Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tusk. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tusk. Pokaż wszystkie posty

26 listopada 2012

Tanie loty tylko dla premiera


Kilka lat temu, jeszcze przed objęciem funkcji premiera Donald Tusk ogłaszał ze swadą, że będzie budował tanie państwo. Jako wicemarszałek Senatu nawoływał do ograniczenia przywilejów klasy próżniaczej jak nazywał polityków. Był za tym, by ograniczać możliwość wykorzystania służbowych samochodów, zmniejszać liczbę radnych w Warszawie, zabierać służbowe komórki i karty płatnicze. Trzeba przyznać, że był przekonywujący niezależnie jak daleko posuwał się w populizmie. Nie było żadnych argumentów by mu nie wierzyć. Więcej, chciało się wierzyć, że Donald Tusk dokona znaczących cięć. Dokona także samoograniczenia.
Podobnie było, gdy mówił o nepotyzmie. Tu również Donald Tusk był równie wiarygodny. Pierwsze otrzeźwienie wyborcy partii Tuska dostali w pierwszej kadencji obecnego premiera. Zwłaszcza ci, którzy bliżej przyglądali się samorządowi warszawskiemu. Tu, partia premiera, bez żadnych ograniczeń zawłaszczała wszystkie możliwe stanowiska. Bez umiaru, z ustawionymi konkursami i bez oglądania się na kompetencje. Drugie, poważniejsze ostrzeżenie przyszło w sierpniu tego roku wraz z ujawnieniem taśm PSL. W ciągu kilku tygodni okazało się, że nie tylko chłopi korzystają z przywilejów władzy, ale znacznie bardziej łapczywi i w konsekwencji nie mniej pozbawieni skrupułów są działacze Platformy Obywatelskiej. Do tego doszły kłopoty z synem premiera i afera Amber Gold.
Teraz mamy kolejny przykład jak bardzo premier rozmija się ze swoimi deklaracjami. Według Newsweeka premier w czasie swojej kadencji urządził sobie za pieniądze podatników przedsiębiorstwo tanie loty. Nie inaczej można bowiem traktować jego weekendowe przeloty na linii Warszawa-Sopot-Warszawa, które według wyliczeń tygodnika kosztują polskiego podatnika 1,3 mln złotych rocznie. Suma w skali budżetu państwa może wydawać się niewielka. Ale czy akurat musi być wykorzystywana na fanaberię premiera polskiego rządu, który źle czuje się w Warszawie i musi „ładować akumulatory” w domu w Sopocie?
Najwyżsi urzędnicy państwowi powinni otrzymywać wysokie wynagrodzenie. Powinni również mieć zabezpieczony komfort pracy. Ale powinni też mieć umiar i nie traktować własnego kraju jak folwarku, z którego robią prywatne przedsiębiorstwo do realizacji własnych zachcianek. Zwłaszcza ci politycy, którzy jeszcze niedawno mieli usta pełne frazesów o tanim państwie. A tak ani taniego państwa, ani pożytku z gadania. Pozostał jedynie absmak, że tanie loty są tylko dla premiera.
Polecam TO

26 października 2012

Seksistowskie oświadczenie


Kongres Kobiet wydaje oświadczenie w obronie ministry Joanny Muchy. Uznaje, że ataki na ministrę mają podtekst seksistowski. Bardziej ośmieszyć panie z Konkresu Kobiet już się nie mogły. Właśnie tym oświadczeniem dają dowód wszystkim przeciwnikom równości płci, że nieważne są kompetencje, wiedza, umiejętności, doświadczenie tylko płeć. W imię źle rozumianej solidarności kobiecej dokonują gwałtu na zdrowym rozsądku.
Ministra Mucha nie ma dobrych notowań. Niestety nie jest to ani przypadek ani zła wola opinii publicznej. Kilkoma swoimi publicznymi wypowiedziami dała wyraźny sygnał, że pojęcie o sporcie ma znikome. I trudno się dziwić. Polityka kadrowa Donalda Tuska jest dość zadziwiająca. W poprzednim rządzie ministrem infrastruktury był choćby Cezary Grabarczyk, który w gabinecie cieni PO przed 2007 rokiem odpowiadał za sprawiedliwość. Teraz ministrem sprawiedliwości nie mógł być zbierający dobre noty Kwiatkowski tylko został nim filozof Gowin. Ministra Mucha dotychczas kojarzona ze sprawami zdrowia – ni stąd ni zowąd została ministrą od sportu. Przypomnieć wypada, że nawet wśród posłów sportowców z PO budziło to zdziwienie.
Trzeba też przyznać, że zarówno ministra Mucha jak i cały rząd Tuska obdarzony był sporym kredytem zaufania mediów. W końcu wyborcy dali jasny sygnał, kogo chcą po raz kolejny widzieć na fotelu premiera. Jednak prawem opozycji, ale też demokratycznej opinii publicznej jest możliwość wyrażania, czasem niepochlebnych, czasem może nawet na wyrost, opinii na temat ministrów, których sprawowana funkcja przerasta.
Joannę Muchę sprawy sportu najwyraźniej przerosły. Pomyłki związane z piłkarskimi rozgrywkami, fryzjer zatrudniony w ministerstwie, wpadka z wyjaśnieniem problemów hokeja, ze Stadionem Narodowym, słabe wyniki polskich sportowców na Olimpiadzie i na mistrzostwach Europy, mętne i ostatecznie nieprawdziwe, co łatwo wykazał TVN, tłumaczenia w sprawie przeniesienia piłkarzy rosyjskich z Bristolu w czasie ME czy też wypowiedź o tzw. dyrektywach prezydenta dotyczących nocnych lotów (w Polsce prezydent nie ma takich prerogatyw) – to wszystko tworzy klimat wokół ministerstwa sportu. Trudno oczywiście winić ministrę Muchę za słabe wyniki na Olimpiadzie czy naszych piłkarzy na ME. Jednak za głupie wypowiedzi, brak wiedzy – jak najbardziej. Niestety, najwyraźniej ministra Mucha uległa bądź urokowi premiera Tuska i nie potrafiła mu odmówić, lub też dała sobie wmówić, że w rządzie Platformy Obywatelskiej funkcję ministra może pełnić nawet koń, więc i dla Muchy znajdzie się miejsce.
Gabinet Cieni Kongresu Kobiet, na czele którego stoi skądinąd parlamentarzystka Platformy Obywatelskiej, co jak rozumiem w żaden sposób nie przeszkadza, gdy chodzi o obronę ministra z PO, popełnia zasadniczy błąd w ocenie zdolności i umiejętności ministry Muchy. Stosuje jednocześnie całkowicie nieuczciwe argumenty uznając, że wartością samą w sobie jest płeć a nie kompetencje. Przyjmując takie założenia, trudno podjąć jakąkolwiek rzetelną ocenę działań Joanny Muchy, bowiem żelaznym kontrargumentem dla jakiejkolwiek rzetelnej i uzasadnionej krytyki będzie argument o charakterze seksistowskim. A z taką argumentacją nie da się polemizować. To trochę jak z tym słynnym sformułowaniem prezesa Kaczyńskiego wypowiedzianym z mównicy sejmowej:”nie przekonają nas, że czarne jest czarne, a białe jest białe”. Z oświadczeniem Kongresu Kobiet jest podobnie. Krytycy ministry Muchy będą mówić o jej błędach i wpadkach, a Kobiet Kongres, że to seksizm. I pozostaje tylko pytanie, czy naprawdę paniom z Kongresu Kobiet chodzi o to, by ostatecznym kryterium oceny polityków była płeć?

22 października 2012

Coś drgnęło?


Nie mam złudzeń, że decyzja premiera w sprawie in vitro jest odpowiedzią na słabnące notowania rządu i partii rządzącej. Niezależnie jednak jakie były przesłanki, można tylko przyklasnąć dla działań jakie wreszcie podjął Donald Tusk dla sprawy in vitro.
Historia burzliwych dyskusji o zapłodnieniu „na szkle” ma historię tak długą jak rządy Platformy Obywatelskiej. Od ponad pięciu lat posłowie rządzącej koalicji a w szczególności Platformy Obywatelskiej opracowywali projekty, przyjmowali rozwiązania by w końcu przyjąć, że klub PO po wakacjach przyjmie jeden, a nie dwa projekty. Wakacje minęły a w sprawie in vitro nic nie drgnęło. Dopiero rosnące słupki sondażowe PiSu wymusiły na Donaldzie Tusku podjęcie króków, które zbliżają Polskę do europejskich standardów.
Warto pamiętać, że procedura in vitro praktycznie nie jest w ogóle opisana w naszym systemie prawnym. Teoretycznie mamy więc do czynienia z wolną amerykanką. To stanowi z kolei wodę na młyn dla wszystkich przeciwników tej procedury, którzy ustami takich komentatorów jak choćby Terlikowski czy Karnowski doszukują się tysięcy ofiar ludzkich dla poczęcia jednego zdrowego dziecka metodą sztucznego zapłodnienia. Absurdalność owych tez jest porażająca, tym niemniej po wielokroć powtarzana stanowi niebezpieczny, bo przede wszystkim kłamliwy obraz rzeczywistości związanej z leczeniem niepłodnych par. Wśród idiotycznych argumentów, które były używane pojawiały się i takie, gdzie obecny minister sprawiedliwości Jarosław Gowin mówił o wykorzystywaniu nadliczbowych zarodków w przemyśle kosmetycznym. Inne z pytań jakie zadają przeciwnicy IVF, to pytania odnoszące się do finansowania. Terlikowski pyta m.in. na łamach jednego z portali dlaczego katolicy mają finansować metodę niezgodną z ich światopoglądem. Bardziej głupiego stawiania tej sprawy nie można sobie wyobrazić. Jeśli bowiem zaczniemy myśleć tymi kategoriami, to wówczas łatwo zacząć stawiać pytanie dlaczego niekatolicy mają pokrywać koszty związane z Funduszem Kościelnym, dlaczego mają płacić na pensje dla katechetów, emerytury księży i zakonnic etc. Idąc tym tropem myślenia, dojść można do absurdu, w ramach którego najlepszym rozwiązaniem będzie podzielić kraj na katolików i wszystkich niekatolików z różnymi systemami ubezpieczeń, rozliczeń i obowiązków wobec państwa.
Decyzja w sprawie refinansowania procedury in vitro to ruch w dobrym kierunku. Dobrze, że skoro premier ma problem z przeforsowaniem tego pomysłu we własnym klubie i przepchnięciu ustawy w Sejmie, sięga po instrumenty, z pomocą których może w rzeczywistości pomóc tysiącom par walczących z niepłodnością. Jedyne czego można się obawiać, to czy zapał w poprawie losu par walczących o własne dziecko nie minie premierowi wraz z rosnącymi słupkami poparcia dla jego rządu i Platformy Obywatelskiej.

