkie życie, to musi podlegać prawnej ochronie. Zabijanie zarodków jest więc rzeczą niemoralną. A przecież, zgodnie z tym co wie redaktor Lisicki, w czasie procedury zapłodnienia pozaustrojowego zabija się liczne zarodki. Niemoralne jest więc zachowanie lekarzy, którzy prowadzą kliniki leczenia niepłodności i niemoralne jest zachowanie niepłodnych par starających się o dziecko. Normy moralne, które określa kościół katolicki mają więc stanowić podwaliny prawa i rzutować na leczenie niepłodności w Polsce.
Wdawanie się w dyskusję czy kilkukomórkowy zarodek jest człowiekiem czy nie, nie ma większego sensu. Nie jest to również w tej chwili najważniejsze. Istotniejsze jest to, że oceniając jako niemoralne postawy osób starających się o dziecko metodą in vitro redaktor Lisicki dokonuje oceny na podstawie fałszywej tezy, jakoby uzyskanie żywej ciąży z in vitro wymagało zabicia wielu innych zarodków. To KŁAMSTWO. Nie jest prawdą, że w procedurze zapłodnienia pozaustrojowego ulegają zniszczeniu liczne zarodki. Pary starające się o dziecko rzadko uzyskują wiele, nadliczbowych zarodków. Z uzyskanych od kobiety komórek jajowych nie uzyskuje się tej samej liczby zarodków (pomijając już tak drobny, niedostrzegalny przez red. Lisickiego szczegół, jak ten, że różne kobiety, różnie się stymulują i nie każda procedura kończy się uzyskaniem choćby jednej komórki nie mówiąc już o zarodku). Po prostu nie dochodzi do zapłodnienia. Nie jest też prawdą, że nadliczbowe zarodki są masowo zabijane. W większości klinik zarodki się przechowuje, a jeśli para nie jest zainteresowana wykorzystaniem własnego materiału genetycznego, zarodek może być adoptowany przez inną parę – bezpłodną lub nie mogącą uzyskać własnego zarodka.
Niemoralne są słowa redaktora Lisickiego. Niemoralne i pozbawione sensu. Nie poparte wiedzą i faktami. Niemoralne jest mówienie nieprawdy. I być może nikt nie powinien sobie zawracać głowy niemoralnymi słowami redaktora Lisickiego. Niestety idą one w eter i niosą ładunek kłamstwa. I chyba nie ma nic gorszego jak to, że kłamstwo powtarzane po wielokroć w końcu staje się prawdą. A z niemoralną „prawdą” Lisickiego, Kaczyńskiego i PiSu w sprawie in vitro można jedynie walczyć. Polemizować się już nie da.
02 lipca 2012
Co ważniejsze: dobro obywateli czy trwałość partii?
Stosunkowo łatwo jest dziś wskazać linię oddzielającą formacje polityczne popierające usankcjonowanie związków partnerskich od tych, które życie społeczne ograniczają jedynie do pożycia w związkach uświęconych węzłem małżeńskim. Z jednym wyjątkiem. Partia, od której najwięcej dziś zależy, Platforma Obywatelska, mimo wielu wyborczych obietnic, także związanych ze związkami partnerskimi stoi w rozkroku i nie podejmuje decyzji. Jej posłowie uczestniczą w pracach komisji sejmowych związanych z tworzeniem regulacji dotyczących związków a inni skutecznie je blokują.
Nie można mieć chyba złudzeń, że także w tej kadencji parlamentu koalicja rządowa nie zdobędzie się na jakiekolwiek rewolucyjne rozwiązanie w sferze światopoglądowej. Chyba nie ma co liczyć na dobre ustawodawstwo związane z in vitro (choćby projekt posłanki Kidawy-Błońskiej) ani też ostateczne rozstrzygnięcie jak mają wyglądać relacje i wzajemne zobowiązania osób, które nie chcą zawierać małżeństwa.