07 października 2012

No i stało się ...


To, co wydawało się niemożliwe jeszcze kilka tygodni temu staje się coraz bardziej realne. PiS odzyskuje w sondażach poparcie. Skazany na bycie wiecznym drugim, nagle, po ostatnim sondażu, wysuwa się na czoło i uzyskuje solidną przewagę. Dla działaczy Platformy, którym po niezłych sondażach zaraz po ujawnieniu afery Amber Gold, skandalach związanych z nepotyzmem wydawało się, że nic im nie zaszkodzi, ostatnie wyniki muszą być jak zimny prysznic. Oczywiście z jednego sondażu nikt jeszcze nie będzie robił tragedii, tym niemniej może to być zapowiedź problemów jakie mogą dotknąć partię rządzącą.
Mniejsza o sondaże. Są zawsze i jedynie tylko barometrem aktualnych sympatii partyjnych. To co jest kluczowe dla systemu demokratycznego, to oczywiście wynik wyborów. Z tego punktu widzenia partia Tuska ma jeszcze spokojne ponad dwa lata rządzenia. Chyba, że sondaże na tyle szybko zaczną spadać, iż pod naciskiem tylnich szeregów w ławach sejmowych Donald Tusk będzie zmuszony do przeprowadzenia wcześniejszych wyborów byle tylko uratować cokolwiek z rozpadającej się partii zagrożonej wręcz rozpadem, jak to miało miejsce w przypadku AWSu. Oczywiście analogia jest zbyt daleko idąca a też jeden sondaż, niezależnie jak dobry dla PiSu nie musi wieścić dramatycznych konsekwencji dla Platformy Obywatelskiej. Tym niemniej Donald Tusk musi się też liczyć z takim scenariuszem, który wcale nie należy jedynie do kategorii science fiction.
Problemem Tuska zdaje się być dziś nie tyle nadaktywność publiczna Jarosława Kaczyńskiego i PiSu, ale raczej czas, w którym wyborcy zaczęli żądać od premiera wyłożenia kart na stół i głośno krzyczą sprawdzam. Liczne obietnice o zielonej wyspie, pracy dla każdego, także tych co zdążyli w czasach prezesa wyemigrować, mniej różnego rodzaju służb inwigilujących obywateli, realizacja obietnic zmian światopoglądowych – wszystko to po ponad pięciu latach rządów Tuska i Platformy Obywatelskiej - z grubsza rzecz ujmując - okazało się zwykłą iluzją tworzoną na potrzeby publiki. Donald Tusk nie zrobił nic, aby zmienić Polskę, uczynić życzliwszą dla obywateli, a dodatkowo jego ludzie okazali się równie, jeśli nie bardziej, podatni na błyskotki władzy, jak każda inna ekipa w tym kraju rządząca przed Platformą. Do tego doszły jeszcze problemy z synem za co akurat samego Tuska trudno winić.
Trudno już dziś przewidywać, czy sondaż, w którym PiS zyskuje przewagę to stały trend. Być może drugie expose Donalda Tuska zaplanowane na 12 października odmieni rysującą się tendencję. Niemniej pomijając absurdalność samego pomysłu z drugim expose (bo nie wiadomo jak traktować pierwsze wygłoszone wszak niecały rok temu) to jest to chyba ostatni już dzwonek dla wprowadzenia w życie zmian zapowiadanych ze swadą przez Tuska przy każdym kolejnym wystąpieniu publicznym. Pytanie otwarte jakie pozostaje, to czy po raz kolejny wyborcy dadzą się omamić słowom Tuska bez uzyskania choćby namiastki potwierdzającej, że Platformie zależy jeszcze na czymś poza utrzymaniem władzy. Przewodniczącemu Platformy trudno będzie bowiem po raz kolejny użyć argumentów z jego politycznego słownika popartego słowami: zaufanie, razem, miłość. Dziś, zważywszy na ponad pięcioletnie doświadczenie rządów Tuska, słowa te utraciły magiczną moc. Po raz kolejny premierowi nie uda się dotrzeć do niezdecydowanych wyborców słodkimi słowami i straszeniem zagrożeniem płynącym ze strony PiSu. Pamięć ludzka jest ulotna, a i sam Tusk nie daje już tej świeżości, wiary, że może odmienić oblicze Polski i że poza tym, iż jest młodszy i gra w piłkę coś jeszcze różni go od Jarosława Kaczyńskiego.
Do tego mogą, choć nie muszą rzecz jasna, dojść problemy wewnętrzne. Im gorsze wyniki Platformy tym wewnętrzne różnice będą się wyostrzać i wyraźnie dzielić, do dziś mimo wszystko skonsolidowaną wewnętrznie partię, która sprawnie, co trzeba oddać, radziła sobie z programowymi różnicami. Nie jest przecież tajemnicą, że choćby w sprawach światopoglądowych takie postacie jak Małgorzata Kidawa-Błońska czy Bartosz Arłukowicz z jednej strony a z drugiej Jarosław Gowin czy Jacek Żalek to dwa zupełnie odmienne polityczne światy. Do tego dochodzą jeszcze podziały wzajemnych sympatii, z których przy słabszym premierze zechce skorzystać odstawiony na boczny tor Grzegorz Schetyna, czujący, że właśnie teraz może nadejść jego czas. Zważywszy na publiczne poniżanie i rany jakich zaznał od Tuska ten polityk, to trudno oczekiwać, że będzie wsparciem dla słabnącego premiera. Już dziś notowania rządu są na wyjątkowo niskim poziomie co tylko dowodzi, że eksperyment z ministrami, którzy autorytet czerpią jedynie z nominacji Tuska nie zdaje egzaminu.
Premier Tusk musi sobie zdawać sprawę z powagi sytuacji. Jeśli za planowanym drugim expose nie pójdą konkretne działania, to przy nadchodzącej drugiej fali kryzysu, rosnącym społecznym niezadowoleniu, błędach w komunikacji z obywatelami, los jego rządu a przede wszystkim formacji może być przesądzony. Wówczas Donald Tusk, który miał szansę wpisać się do historii Polski złotymi zgłoskami będzie pamiętany jako ten, który nie tylko przegrał szansę na rozwój, ale jeszcze przyczynił się do powrotu PiSu do władzy. I choć, jak zauważą sceptycy, jeden sondaż nic jeszcze nie znaczy, to chyba też przyznają, że mając takie instrumentarium i możliwości jak Donald Tusk, podobny sondaż w rękach naprawdę dobrego premiera nie miałby szansy realizacji. 