Dziś, ten podstawowy problem związany z niemocą stanowienia prawa dotyczącego związków partnerskich nazywa się Platforma Obywatelska. To ta formacja ma wszelkie instrumenty i siłę, aby skutecznie forsować prawo dobre dla własnych obywateli. Sęk w tym, że siła wynikająca z liczby mandatów posłów i senatorów w przypadku spraw światopoglądowych jest de facto słabością Platformy. I być może właśnie ten aspekt decyduje, że Donald Tusk Przewodniczący PO nie podejmuje działań zmierzających do normalizacji także w tej dziedzinie życia społecznego. Cierpią na tym przede wszystkim Ci, dla których sprawy in vitro, związków partnerskich, neutralności światopoglądowej są ważniejsze niż trwałość środowiska partii rządzącej. A skoro tak, to trudno też się dziwić, że dla Donalda Tuska ważniejsze jest utrzymanie władzy niż danie ludziom możliwości godnego życia poza małżeństwem. Choć chyba powinno być inaczej: przede wszystkim dobro obywateli nawet ponad trwałość formacji, która dała mu stanowisko premiera.
05 maja 2012
Prawo do 2 kresek
Każdy człowiek ma prawo do szczęścia. Dla niepłodnych par tym szczęściem są dwie kreski na teście ciążowym i narodziny własnego dziecka. Dlatego głos środowisk walczących o swoje prawo do szczęścia, o prawo do dziecka, a także lekarzy dających ludziom nadzieję powinny mieć decydujący wpływ na kształt regulacji in vitro w naszym kraju. Dzieje się jednak inaczej. W dyskusji o metodzie wspomaganego rozrodu zaczynają przeważać głosy mężczyzn z wyboru bezdzietnych i polityków, których nigdy nie dotknął problem braku własnego dziecka.
Pierwszy zabieg in vitro wykonano w Polsce w 1987 roku w ówczesnej Akademii Medycznej w Białymstoku. Dokonał go zespół lekarzy pod kierunkiem niewątpliwego autorytetu w tej dziedzinie prof. Mariana Szamatowicza. Przypominam ten fakt nie bez przyczyny. W wyniku in vitro wykonano w Polsce kilkadziesiąt tysięcy zabiegów, z których urodziło się już ponad 12 tysięcy dzieci. Nie przypominam sobie, aby przez tych ponad 20 lat praktyki in vitro w Polsce, ktokolwiek podważał in vitro jako metodę leczenia i w wielu przypadkach jedyną i ostateczną szansę na posiadanie dziecka przez pary, które z przyczyn zdrowotnych mają problemy z poczęciem dziecka. Nie przypominam też sobie, aby poza samymi zainteresowanymi, ich bliskimi i grupą lekarzy ktokolwiek zajmował sobie głowę ich problemami. Nagle, przez zapowiedź minister Kopacz o możliwości refinansowania zabiegów in vitro większość polityków stała się ekspertami w zakresie wspomaganego rozrodu. Więcej, do polskiego parlamentu wpłynął obywatelski projekt zafrasowanych losem zarodków obywateli, którzy chcieli całkowitego zakazu stosowania tej metody i jednocześnie karania wszystkich tych, którzy chcieliby przystąpić do tej metody i pomagali w jej realizacji. Szczęśliwie parlament zachował dość rozsądku, aby odrzucić ten szkodliwy prawnie i społecznie projekt.
Warto w tym miejscu zadać sobie pytanie, czy de facto, skądinąd szlachetne intencje minister Kopacz, nie obrócą się summa summarum przeciwko parom, dla których jedyną szansą na macierzyństwo jest in vitro?! Niewykluczone, że tak się stanie. Projekt ustawy, powszechnie zwany projektem Gowina, który – w mojej ocenie - niestety ma szanse na przyjęcie, poprzez zawarte w nim ograniczenia dostępnych i stosowanych w świecie technik, znacząco zmniejsza szanse niepłodnych par na poczęcie dziecka, w stosunku nawet do obecnych regulacji. Zgadzam się, że ułomnych, kształtowanych jedynie przez wewnętrzne regulacje poszczególnych klinik, przysięgę Hipokratesa obowiązującą lekarzy, ale jednak stwarzających – póki co - większe szanse na skuteczność zastosowanej metody leczenia.