02 października 2012

Bez znaczenia, ale wcale nie śmieszne


Nominacja prof. Piotra Glińskiego to w zasadzie polityczny ruch bez większego znaczenia dla obecnego układu politycznego. Tylko wyjątkowo naiwni mogą wierzyć, że nominacja PiS może osiągnąć sukces. Nie może i nie osiągnie. Przewaga koalicji rządzącej jest zdecydowana, skonsolidowana i nic nie wskazuje, by Platforma i PSL miały z władzy zrezygnować. Nie jest to jednak kandydatura śmieszna, a w każdym razie nie mniej niż kandydatura Donalda Tuska obejmującego funkcję premiera w 2007 roku.
Tradycje wskazywania premierów, gabinetów cieni mamy w Polsce dobrze zakorzenioną. Z ostatnich tego typu ruchów można wspomnieć choćby premiera z Krakowa i rząd cieni Platformy, który prześmiewczo ówczesny premier Kazimierz Marcinkiewicz nazywał gabinetem cieniasów. Dwa lata później, a pewnie ciut wcześniej już nie był skłonny do szyderczych uśmiechów, bo Platforma wybory wygrała a premier Marcinkiewicz przegrał nie tylko premierostwo z Jarosławem Kaczyńskim, ale też  rozdrobnił swój autorytet prezentując się w plotkarskich czasopismach u boku znacznie młodszej partnerki i wcześniej przegrywając wybory w Warszawie.
Jeśli porównujemy dorobek naukowy choćby profesora Glińskiego i obecnego premiera, to chyba nie można mieć złudzeń, po czyjej stronie jest przewaga. Oczywiście niezbędne w polityce jest doświadczenie. I to przemawia za Donaldem Tuskiem. Jednak jeśli zważyć na to, że Tusk nie pełnił w zasadzie żadnej poważnej, wykonawczej  funkcji w państwie przed objeciem funkcji premiera (zarówno w administracji rządowej jak i samorządowej), to przewaga przewodniczącego PO, także w tej materii nie wydaje się tak oczywista.
Trudno przesądzać jednoznacznie co kierowało Jarosławem Kaczyńskim przy wyborze prof. Glińskiego. Nie zmienia to jednak faktu, że personalnie był to ruch całkiem udany. Po pierwsze, Kaczyńskiemu znów udało się przykuć uwagę mediów i stworzyć wrażenie budowania realnej alternatywy wobec rządu, a po drugie, pokazał całkowicie inne oblicze PiSu. Twarz prof. Glińskiego to jednak zupełnie inne oblicze, aniżeli to, do jakiego przyzwyczaiło nas Prawo i Sprawiedliwość w ostatnich latach. Na ile prawdziwe, to już inna sprawa. W każdym razie produkt pod nazwą Gliński jest propozycją znacznie szerszą, aniżeli premier Kaczyński po raz drugi. I przede wszystkim bardziej „zjadliwą”.
To co może zniszczyć plan Kaczyńskiego, to przede wszystkim próba wyśmiania tej kandydatury. Zważywszy na silną pozycję parlamentarnego układu koalicji rządzącej a także przychylność mediów, utrzymanie powagi zgłoszonej kandydatury będzie niezwykle trudne. Co by nie mówić, Jarosławowi Kaczyńskiemu będzie też trudno, nawet przez pryzmat postaci Glińskiego udowodnić widzom prezentowanego spektaklu, że oprócz głównego aktora zmienia się też całe tło statystów. Tym bardziej, że chyba mało kto jest w stanie uwierzyć, że to kandydat niezależny, którym niczym kukiełką na sznurkach nie steruje sam prezes.
Niezależnie od ostatecznego efektu zgłoszonej kandydatury, trzeba przyznać, że Jarosław Kaczyński znów jest motorem kolejnej debaty politycznej. I znów to prezes PiS próbuje wyznaczać reguły narracji. Szkoda tylko, że to w sumie po raz kolejny debata o niczym. Zupełnie bez znaczenia, jak kandydatura Cymańskiego zgłoszona przez Solidarną Polskę. Ale wcale nie jest powiedziane, że śmiejący się dziś, nie zdziwią się za ponad dwa lata, tak jak zdziwił się Jarosław Kaczyński w 2007 roku.

28 września 2012

Żyjemy w dzikim kraju


Po tragedii WTC z 11 września 2001 roku zbieranie szczątek ofiar, badanie ciał i późniejszy godny pochówek trwały kilka lat. Ofiary tragicznego wypadku z 10 kwietnia 2010 roku pochowano w ciągu dwóch tygodni. Już samo to wyraża stosunek władz państwa do potrzeby rzetelnego wyjaśnienia sprawy. Nie trzeba być specjalnie przewidującym, że łatwiej o pomyłkę, gdy czas na szczegółowe badania ludzkich zwłok ogranicza się do minimum. A pewność pomyłki można mieć, jeśli państwo samo pozbywa się tych możliwości, oddając wszystkie atrybuty w tej sprawie lekarzom i prokuratorom innego państwa.
Niezależnie jak duża będzie skala „błędów” związanych z pochówkiem ofiar tragicznego wypadku lotniczego pod Smoleńskiem, to już choćby jedna, już znana, związana z Anną Walentynowicz, powinna skutkować wnioskami personalnymi. Słowa premiera Tuska, który w debacie sejmowej wziął na siebie całą odpowiedzialność za działanie odpowiednich służb, nie mają de facto większego znaczenia. Dla rodzin jest to żadna satysfakcja, zaś w skali państwa błąd ten obnaża wyjątkowe niechlujstwo i brak odpowiedzialności ludzi, którzy reprezentują organy władzy. Jeśli więc premier dziś czuje się odpowiedzialny za dodatkowy ból jaki przysporzył rodzinom tragicznie zmarłych, to słowo przepraszam jest niewystarczające.
Wobec realnych zagrożeń, które organy państwa powinny  przewidywać, obywatele mogą oczekiwać odpowiednich procedur i właściwego działania służb, które nie popełniają błędów choćby przez głupie zaniechania. Donald Tusk mówiąc przepraszam rozmywa odpowiedzialność i próbuje ukierunkować dyskusję na tory personalnego ataku na premiera państwa zamiast na właściwą ocenę i zachowanie ludzi, którym jako podatnicy płacimy i od których możemy wymagać właściwego wykonywania nałożonych na nich obowiązków.
Pomylenie zwłok Anny Walentynowicz i Teresy Walewskiej-Przyjałkowskiej to skandal. To nie jest tylko i wyłącznie błąd, który można tłumaczyć, że pomyłki się zdarzają. Nie tym razem i nie w tej sprawie. Biorąc pod uwagę techniki i możliwości jakie daje współczesna nauka, pomylenie zwłok brzmi jak jakiś ponury dowcip, z którego nikt się nie śmieje. Nie tylko dlatego, że nie wypada, ale przede wszystkim dlatego, że obnaża słabość polskiego państwa i  kompletny brak odpowiedzialność przypadkowych ludzi na szczytach władzy. Jeśli Tusk tak ochoczo bierze na siebie odpowiedzialność za pomyłki przy pochówku, to tym samym przyznaje, że jest człowiekiem na stanowisku premiera przypadkowym, nieodpowiedzialnym i pozbawionym wyobraźni. I chciałoby się tylko rzec, że takie rzeczy to tylko w dzikim kraju się zdarzają, gdzieś daleko poza nami. A niestety trzeba przyznać, że standard dzikości właśnie osiągnęliśmy.

11 września 2012

Nieistotny news


Informacja o wejściu Joanny Kluzik-Rostkowskiej do rządu w zasadzie może elektryzować jedynie entuzjastów politologii śledzących z uwagą życie publiczne w Polsce. Zapowiedziany udział byłego aniołka prezesa Kaczyńskiego w pracach rządu Tuska jest bowiem wydarzeniem kompletnie bez żadnego znaczenia.
Po raz kolejny jednak, odpowiedzialni za wizerunek premiera, w kontekście rozpalającej emocje afery Amber Gold, expose Kaczyńskiego i oczekiwanego przedstawienia lada moment kandydata PiS na premiera, sięgają po temat zastępczy, aby przejąć inicjatywę w publicznym dyskursie. Skierowanie dyskusji na zastanawianie się czy Kluzik-Rostkowska będzie dobrym wiceministrem finansów, to de facto odsuwanie dyskursu od spraw, które w kontekście kolejnej fali kryzysu, wciąż badanego i nie do końca jasnego i zrozumiałego udziału syna premiera w aferze Amber Gold oraz porażającego nepotyzmu koalicji PO-PSL mogą szybko zmieść premiera z zajmowanego od kilku lat wygodnego fotela.
Trzeba przyznać, że biorąc pod uwagę dotychczasowe doświadczenie jak i wykształcenie Joanny Kluzik-Rostkowskiej, trudno przejść obojętnie nad zgłoszoną propozycją. Niewątpliwie Kluzik-Rostkowska należy do odważnych polityków (choćby wypowiedzi dotyczące in vitro w czasach wspólnych rządów PiS i LPR). Niewątpliwie decyzja o stworzeniu własnej partii również wymagała publicznej i przede wszystkim politycznej odwagi. Późniejsze decyzje pokazują jednak, że była dziennikarka i pracowniczka kliku ministerstw jakby zatraciła gen odpowiedzialności za politycznych przyjaciół, tym niemniej z politycznego punktu widzenia straciła niewiele. Pozostała w Sejmie i dobrze zasłużyła się w uzyskaniu przez partię Tuska kolejnego, wyborczego sukcesu.
Nie bardzo wiadomo jaką rolę może pełnić Joanna Kluzik-Rostkowska w ministerstwie finansów. Wiara w to, że może być ciepłą twarzą rządu łagodzącą skutki kryzysu i tłumaczącą konieczność zaciskania pasa a tym samym nakładania kolejnych danin na podatników jest raczej mało wiarygodna. Ani Joanna Kluzik-Rostkowska nie jest drugim Jackiem Kuroniem, ani też mało kto wierzy jeszcze sympatycznym twarzom, gdy z jednej strony zapowiadane od lat reformy finansów nie są odczuwalne przez zwykłego obywatela, a z drugiej rząd i partia, które miały obniżać podatki robią coś zupełnie odwrotnego. Do tego jeszcze tracą na wiarygodności dosłownie traktując własne hasło wyborcze i wprowadzając w życie słowa o lepszym życiu jedynie dla siebie i swoich bliskich.
Joanna Kluzik-Rostkowska jest więc niczym innym jak jedynie rzuconą na pożarcie kaczką, która ani nie zmieni obrazu rządu ani też nie odmieni jego oblicza. Ot, jeszcze jedna, mało ważna informacja i mało istotna roszada w rządzie Tuska. Choć chwilę jeszcze pewnie pożyje…

30 sierpnia 2012

Spocony premier

Zapowiedzi o nowym otwarciu to nic innego jak tylko próba zamknięcia sprawy Amber Gold i problemu nepotyzmu wśród koalicjantów jaki ujawniają w ostatnich miesiącach media. Premier Tusk może dokonać kliku zmian personalnych w ławach rządowych, zmienić kilku prezesów spółek Skarbu Państwa, zapowiedzieć zaciskanie pasa i obiecać reformy. Po raz kolejny usłyszymy to samo, co Donald Tusk zapowiada od ponad pięciu lat. Słowem nic nowego.

Plan Tuska jest więc tyleż prosty, co jak pokazuje historia skuteczny. Gdy jakaś trudna sprawa zaczyna parzyć premiera i otaczające go środowisko polityczne, wówczas pojawia się temat zastępczy. W przypadku największych rządowych wpadek premier sięgał do narzędzia rządowej miotły. Tak postąpił, gdy na jaw wyszły sprawy związane z tzw. aferą hazardową. W zasadzie poza Sawicką i Chlebowskim główni bohaterowie tamtych wydarzeń mają się dobrze. Sprawę jednak, wobec szybkiej reakcji premiera skutecznie udało się zatuszować, rozmyć a ekipa rządowa wyszła z niej praktycznie bez szwanku. Podobny mechanizm premier będzie realizował w przypadku zdarzeń związanych z Amber Gold i zjawiskiem nepotyzmu w szeregach PO. O ile w przypadku tego drugiego problemu sprawa wydaje się prostsza, o tyle co powie Marcin P. może być dla premiera i samej Platformy znacznie trudniejsze do zakopania pod dywanem zmian rządowo-parlamentarnych.

O nepotyzmie, który jest nowotworem polskiej demokracji media będą zapewne pisać jeszcze nie raz. Premier ma jednak w tym przypadku solidny argument, który usprawiedliwia jego brak reakcji. Podobnie postępują wszystkie partie – nawet te, które dziś skutecznie atakują PO za brak nadzoru nad własnymi działaczami. Choć raczej należałoby mówić o skutecznej polityce personalnej obliczonej na zawłaszczenie każdej, nawet najmniejszej przestrzeni życia publicznego „dla swoich”. Jeśli więc PiS czy SLD czy jakakolwiek inna partia pokazuje skandaliczne działania PO, to premier może zawsze użyć argumentu, że partie te równie skutecznie w czasie własnych rządów zawłaszczały publiczny majątek.

W końcu również wypowiedzi Marcina P., oszusta i złodzieja, staną się z czasem mniej wiarygodne niż zapewnienia premiera o uczciwości intencji w działaniu wszystkich organów państwa przy próbie wyjaśnienia sprawy Amber Gold. Na to wszystko, z końcem wakacji, premier wrzuci klika kontrowersyjnych reform, wróci sprawa in vitro i związków partnerskich, Jarosław Kaczyński i kilku jego wyznawców ujawni swe mądrości na łamach Gazety Polskiej i sprawy dziś trudne dla rządu Tuska w zasadzie pozostaną zamknięte.

Na korzyść premiera przemawia czas i rozmydlanie problemów. Podrzucanie mediom nowych politycznych celebrytów w rodzaju ministry Muchy, skupianie uwagi „widzów” na tematach, w których premier nie występuje w roli ofiary, ale recenzenta.


Pozostaje jedynie pytanie, czy premier jest nadal wiarygodny. Większość jego zapowiedzi programowych okazała się całkowicie bez pokrycia. Ile razy można bowiem obiecywać rozwiązanie spraw związanych ze sztucznym zapłodnieniem, związków partnerskich, reformy emerytalnej górników, obniżenia podatków, wolności obywatelskich, nowych autostrad, szybkich i schludnych kolei, kompetentnych urzędników czy zmian w systemie oświaty. W końcu nawet wyborcy PO zaczną porównywać słowa Tuska z rzeczywistością. I to może być główne zmartwienie premiera. W końcu tych, którzy zaczną sprawdzać, może być na tyle dużo, że zachowanie obecnej pozycji hegemona na scenie politycznej, okaże się niemożliwe nawet dla Platformy Obywatelskiej. Wydaje się, że wyborcy PO są w stanie znieść wiele, ale chyba nie to, że premier przez dwie kadencje „nabijał ich w butelkę”. Biorąc więc pod uwagę dokonania rządów Tuska i efekty jego działań, premier ma prawo być spocony. 

16 sierpnia 2012

Żenujące bzdury


Wśród wielu informacji dotyczących Amber Gold nie mogło również zabraknąć komentarzy postaci trochę śmiesznych i trochę tragicznych. Oto bowiem Piotr Gadzinowski słynny ze swej sejmowej tyrady, w której z uporem maniaka powtarzał nazwę Hongkong i Jacek Kurski niezłomny badacz życiorysów przeciwników politycznych oznajmili wszem i wobec z jakim to piętnem powstaje film o Lechu Wałęsie. Jeden proponuje na swym blogu, aby klienci Amber Gold skorzystali z darmowych biletów na film o historycznym przywódcy drugi zaś twierdzi, że "byłoby czymś niezwykle niestosownym, niemoralnym, symbolicznie hańbiącym dla samego bohatera tego filmu, gdyby ten filmowy pomnik Lecha Wałęsy zbudowany był na krzywdzie tysięcy Polaków oszukanych przez firmę Amber Gold, która jest sponsorem i donatorem filmu". Obaj sprawiają wrażenie jakby stracili kontakt z rzeczywistością.

Żaden z nich nie przytacza kwot jakie popłynęły z kasy Amber Gold na sfinansowanie najnowszego filmu Wajdy. Wiemy jedynie, że budżet całego filmu to 15 milionów złotych. Ile z tego to środki spółki pana Plichty – opinia publiczna jeszcze nie poznała tych informacji.

Niezależnie jednak jakie będą to kwoty, trudno oczekiwać, że Andrzej Wajda bądź Lech Wałęsa wyłożą z własnych kieszeni środki dla wierzycieli spółki, analogiczne do tych, które popłynęły z kasy Amber Gold na realizację filmu. I nie powinni. Nie powinni również się tłumaczyć.

Po pierwsze, ani Andrzej Wajda ani Lech Wałęsa nie są winni sytuacji, która dotknęła osoby, które uwierzyły w szybki zysk jaki oferowała spółka Plichty.

Po drugie, nie reprezentują instytucji, które powinny sprawować nadzór nad podmiotami takimi jak Amber Gold.

Po trzecie, stosowanie tak prostej analogii jak ta, którą prezentują Kurski i Gadzinowski, czyli to nie pieniądze Amber Gold, ale biednych, oszukanych ludzi,  prowadzi do absurdalnych wniosków. Idąc tym tokiem myślenia, za chwilę obaj panowie dojdą do wniosku, że każda instytucja, która w ten czy inny sposób będzie współfinansować jakąkolwiek inwestycję, wydarzenie, spektakl, film etc., a która zbankrutuje, nie dysponowała swoimi pieniędzmi tylko obywateli. I w tym sensie będą mieli rację. Choćby banki operują naszymi pieniędzmi, ale też nikt nie zmusza obywatela do powierzania ich konkretnej instytucji. Dobra wola i przekonanie o właściwym gospodarowaniu powierzonymi środkami a także ważenie ryzyka inwestycji pozwala obywatelowi powierzyć ciężko zarobione pieniądze konkretnemu podmiotowi. Wówczas nasze środki oddajemy w dobrej wierze i oczekujemy, że będą bezpieczne i przyniosą zysk. Ryzyko istnieje zawsze. Klienci Amber Gold powierzając tej instytucji własne pieniądze podjęli ryzyko. A że właściciel okazał się oszustem – ich strata. Zła inwestycja, która niezależnie od dramatów jakie jej towarzyszą, jest wliczona w ryzyko. Szukanie winnych zaistniałej sytuacji w osobach Wajdy i Wałęsy (osób trzecich dla podmiotów umawiających się na zysk, czyli Amber Gold i jego klientów) a nie we właścicielach Amber Gold to prymitywny, pozbawiony znamion kultury politycznej manewr, obliczony na tani poklask.

Wydawać się mogło, że zarówno od Kurskiego jak i Gadzinowskiego można oczekiwać znacznie więcej. Okazuje się jednak, że nie. Metoda na bicie piany jaką stosowali przez lata swej parlamentarnej działalności pozostała niezmienna. Zamiast proponować systemowe rozwiązania dla uniknięcia podobnych sytuacji w przyszłości, prezentują model politycznej demagogii. A szkoda. W obliczu nieporadności Tuska i ekipy rządowej propozycje opozycji mogłyby być interesującą odmianą od fali informacji o nepotyzmie, kolesiostwie i skandalach towarzyszących zawłaszczaniu państwa przez aktualnie rządzącą koalicję. Biorąc jednak pod uwagę, że to przecież Jacek Kurski na jednym ze zjazdów regionalnych PiS wiele lat temu obwieszczał, że odbije spółki państwowe dla jedynych prawych i sprawiedliwych, to czy można się było spodziewać czegoś innego jak tylko ataków na Wajdę i Wałęsę? W tym obu panom zdaje się zapewne, że są odkrywczy i oryginalni. A w rzeczywistości są śmieszni i dramatycznie żenujący.