In vitro jest bowiem metodą leczenia. Dziś, niepłodność dotyka na świecie około 15 proc. społeczeństwa w wieku rozrodczym. Ze względu na częstość występowania Światowa Organizacja Zdrowia uznała ją za chorobę społeczną. W Polsce uważa się, że problem niepłodności dotyczy co piątej pary. To niemal dwukrotnie więcej niż w poprzednim pokoleniu. Wiele prognoz wskazuje, że już w następnym, co trzecia kobieta nie doczeka się potomstwa w sposób naturalny. A to z kolei oznacza poważne problemy demograficzne krajów wysoko rozwiniętych, w tym także Polski. Także z tego powodu, chyba niedocenianego i nie zauważanego, warto zapytać czy polscy politycy mają jakiekolwiek prawo, aby walczyć z prawem ludzi do leczenia i poświęcania wszystkiego co dla nich najważniejsze, aby tylko wypełnić poczucie pustki własnym dzieckiem?!
Naturalna potrzeba
Sądzę, że polscy parlamentarzyści, przed podjęciem ostatecznej decyzji dotyczącej regulacji technik wspomaganego rozrodu powinni sobie zadać pytanie, czy można niepłodnym parom zabronić walki o narodziny własnego dziecka, zwłaszcza, gdy współczesna medycyna daje im nadzieję na spełnienie marzeń? Uważam, i myślę, że z tym twierdzeniem zgodzą się wszyscy, pragnienie dziecka - i będę powtarzał to powielokroć - jest pragnieniem naturalnym, zgodnym z naturalnymi instynktami i po prostu pięknym. Całkowicie do mnie nie przemawia, jeśli ktoś wmawia mi, że dziecko jest darem od Boga i jeśli go nie ma, to należy się z tym pogodzić. Szanuję, decyzję tych wszystkich, którzy z takich powodów nie podejmują leczenia i nie chcą korzystać z in vitro. Jest to ich decyzja i choć jej nie rozumiem, przyjmuję z szacunkiem. Jednocześnie całkowicie nie zgadzam się, aby system wartości wyznawanych przez jakąkolwiek grupę społeczną, niezależnie jak dużą, miał wpływ na decyzje innych ludzi, czy chcą lub nie podjąć określone metody leczenia. System prawny powinien każdemu dawać możliwość leczenia i korzystania z najnowszych technik leczenia dostępnych medycynie, jednocześnie bez nakazu korzystania z niej.
In vitro to nie aborcja
Nawet nie potrafię sobie wyobrazić, co czuły pary korzystające z in vitro, gdy usłyszały, że „to wysublimowana forma aborcji”. Wiem za to, że w leczeniu każdej choroby, także niepłodności ogromną rolę odgrywa psychika. Takie słowa z pewnością zabolały tych wszystkich, którzy latami czynią starania, aby „być w ciąży”, i dla których wystarczającym obciążeniem psychicznym jest każdorazowy stres związany z brakiem pozytywnego efektu testu ciążowego po każdym zabiegu IVF. Wiem też, że osoby korzystające z metod wspomaganego rozrodu są ostatnimi, które poddałyby się zabiegowi aborcji.
Warto też zauważyć, że przy zapłodnieniu naturalnym szacuje się, iż blisko 50-70% to poronienia subkliniczne, czyli takie, gdy ciąża nie została zdiagnozowana. Kobieta traci dziecko nawet o tym nie wiedząc. Podobne sytuacje zachodzą przy metodzie in vitro. Statystyki w obu przypadkach są więc porównywalne. Czy jednak w przypadku poronień naturalnych mówimy o aborcji?!
Często podnoszony jest też argument, że aby powstało jedno życie z in vitro musi umrzeć wielu jego braci i sióstr. Nic bardziej mylnego i nieprawdziwego. To z czym z takim uporem walczy między innymi poseł Gowin, a więc możliwość tworzenia większej liczby zarodków w jednej procedurze in vitro, aniżeli tak jak w normalnym cyklu, jeden lub maksymalnie dwa zarodki, jest de facto krokiem wstecz w stosunku do osiągnięć współczesnej medycyny i szans na skuteczne zapłodnienie.
Po pierwsze, nieprawdziwe jest twierdzenie, że stymulacja kobiety powoduje powstanie niezliczonej liczby komórek jajowych, które po zapłodnieniu tworzą armię zarodków. Niezwykle rzadko dochodzi to hiperstymulacji, w wyniku której powstaje kilkadziesiąt komórek jajowych. To jednak nie oznacza, że wszystkie one zapłodnią się, czyli innymi słowy zaczną się dzielić. Rola biologa, który dokonuje zapłodnienia, a więc umieszczenia plemnika w komórce jajowej kończy się w momencie podania plemnika, a potem do działania przystępuje natura. Ta z kolei decyduje czy komórka zacznie się dzielić czy nie i czy powstanie zarodek, który można będzie zaimplantować kobiecie. W wielu przypadkach jest tak, że nawet po zapłodnieniu kilku komórek jajowych tylko jedna czy dwie zaczynają się dzielić. A tym samym mogą być podane kobiecie. Reszta, tak jak w naturze, w sposób naturalny, tyle że poza organizmem kobiety, po prostu się nie zapładnia i obumiera.
Po drugie, jeśli para ma szczęście i zapłodnią się więcej niż dwie komórki jajowe, to nadliczbowe mogą być zamrożone i służyć w przyszłości powtórzeniu procedury sztucznego zapłodnienia. Dla niepłodnej pary, każdy zarodek jest ważny i cenny. Te pary traktują zarodki jak własne dzieci a ostatnią rzeczą, jakiej by chciały, to próba ich niszczenia. Dziś w Polsce w klinikach zajmujących się metodami wspomaganego rozrodu, obowiązują regulacje umożliwiające parom nie mogącym przyjąć wszystkich zarodków, przekazanie ich anonimowo innym parom do adopcji. Twierdzę, że nie ma w Polsce kliniki, która zezwalałaby na życzenie rodziców niszczyć nadliczbowe zarodki. Jeśli zaś takie sytuacje miałyby miejsce, to należy to natychmiast uregulować tak, aby podobne sytuacje nie miały miejsca.
Jednocześnie nie może być to argument przeciwko tworzeniu większej liczby zarodków. A mam wrażenie, że projekt Gowina bez większej troski o dobro kobiet poddawanych stymulacji hormonalnej jak i samej skuteczności metody in vitro, próbuje w imię nieprawdziwych tez skutecznie ograniczyć możliwości uzyskania ciąży przez pary niepłodne. Ograniczanie skuteczności samej metody poprzez zakaz tworzenia większej liczby zarodków byłoby po prostu głupotą.
Podobne praktyki we Włoszech spowodowały ograniczenie skuteczności zabiegów in vitro, a także odpływ całych zespołów medycznych wykonujących te zabiegi, i jednocześnie turystykę in vitro wielu włoszek szukających skuteczniejszej metody na uzyskanie ciąży aniżeli we własnym kraju. Jeśli Jarosław Gowin wziął sobie za punkt honoru ograniczenie praw Polek i Polaków do skutecznego leczenia w Polsce i zmuszenie specjalistów do wyjazdu do pobliskich Czech, to trzeba przyznać, że może to być skuteczna metoda. W wyniku takich działań będzie mniej zabiegów, skuteczność również ulegnie zmniejszeniu. Skądinąd zwiększy się zapewne liczba korzystających z klinik przy granicy z Polską, ale ostatecznie i tak będą z in vitro korzystać ludzie naprawdę zamożni. Już dziś dla wielu par koszty związane z leczeniem są ogromnym wyzwaniem wymagającym wielu poświęceń i samoograniczenia. Ewentualne dodatkowe koszty związane z wyjazdami do zagranicznych klinik znacząco ograniczy liczbę par sięgających po zapłodnienie pozaustrojowe. Czy więc warto niszczyć ludzkie marzenia w imię nieprawdziwych przekonań? Śmiem wątpić.