31 lipca 2012

Rzeczpospolita Partyjna


Od dnia ujawnienia „taśm Serafina” nie ma chyba dnia, aby media nie pokazywały kolejnych przykładów zawłaszczania państwa przez koalicję Platformy i PSL. Mimo że z początku taśmy uderzały w PLS, to z każdym dniem, niczym rykoszetem, kolejne ciosy otrzymuje Platforma Obywatelska. Skala kumoterstwa, nepotyzmu, kolesiostwa tego ugrupowania jest tak duża, że nie jest to już zjawisko, które można oceniać jedynie w kategoriach wypadku przy pracy w jednym czy dwóch województwach, gminie, czy urzędzie miasta. To konsekwentnie realizowany model państwa. Z – nie ma co ukrywać – przyzwoleniem premiera.
Nie ma co ukrywać, ale przyszło nam niestety żyć w kraju, w którym o zatrudnieniu nie tylko na kierowniczym stanowisku w instytucjach i podmiotach podlegających jakiejkolwiek władzy publicznej decyduje przede wszystkim kolor partyjnej legitymacji. Mamy więc do czynienia z realnym tworem o charakterze dominacji partii politycznych w życiu publiczno-gospodarczym, dla których motorem działania jest zajęcie jak największej strefy wpływów. I oczywiście problemem, a przynajmniej nie zasadniczym, nie jest nawet łapczywość i upór pojedynczych klik politycznych w skutecznym obsadzaniu wszystkich stanowisk począwszy od sprzątaczki a skończywszy na funkcji prezesa w jakimkolwiek podmiocie. Znacznie większym i poważniejszym problemem, bo stanowiącym o modelu państwa, jest akceptacja dla tego typu praktyk przez premiera.
Trudno mi bowiem uwierzyć, a słychać już takie komentarze, że jeśli premier nie wiedział o istniejącym zjawisku, to zapewne trudno mu było walczyć ze skalą ujawnionego zjawiska, głównie odnoszącego się do jego politycznego zaplecza. Przyznać trzeba, że to dość zabawna próba ratowania nadszarpniętego wizerunku premiera, który dotychczas zdawał się dla wielu komentatorów być ponad wszelką wątpliwość pozbawiony myślenia o państwie jak o folwarku, w którym wpierw trzeba zabezpieczyć żywotne potrzeby własnej sfory działaczy i ich rodzin. Okazuje się jednak, że daleko posunięte przekonanie o własnej nieomylności, wynikające z kolejnej wygranej w wyborach parlamentarnych, pozbawiło Tuska i jego najbliższe otoczenie zmysłu przewidywania i zabezpieczenia odpowiednich środków dających możliwość szybkiego posprzątania afery, która z każdym dniem nabiera rozmachu. Dziś, Tuskowi może być bardzo trudno zniwelować skutki ujawnionej skali nepotyzmu i  kolesiostwa. Poza tym, nie wiadomo jak premier chciałby choćby wyczyścić z partyjnych działaczy spółki, agencje itp. Jednym ruchem, ani prośbami premierowi się tego nie uda zrobić. Skala zjawiska jest zbyt duża, a jakikolwiek ruch spowoduje, że partyjne doły zawyją.
 Co gorsza, nepotyzm w szeregach PSL, też uderza w premiera. Tuskowi będzie niezwykle trudno wyjaśnić opinii publicznej, że jako najwyższy urzędnik w państwie nie wiedział o praktykach PSL. A jeśli wiedział, to dlaczego do nich dopuścił. Z każdej strony sytuacja jest więc bez wyjścia.  
To jednak co jest najgorsze, to fakt, że premier nie jest w stanie racjonalnie i w prosty sposób wyjaśnić, dlaczego w jego państwie nie może być normalnie. Nie może być normalnych urzędników, wybieranych w uczciwych konkursach, normalnych procedur i jasnych kryteriów zatrudniania. Premier nie znajdzie też łatwej odpowiedzi na pytanie o transparentność, gdy media co chwila ujawniają kolejne fakty z życia zawodowego działaczy Platformy. Skutecznie dotychczas pomijane bądź nieznane dziś mają szanse ujrzeć światło dzienne i też zadają w prosty sposób i chyba nie do końca zamierzony kłam słowom premiera, że w Polsce może być normalnie i przede wszystkim uczciwie.
Premier musi mieć świadomość, że to największy wewnętrzny kryzys polityczny z jakim przyszło mu się zmierzyć. I póki co nie może nawet powiedzieć, że „na froncie bez zmian”. Jest znacznie gorzej. Koalicja jest w głębokim, nieskładnym odwrocie.  I nic nie zapowiada, że będzie lepiej.
Trudno powiedzieć, czy państwo partyjne, które powstało na publicznych spółkach, agencjach, instytucjach stworzono z przyzwoleniem Tuska. Jedno jednak jest pewne. To Donald Tusk jest premierem tego kraju i wyraźnie widać, że nie umie walczyć ze zjawiskiem zawłaszczania państwa także przez własne środowisko. Warto w tym miejscu przypomnieć, jak Donald Tusk w programie Żakowskiego i Najsztuba emitowanym w telewizji wiele lat temu z obrzydzeniem mówił będąc Wicemarszałkiem Senatu, że zmuszony jest do poruszania się służbowym samochodem z kierowcą i posiadania komórki. Z pogardą mówił o politykach jako klasie próżniaczej. Potem chciał likwidować, Senat, zmniejszać Sejm i wreszcie likwidować immunitet parlamentarzysty. Nawet żądał likwidacji darmowych przejazdów komunikacją miejską dla posłów i senatorów. Zapał reformatorski szybko mu jednak minął. I nie bacząc, które z jego pomysłów były mądre, a które mniej, warto pamiętać, że to właśnie Tusk stworzył państwo, w którym ludziom żyjącym z polityki i wokół niej żyje się najlepiej. Przypadek? Nie sądzę.

27 lipca 2012

Nie rzucim spółek, agencji, ministerstw


Kandydat na nowego ministra rolnictwa, poseł Stanisław Kalemba, ma kłopot. Okazuje się, że jego syn jest zatrudniony w Agencji Rynku Rolnego podległej ministerstwu rolnictwa. W zasadzie nie powinno to dziwić. Parafrazując słowa premiera Pawlaka, każdy z działaczy ludowych ma rodzinę, matkę, brata, syna, córkę i mnóstwo krewnych, którzy muszą przecież gdzieś pracować. A że w agencjach i spółkach Skarbu Państwa… to chyba nie powinno dziwić.
Nie można z góry odmówić rodzinom i znajomym członków PSL kompetencji. To byłoby nadużycie i też chyba niesprawiedliwa ocena. Zresztą nie o to chodzi w aferze wywołanej taśmami, chyba już dziś śmiało można mówić, Serafina. Rzecz dotyczy sprawy tak banalnej i prostej, że aż, jak się okazuje, niewykonalnej od ponad dwudziestu lat niepodległej Polski. Uczciwych zasad realizacji polityki państwa, którą tworzy się między innymi przez odpowiednie kryteria doboru służby cywilnej i kadr na wszystkich szczeblach administracji państwowej.
Działacze PSLu, ale też i Platformy Obywatelskiej zapomnieli, że państwo to nie „dojna krowa” mająca zapewnić lepszy byt tylko wybrańcom z odpowiednią legitymacją partyjną. Trzeba przyznać, że hasło Platformy z kampanii wyborczej „By żyło się lepiej” adekwatnie pasuje do sytuacji, która dotyczy jej członków i działaczy PSLu. Złośliwie można zakładać, że im rzeczywiście żyje się lepiej. Trudno też uwierzyć, że konkursy jakie są organizowane na stanowiska w administracji publicznej mają charakter całkowicie transparentny i są przeprowadzane z założeniem wyboru najlepszego kandydata. Opisywane przez Gazetę Stołeczną zjawisko „ustawiania” konkursów w poprzedniej kadencji samorządowej Hanny Gronkiewicz-Waltz na stanowiska dyrektorów urzędu miasta jasno pokazały jakie mechanizmy rządzą wyborem najlepszego pracownika. W skrócie: warunki konkursu są tak skonstruowane, że spełnia je jedynie słuszny kandydat, a ponadto w komisji konkursowej są również osoby, które mogą zagwarantować wybór właściwej osoby. Jeśli zaś konkurs może się okazać zbyt dużą trudnością, to przecież nie musi być przeprowadzony. Ostatecznie konkurs można unieważnić, jeśli okaże się, że wygrała niewłaściwa osoba (autor wpisu odczuł to na własnej skórze). Można z dużą dozą prawdopodobieństwa przyjąć, że podobne praktyki dotyczą większości podmiotów, urzędów i wszelkich instytucji, na które skarb państwa ma jakiekolwiek oddziaływanie i wpływ.
Skoro opisane wyżej mechanizmy są standardem, to też nie należy się dziwić, że minister Kalemba nie pojmuje problemu, z którego musi się tłumaczyć. Sęk w tym, że tak jak synowi pana Kalemby trudno zarzucić brak profesjonalizmu i innym synom działaczy PSLu opisanym przez gazetę.pl w artykule „Marszałek Struzik (PSL), jego współpracownicy i ich dzieci. Seul, Pekin, Ankara...” (bo niby jak to ma zweryfikować zwykły człowiek?), tak trudno uwierzyć, że stanowiska, które objęli zawdzięczają tylko swoim mniej lub bardziej widocznym talentom. Trudno też uwierzyć, że w państwowej firmie, szef-ojciec będzie równie wymagający wobec własnego syna jak wobec innych pracowników. A z tym mamy do czynienia w przypadku kandydata Kalemby. Ten z kolei zdaje się nie rozumieć istniejącego konfliktu. W końcu po kilku latach u władzy, przyzwyczajenie i funkcjonujące mechanizmy mogły tworzyć wrażenie, że państwo to dobrze funkcjonujący interes rodzinny zakłócany jedynie, mniej więcej co cztery lata, wyborami.