Polacy mówią tak
Paradoksalnie, to co wielu komentatorów ocenia krytycznie w działaniach poprzedniego i obecnego rządu Donalda Tuska, a więc podejmowanie decyzji pod wpływem badań socjologicznych i sondaży, może być dla niepłodnych par przysłowiowym światełkiem w tunelu. Przeprowadzone w marcu 2009 roku przez CBOS badanie akceptacji zastosowania zapłodnienia in vitro pokazało, że aż 77% Polaków akceptuje metodę sztucznego zapłodnienia a 53% dopuszcza stosowanie tej metody przez pary nie związane węzłem małżeńskim. Co więcej, zdecydowana większość respondentów dopuszcza tworzenie nadliczbowych zarodków. Biorąc pod uwagę liczne i słyszalne głosy przeciw in vitro są to wyniki zaskakujące. Ale także budujące.
Osoby, które chcą skorzystać z in vitro de facto znalazły więc poparcie dla swoich praw w głosie społeczeństwa. Większość z nas, Polek i Polaków, chce, aby niepłodnym i bezpłodnym parom stworzyć szansę na pełną rodzinę. Co ciekawe, to fakt, że większość osób młodych, wykształconych, z dużych ośrodków miejskich opowiada się za metodami wspomaganego rozrodu. Nie powinno nas to zresztą dziwić. To głównie ci ludzie, sami bądź poprzez kontakt ze swoimi rówieśnikami, muszą się zmagać z problemem niepłodności.
Znamienne i niezwykle interesujące pozostaje również rozmijanie się głosu kościoła i samych wiernych. Otóż z tych samych badań wynika, że 55% katolików akceptuje stosowanie metody in vitro przez niepłodne pary. To już jednak bardziej problem kościoła jak uporać się z faktem, że świat wokół ulega szybkim zmianom cywilizacyjnym i zaczyna się po prostu laicyzować. Głos biskupów, donośny i wielokrotnie powtarzany w środkach masowego przekazu, zdaje się nie trafiać do wiernych. Przynajmniej w przypadku, gdy chodzi o współczucie i chęć pomocy ludziom przeżywającym cierpienia wynikające z braku potomstwa.
Płacić czy nie płacić
Żaden z projektów przygotowanych przez posłów Platformy (a na tych obecnie należy skupić uwagę) nie zawiera zapisów dotyczących refundacji zabiegów in vitro. Zważywszy, że dyskusję o in vitro wywołała wypowiedź minister Kopacz o możliwości refinansowania tych zabiegów, to brzmi to jak paradoks. W końcu to właśnie kwestia pokrywania kosztów leczenia spowodowała lawinę dyskusji o in vitro a potem także powstanie kilku projektów podejmujących próbę regulacji tej materii.