23 lipca 2012

Co ich łączy?


Premier Donald Tusk, jak doniósł Newsweek, pytał podczas ostatniego posiedzenia Rady Krajowej partyjnych kolegów, co ich jeszcze łączy oprócz władzy. W obliczu widma katastrofy związanej z uchwaleniem ustawy dotyczącej in vitro pytanie to ma rzeczywiście wymiar szczególny. I rzecz jasna nie chodzi o samą procedurę. Te dzielące wewnętrznie podziały mogłyby równie dobrze pojawić się przy konieczności określenia stosunku poszczególnych członków klubu parlamentarnego do religii w szkołach, aborcji, majątku kościoła katolickiego, eutanazji, związków partnerskich. Problemów z jakimi klub PO może mieć kłopot z określeniem wspólnego stanowiska można by mnożyć.
Pytanie premiera nie powinno dziwić, a już tym bardziej przewodniczącego Platformy. Zadając je, premier zdaje się igrać z inteligencją nie tylko partyjnych kolegów i koleżanek, ale przede wszystkim większości jego wyborców. Skoro na listach PO znaleźli się ludzie z przeszłością w różnych organizacjach, od lewa do prawa, to trudno by dziś prezentowali jedno stanowisko w sprawach światopoglądowych. Poseł Jacek Tomczak, który zasilił klub poselski PO w obecnej kadencji, wcześniej był działaczem KPN, ZCHN, Przymierza Prawicy a następnie PiS. Potem był członkiem Zarządu Polski Plus, popierał Marka Jurka w wyborach prezydenckich w 2010 roku aż w końcu trafił do klubu parlamentarnego PJN. Szczęśliwie dla posła z Poznania, potrafił szybko zapomnieć o romansie z PJN i znalazł się na liście PO. Mandat poselski uzyskał z 10 miejsca. Dziś głosi tezy, że in vitro nie jest metodą leczenia, że de facto służy jakiemuś lobby farmakologicznemu oraz że przy procedurze tej giną tysiące ludzkich istnień, mówiąc o zamrażaniu zarodków, że to selektywna aborcja.
Z kolei senator Jan Filip Libicki, wcześniej tworzył ZChN, potem przystąpił do Przymierza Prawicy, a następnie do PiS. Po rezygnacji z działalności w PiS odnalazł się w PJN a stąd trafił, już jako senator, do klubu parlamentarnego PO. Jest członkiem tej partii. On również, zgodnie z nauką kościoła, uważa in vitro za zło. W poprzedniej kadencji Sejmu był za jej całkowitym zakazem, wspierał projekt społeczny Stowarzyszenia Contra in vitro. Dziś na swoim blogu radzi partyjnym kolegom, aby głosowanie miało charakter dowolności, aby każdy głosował zgodnie z własnym sumieniem.
I jeszcze jedna postać. Poseł Jacek Żalek. On również prezentuje bogatą historię partyjną. Był w AWS, w 2002 roku uzyskał mandat radnego w Białymstoku z list LPR. W jego CV można również znaleźć informacje o działalności w SKL, stowarzyszeniu Koliber, Przymierzu Prawicy i UPR. Potem był radnym z list PiS by wkrótce odnaleźć się w Platformie Obywatelskiej. Był też, co ciekawe, członkiem Klubu Zachowawczo-Monarchistycznego.
Z drugiej strony mamy posła, ministra Bartosza Arłukowicza. Obecny minister zdrowia był radnym Szczecina z list SLD-UP, potem członkiem Socjaldemokracji RP. W 2007 roku uzyskał mandat z list LiD. Potem jego kariera toczy się błyskawicznie, określany mianem nowej gwiazdy lewicy, szybko jednak z bezwzględnego krytyka staje się zwolennikiem rządów Donalda Tuska obejmując w jego pierwszym rządzie stanowisko sekretarza stanu w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów i pełnomocnika premiera ds. przeciwdziałania wykluczeniu społecznemu.
Inne, ważne jeszcze do niedawna postacie lewicy, których udział w bieżącej polityce to zasługa premiera Tuska, to Dariusz Rosati i Marek Borowski. Pierwszy kandydował z jej list uzyskując mandat poselski i dziś jest szefem Komisji Finansów Publicznych. Drugi, z poparciem Platformy Obywatelskiej, uzyskał mandat senatora w Warszawie.
Postaci, których życie publiczne i polityczne jest równie bogate i tak znacząco różne jak wymienionych panów wyżej, można w Platformie Obywatelskiej znaleźć znacznie więcej. Wymienianie ich wszystkich nie ma większego sensu. Podani w przykładach parlamentarzyści tworzą wystarczającą mozaikę polityczną, programową i ideową. Tak różną, że doszukiwanie się wspólnego mianownika wydaje się więcej niż bezsensowne. Stąd odpowiedź na pytanie pana premiera może być tylko jedna. To co łączy tak różne postacie to właśnie władza i tylko władza. I nie ma w tym nic odkrywczego. I chyba też nie ma nic specjalnie wstydliwego. Główną czynnością jaką Platforma robi od kilku lat jest właśnie utrzymanie władzy. I, chapeau bas, robi to niezwykle skutecznie.
Winę za brak klarownych i jasnych odpowiedzi na pytanie co dalej z in vitro, związkami partnerskimi, testamentem życia, eutanazją, aborcją, religią w szkołach ponosi premier Tusk. Pomysł stworzenia ugrupowania ze skrzydłami od lewa do prawa i w rzeczywistości zatarcia ideowego przekazu PO to pomysł i realizacja samego premiera. W końcu to od jego decyzji zależało jak będą wyglądały listy Platformy. To on je układał i akceptował.
Jeśli więc premier chce zadawać jakieś pytanie, to nie o to czy cokolwiek łączy jeszcze parlamentarzystów klubu jaki sam sobie stworzył. I też nie powinien pytać działaczy PO. Powinien przede wszystkim pytać wyborców. Rozczarowanych i zdenerwowanych toczącą się od 5 lat dyskusją o in vitro, o związkach partnerskich, o religii w szkołach etc. Rodaków powinien Pan Premier zapytać  czy mu wybaczą, że dzięki głosom w jego klubie może w Polsce obowiązywać całkowity zakaz wykonywania in vitro, że ustawy o związkach partnerskich nie ma, że zmian w relacjach państwo-kościół nie będzie. W końcu, że choć twarz rządu jest dziś miła i uśmiechnięta, to jego znaczące i głośne zaplecze tworzą w dużej mierze byli działacze Prawa i Sprawiedliwości. Z kolei premierowi warto zadać inne pytania: kto dziś nami rządzi? Jaka partia? Platformy z 2001 roku już nie ma. A jaka jest ta z 2012? Obawiam się, że chyba sam premier nie zna odpowiedzi…

21 lipca 2012

Chore państwo. A lekarstwa brak.


Wbrew pozorom afera taśmowa w PSL nie dotyczy tylko tej partii. Przykłady podobnych zachowań można odnaleźć w czasie rządów wszystkich partii politycznych. Pokusa łatwych pieniędzy w zarządach i radach nadzorczych spółek publicznych jest tak duża, że trudno znaleźć ugrupowanie, które potrafi skutecznie się jej oprzeć. I nawet premier, który dziś tak ochoczo zwalcza nepotyzm w spółce Elewarr nie jest bez winy. Jak bowiem potraktować choćby nominacje z ostatnich miesięcy czy nawet tygodni. Tworzenie specjalnego ministerstwa dla Bartosza Arłukowicza pod koniec pierwszej kadencji rządów koalicji PO-PSL czy wybór Aleksandra Grada na prezesa spółek jądrowych. Kupowanie stanowiskami czy obsadzanie „swoimi” ważnych z tych czy innych powodów spółek nie jest więc jedynie domeną jedynie PSLu. Być może różnica polega jedynie na tym, że w zawłaszczaniu państwa działacze PSLu doszli do ściany, od której mogli się już tylko odbić. Sposobu przechodzenia przez ściany jeszcze, póki co, nie wymyślili.
Chyba jeszcze tylko wyjątkowo naiwni mają złudzenia, że po aferze taśmowej nastąpi w naszym kraju jakaś istotna rewolucja w obsadzie zarządów i rad nadzorczych spółek. Zaplecze wokół premiera, ale i koalicjant zadbają już o to, aby ewentualne zmiany miały charakter jedynie kosmetyczny. I pewnie z hukiem, w świetle kamer zostanie utrąconych jeszcze kilka dobrze zapowiadających się partyjnych karier w „partyjnej”  gospodarce. I też pewnie premier zapowie kolejne regulacje mające tworzyć rzekome zabezpieczenie przed kumoterstwem i partyjno-polityczno-rodzinnym nepotyzmem. Na nic jednak to wszystko. Trzeba wiedzieć, że zbyt wielu ludzi jest zainteresowanych utrzymaniem obecnego stanu. Nie można też wykluczyć, że samemu premierowi, choćby w świetle wiedzy jaką ponad rok temu mógł posiąść o sytuacji w spółce Elewarr, zależy na jakiejkolwiek rzeczywistej naprawie obecnego stanu.
Zresztą choroba, która przetacza się przez Polskę nie dotyczy tylko spółek Skarbu Państwa. Wystarczy spojrzeć na spółki miejskie, gminne czy wojewódzkie. Liczba stanowisk, funkcji jest tak liczna i skutecznie obsadzana, że złamanie tego niepisanego kodu zawłaszczania państwa przez partie niezależnie od ich politycznych barw jest chyba niemożliwa. Dlatego dziś wszelkie zapowiadane próby naprawy sytuacji trzeba traktować jak próby leczenia dżumy cholerą. W każdym razie mało to przekonujące.
Weźmy choćby za przykład politykę kadrową zastępczyni premiera, Hanny Gronkiewicz-Waltz, która w Warszawie skutecznie realizuje politykę „kolonizowania” wszystkiego co tylko możliwe (więcej TU – materiał opublikowany przez M.Pretm; autor bloga hgw-watch.pl). W pierwszej kadencji doszło nawet do sytuacji, że w ramach bratniej wymiany z PSL-em, członkiem rady nadzorczej Tramwajów Warszawskich był Marszałek Województwa Mazowieckiego z PSL, lekarz z wykształcenia. I też nie ma się co dziwić, skoro historyk z wykształcenia, Pan Sławomir Cenckiewicz został w czasach rządów PiS członkiem rady nadzorczej państwowej firmy Operator Logistyczny Paliw Płynnych. Najwyraźniej o przydatności człowieka niekoniecznie muszą decydować kompetencje i kierunkowe wykształcenie. Ważniejsze jest zaangażowanie, entuzjazm i…. kolor partyjnej legitymacji.
Słowem, trudno dać wiarę słowom, że ujawniona rozmowa Serafina z Łukasikiem cokolwiek zmieni lub doprowadzi do poprawy sytuacji. Jedyne czego może nauczyć aktualnie i w przyszłości rządzących, to lepszego doboru kadr (czyt. jeszcze bardziej zaufanych towarzyszy) i umiejętności zawczasu odnajdywania sprzętu nagrywającego.