Pary podejmujące próbę leczenia metodami wspomaganego rozrodu wiedzą najlepiej, czym jest w Polsce darmowa służba zdrowia. In vitro traktowane w naszym kraju, jako fanaberia dla bogaczy w zależności od kliniki kosztuje minimum dziesięć tysięcy złotych. Jeśli doliczyć do tego liczne badania, częste dojazdy do odległych klinik, wizyty lekarskie to kwota zabiegu in vitro kosztuje wielokrotnie więcej. Pamiętać też należy, że nie zawsze udaje się za pierwszym razem. Średnio co trzeci zabieg jest udany. W jednym z wywiadów doktor Piotr Lewandowski z kliniki Novum powiedział, że jedna z jego pacjentek zanim zaszła w ciążę podchodziła do zabiegu ośmiokrotnie, choć on sam zaleca maksymalnie sześć procedur. Ostatnio w Wielkiej Brytanii kobiecie udało się urodzić zdrowe dziecko po trzynastu zabiegach. Co świadczy nie tylko o ogromnej determinacji, ale także potwornych kosztach, jakie musiała ponieść na leczenie. Nie wszystkich jednak stać na tak duże wydatki. Wystarczy przejrzeć wpisy na jakimkolwiek forum odnoszącym się do problemów niepłodności. Zdeterminowani przyszli rodzice zapożyczają się, wyprzedają majątek swój i bliskich. Choroba dotyka bowiem niezależnie od statusu społecznego czy majątkowego. Brak jakiejkolwiek formy refinansowania zabiegów powoduje, że ich liczba i tak jest ograniczona. Wielu osób po prostu nie stać na kilka prób. Dlatego tę dramatyczną sytuację można przyrównać trochę do lizania lizaka przez szybę. Z jednej strony świadomość, że istnieją dostępne i stosowane na świecie metody umożliwiające niepłodnym parom posiadanie dziecka, a z drugiej ograniczenie w postaci braku środków na realizację marzeń. To chyba największa tortura dla par bez dziecka.
W krajach europejskich różnie rozwiązano ten problem. Zwykle przyjmuje się zwrot kosztów trzech zabiegów lub częściowe refinansowanie w kwocie 50 lub 75%. W Izraelu z kolei opłaca się każdy zabieg, aż do uzyskania dwójki dzieci. Uważam, że stać nas, aby nasi obywatele, których dotknął problem niepłodności, a którzy jak wszyscy inni płacą podatki mieli zagwarantowane prawo do bezpłatnej opieki także w kwestii leczenia niepłodności. Być może nie każdy zabieg, ale minimum trzy procedury. Rynek Zdrowia podał za prof. Marianem Szamatowiczem, że NFZ wydawałby na koszty leczenia in vitro około 100 milionów złotych rocznie. To mniej więcej tyle, ile kosztowało polskie społeczeństwo roczne utrzymanie partii parlamentarnych. Sama Platforma pobierała ze Skarbu Państwa prawie 40 milionów złotych a PiS 35 milionów. Wnioski nasuwają się same.
In vitro leczy
Nie mogę zgodzić się z argumentacją, że in vitro to żadna metoda leczenia, bo osoba niepłodna nawet po udanym zabiegu nadal pozostaje niepłodna. Zgoda, jednak nie można nie zauważyć, że eliminuje skutek choroby. Rzeczywiście kobieta czy mężczyzna niepłodni nie staną się nagle płodni. Niezależnie czy procedura in vitro była udana czy nie. Jednak niepłodność nie jest jedyną chorobą, której leczenie polega na niwelowaniu skutków. Weźmy za przykład choćby osoby z wadami wzroku. Sam fakt, że noszą okulary nie sprawi, że odzyskają doskonały wzrok i równie dobrze będą się obracać w świecie bez szkieł na nosie. A co z osobami chorymi na cukrzycę, choroby serca, nerek etc. Przecież nigdy nie staną się w pełni zdrowi, choroba nie zniknie jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Czy tak jak niepłodni mają przyjąć, że tak było im pisane i ich leczenie to zbyt duże obciążenie dla budżetu państwa?! Niepłodność jest niestety wciąż tematem tabu. Tematem dla wielu osób wstydliwym i krępującym. I może dlatego trudno im głośno i wyraźnie mówić o swoich problemach i domagać się świadczeń, które należą im się jak każdemu innemu obywatelowi z innymi schorzeniami. Powinniśmy pamiętać, że niepłodność może dotknąć każdego z nas w wieku rozrodczym. Do polityków należy tylko stworzenie warunków wyboru dalszej metody leczenia. O wyborze zaś leczenia powinni decydować sami pacjenci a nie zasobność ich portfela.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