20 lipca 2012

Taśmy, kontrola i prywatyzacja


Zabawnie brzmi poseł Kłopotek, który chwali Sawickiego za jego zachowanie po ujawnieniu taśm z rozmowy Serafina z Łukasikiem. W ustach posła PSL były już minister urasta do rangi człowieka honoru. Zupełnie zatraca przy tym potrzebę jednoczesnej oceny nadzoru nad agencją i spółkami, które podlegają ministrowi. Tak jakby ocenie miał podlegać jedynie sam akt, którego Sawicki dokonał. Ten sam, który występował w reklamówkach za publiczne pieniądze przed meczami Mistrzostw Europy. Podobne zachowania nie były zresztą udziałem jedynie polityka PSLu. Politycy różnych opcji z łatwością sięgają po publiczne środki dla realizacji politycznych celów. Przed wyborami samorządowymi 2010 roku podobne reklamówki w regionalnej telewizji publicznej były udziałem także polityków Platformy.
Waldemar Pawlak rozmowę Serafina i Łukasika nazwał pogawędką sfrustrowanych działaczy. To próba zlekceważenia całej sytuacji. Nie zmienia to jednak faktu, że treści jakimi dzielą się rozmówcy kolejnej w naszym kraju afery taśmowej, w całości znajdują potwierdzenie. Inaczej w żadnym przypadku nie moglibyśmy liczyć na tzw. honorowe zachowanie ministra Sawickiego. Być może, jak próbują to przedstawić politycy PSLu, nagrywanie prywatnych rozmów a potem ich upublicznianie, to zwykła prowokacja. W tym jednak przypadku, trzeba przyznać, że udana.
Nie warto w tym miejscu przypominać słów jakie padają w trakcie rozmowy – każdy może ją odsłuchać w internecie. Warto zwrócić uwagę na jedną rzecz. Mechanizm zawłaszczania państwa jaki został w trakcie tej rozmowy ujawniony. Stosunkowo prosty i sprowadzający się do budowania siatki zależności opierającej się na wzajemnych relacjach partyjnych, towarzyskich i rodzinnych. Zresztą mechanizm ten, choć w sposób szczególny ujawniony na nagraniu, nie jest – co warto podkreślić – domeną jedynie PSLu. Można się oczywiście zżymać na charakter i skalę zjawiska z jakim mamy do czynienia, tym niemniej obserwacja nawet pobieżna mechanizmów jakimi kierują się ludzie władzy na wszystkich szczeblach prowadzi do mocno frustrujących wniosków. Podstawowy, najbardziej frustrujący jest taki, że o pozycji biznesowej w przedsięwzięciach, w które zaangażowany jest majątek publiczny decydują nie kompetencje, umiejętności, doświadczenie czy wiedza, ale kolor partyjnej legitymacji.
Stąd trzeba chyba uznać, że taśmy, prowokacja pozostają póki co jedynym skutecznym instrumentem ujawniania choroby jaka zapanowała wśród ludzi władzy. Obawiam się jedynie, że intencje nagrywającego nie były związane z chęcią naprawy istniejącego stanu, ale elementem walki w ramach politycznych rodzin zainteresowanych „okupacją” państwowych stanowisk i poszerzania strefy wpływów. Tym bardziej, że - jak ujawniono - wydany ponad rok temu raport NIK wskazywał na liczne uchybienia w spółce, której szefuje Pan Śmietanko. O nieprawidłowościach, które wskazał raport NIK wiedziało i CBA i sam premier. Deklaracja premiera, że będzie w najbliższych dniach sam nadzorował ministerstwo rolnictwa i podległe mu agencje i spółki brzmi dziś trochę jak nieudolna próba ratowania własnego wizerunku. Nikt chyba nie ma bowiem wątpliwości, że mimo iż w głównej mierze afera taśmowa dotyczy PSL, to jednak smród koalicjanta dotyka również premiera. Zwłaszcza, że w świetle ujawnionego raportu Najwyższej Izby Kontroli trudno będzie Tuskowi wyjaśnić, że sprawa jest mu całkowicie nieznana. Mogą się więc pojawić pytania czy nawet sugestie dlaczego premier nic z tym nie zrobił.
I choć taśmy ujawniają liczne nieprawidłowości w zarządzaniu publicznym majątkiem, trudno oczekiwać, że mimo medialnego szumu sytuacja ulegnie radykalnej poprawie. Agencje, spółki, spółki córki, zakłady budżetowe, jednostki budżetowe etc. – tysiące podmiotów o różnym statusie prawnym. One wszystkie są elementem systemu władzy. Mają swoje zarządy, rady nadzorcze, biura, dyrektorów i wiele innych stanowisk, które są elementem politycznych targów. Im więcej synekur, tym więcej możliwości udziału we władzy politycznych rodzin i zyskach z państwowego majątku. Słowem, im więcej państwa w gospodarce, tym więcej stanowisk, które mogą stać się udziałem w politycznych targach. I choć większość partii, łącznie z tworzącymi rządzącą koalicję Platformą Obywatelską i PSLem, zarzuciła hasło prywatyzacji, to może czas wrócić do polityki, która odwróci szkodliwy dla kraju trend upartyjniania gospodarki. Tylko czy komuś się to opłaca?

02 lipca 2012

Co ważniejsze: dobro obywateli czy trwałość partii?


Stosunkowo łatwo jest dziś wskazać linię oddzielającą formacje polityczne popierające usankcjonowanie związków partnerskich od tych, które życie społeczne ograniczają jedynie do pożycia w związkach uświęconych węzłem małżeńskim. Z jednym wyjątkiem. Partia, od której najwięcej dziś zależy, Platforma Obywatelska, mimo wielu wyborczych obietnic, także związanych ze związkami partnerskimi stoi w rozkroku i nie podejmuje decyzji. Jej posłowie uczestniczą w pracach komisji sejmowych związanych z tworzeniem regulacji dotyczących związków a inni skutecznie je blokują.
Nie można mieć chyba złudzeń, że także w tej kadencji parlamentu koalicja rządowa nie zdobędzie się na jakiekolwiek rewolucyjne rozwiązanie w sferze światopoglądowej. Chyba nie ma co liczyć na dobre ustawodawstwo związane z in vitro (choćby projekt posłanki Kidawy-Błońskiej) ani też ostateczne rozstrzygnięcie jak mają wyglądać relacje i wzajemne zobowiązania osób, które nie chcą zawierać małżeństwa.
Dziś, ten podstawowy problem związany z niemocą stanowienia prawa dotyczącego związków partnerskich nazywa się Platforma Obywatelska. To ta formacja ma wszelkie instrumenty i siłę, aby skutecznie forsować prawo dobre dla własnych obywateli. Sęk w tym, że siła wynikająca z liczby mandatów posłów i senatorów w przypadku spraw światopoglądowych jest de facto słabością Platformy. I być może właśnie ten aspekt decyduje, że Donald Tusk Przewodniczący PO nie podejmuje działań zmierzających do normalizacji także w tej dziedzinie życia społecznego. Cierpią na tym przede wszystkim Ci, dla których sprawy in vitro, związków partnerskich, neutralności światopoglądowej są ważniejsze niż trwałość środowiska partii rządzącej. A skoro tak, to trudno też się dziwić, że dla Donalda Tuska ważniejsze jest utrzymanie władzy niż danie ludziom możliwości godnego życia poza małżeństwem. Choć chyba powinno być inaczej: przede wszystkim dobro obywateli nawet ponad trwałość formacji, która dała mu stanowisko premiera. 

16 czerwca 2012

Panie Armand, czy ma Pan mózg? O jajach premiera nie całkiem poważnie


Odnoszę wrażenie, że po debacie sejmowej w sprawie Funduszu Kościelnego więcej uwagi skupiło się na wystąpieniach posłów Ruchu Palikota aniżeli samego Premiera. A szkoda. Premier powiedział bowiem niezwykle ważne zdanie: ”Nie było i nie będzie intencją mojego rządu oraz PO taka zmiana finansowania Kościoła, której efektem miałoby być jego osłabienie czy też atak na Kościół” (cytat za PAP). To znacznie ważniejsze niż pytanie czy premier ma jaja? Ważniejsze, bo pokazuje politykę rządu wobec kościoła i jego roli. W tym kontekście pytanie premiera czy ma jaja jest nie tylko wyrazem prymitywnej retoryki, ale przede wszystkim intelektualnej niemocy i działaniem wbrew pozorom przeciwko skądinąd ciekawej inicjatywie uporządkowania spraw związanych z finansowaniem kościoła katolickiego w Polsce.

Autor pytania - wyrażający także zapewne też troskę o jądra Premiera - nie po raz pierwszy zabłysnął „udanym” bon motem. W kwietniu na swoim profilu na Facebooku napisał (przy okazji zbliżającej się kolejnej rocznicy tragicznego wypadku samolotu prezydenckiego):”…ale by była jazda gdyby poszedł w ślady brata i znowu leciał na obchody do Smoleńska… (podobno historia lubi się powtarzać)”. To słowa oburzające i świadczące o bardzo niskim poziomie kultury osobistej. Niestety, mimo powszechnej i uzasadnionej krytyki za słowa o Jarosławie Kaczyńskim, poseł Armand zdaje się być całkowicie odporny na jakąkolwiek naukę. Tym razem zabłysnął w Sejmie.

Oczywiście, parlament zarówno Polski jak i w innych krajach europejskich bywa areną słownictwa, które dalekie jest od Wersalu. Zresztą, jak można się przekonać z wielu relacji prasowych i medialnych, co bardziej krewcy parlamentarzyści używają w dyskusji nie tylko języka. Nie znaczy to jednak, że chamstwa nie należy tępić i piętnować. I właśnie dlatego słowa Armanda Ryfińskiego nie powinny paść w Sejmie. Donald Tusk, choć jest w moim przekonaniu złym premierem, ale też i po ludzku złym człowiekiem (odwołuję się w tym momencie do własnych doświadczeń, które czytelników bloga nie muszą interesować i nie muszą się ze mną zgadzać), to jest też premierem mojego kraju i należy mu się szacunek. A ten można i powinno się również wyrażać odpowiednim słownictwem w czasie dyskusji sejmowej. Krytykować, wskazywać błędy, ale nie wprowadzać do sejmu języka rodem spod budki z piwem.

Pomijając jednak aspekt kultury czy raczej jej braku jakim wykazał się poseł Ruchu Palikota, zasadnym wydaje się pytanie o co spytałby poseł Armand premiera, gdyby była kobietą. O jajniki? Macicę? Jeśli również o jaja, to wykazałby się nie tylko brakiem kultury, ale i brakiem mózgu. Absurdalność pytania zadanego przez posła Armanda pokazuje, że wbrew powszechnej opinii wygłaszanej przez posłów Ruchu Palikota będących na co dzień zatroskanymi o język naszych rodaków wobec wszelkich mniejszości, sami tego typu wypowiedziami wpisują się w szowinistyczne stereotypy i hasła. Odwołując się bowiem do pytania o jaja premiera, poseł Armand wskazuje, że o sile i niezłomnej postawie polityka, konsekwencji w działaniu ma stanowić to czy ma jądra czy nie. W tym sensie jaja jak rozumiem, mają być wyznacznikiem męskości i siły. Idąc dalej tym tropem, można by zadać pytanie jednemu z liderów partii Palikota jakie jeszcze inne są wyznaczniki owej męskości. Dobrze, że poseł Armand oszczędził nam pytań o rozmiar członka premiera, bo tego chyba nawet lider jego formacji mógłby nie zdzierżyć…. co gorsza mogłoby się okazać, że premier, za przeproszeniem, prezentuje większą wartość własnego oprzyrządowania niż niezłomny lider nowoczesnej lewicy z Biłgoraja.

Żarty na bok. Pewnie jeszcze nie raz poseł Armand Ryfiński zachwyci erudycją. Jeszcze nie raz, nie tylko on, ale także inni równie błyskotliwi parlamentarzyści będą odwoływać się do tych czy innych części ciała swoich adwersarzy. Miejmy tylko nadzieję, że żaden na tak zadane pytanie nie zechce udowadniać, że między spodniami ma więcej niż tylko pisanki.

06 czerwca 2012

Mistrzowie promocji


Zwykle politycy z pompą godną lepszej sprawy nie odmawiają sobie przyjemności otwierania, przecinania wstęg i tym podobnego teatru, gdy uda im się wykończyć jakąkolwiek, nawet najmniejszą inwestycję. W 2009 roku Marszałek Województwa Mazowieckiego otwierał nowo wybudowaną drogę z Goślic do Ciółkowa zaraz po tym, gdy kilka dni wcześniej ten sam odcinek otwierał jego zastępca z Platformy Obywatelskiej. Tym razem, mimo że inwestycja ma charakter znacznie większy, minister Graś poinformował, że Premier nie planuje hucznego otwarcia A2. To wcale nie znaczy, że nie zobaczymy Premiera na A2. Zobaczymy, kiedy autostrada będzie nie tylko przejezdna, ale i bezpieczna, czyli de facto ukończona.
Trzeba przyznać, że nasze ustawodawstwo to chyba ewenement na skalę światową. Aby uczynić możliwym przejazd z zachodu na wschód Polski (ściślej rzecz biorąc do Warszawy), ustawodawca przyjął nowelizację ustawy o szczególnych zasadach przygotowania i realizacji inwestycji w zakresie dróg publicznych. W dużym skrócie sprowadza się ona do tego, że dla umożliwienia przejazdu oddaną do ruchu drogą obniża się jej standard. Nadzór budowlany dopuszcza więc do ruchu na trasie, która nie jest ukończona bądź prace wciąż jeszcze trwają bądź zaraz zostaną ukończone. Oczywiste jest (i też nikt tego nie ukrywa), że owa nowelizacja jest wprost związana z EURO2012. W końcu pozwolenie na użytkowanie takiej drogi będzie wydawane wyłącznie do 30 czerwca br. W przypadku A2 oznacza to, że będzie co prawda przejezdna, ale prędkość dopuszczalna wyniesie 70 km/h a po mistrzostwach trzeba będzie ją dokończyć. Pomijając fakt, że 70 km/h na autostradzie nie jest prędkością zawrotną, to większe obawy trzeba wiązać z bezpieczeństwem ruchu drogowego i ewentualnymi dodatkowymi kosztami związanymi z eksploatacją A2 w czasie mistrzostw, gdy droga jest wciąż do końca nie ukończona, aniżeli komfortem użytkowników tejże. To w rzeczy samej nie stanowi w skali budżetu państwa problemu, którym dziś rządzący zaprzątaliby sobie głowę. A2 zgodnie z zapowiedziami, choć i oczywiście skutecznym straszeniem, że może się jednak nie udać, oddano. Nie ma się też co oszukiwać, że więcej w tym wszystkim było teatru i budowania napięcia na zasadzie „uda im się, czy nie uda”. Dziś, z perspektywy kilkunastu tygodni „walki” rządu na froncie autostradowym widać, że cała ta akcja była dobrze przemyślaną grą pozorów, której efektem miało być odtrąbienie sukcesu i wielka ulga społeczna jak wspaniały mamy rząd, który „dał radę”. Niewątpliwie Premierowi udało się też skutecznie przykryć poważniejsze wpadki. Troska całego narodu o oddanie A2 pozwoliła zapomnieć o planach i mapkach dróg jakimi skutecznie mamiono nas przed mistrzostwami. Plany były w końcu znacznie większe. W tym miejscu warto wspomnieć choćby o planach związanych z A1 czy A4, o drogach ekspresowych. Jeśli by więc podsumowywać skuteczność rządu na froncie walki z budową dróg przed EURO2012 i porównywać z planami jakie prezentowano, to radość z A2 może być trochę jak śmiech przez łzy. Cieszymy się, dziękujemy i znów z poczuciem, że ktoś robi z nas wała.
A jeśli ktoś myśli, że Premier pozwoli nam zapomnieć o sobie i nie będzie robił cyrku z otwieraniem A2, to jest w błędzie. Będzie i cyrk i wstęga i szampan, gdy w ciągu 9 miesięcy po mistrzostwach droga zostanie ponownie oddana do użytku. Żal jedynie, że tych wstęg nie będzie więcej. Choć z drugiej strony, znając możliwości promocji rządu Tuska, nie można wykluczyć, że wstęga będzie przecięta dwukrotnie. W końcu każda autostrada ma swój początek i koniec. Marszałek Struzik i jego koledzy z PO pokazali, że każdą drogę można otwierać dwa razy. A że to głupie … kto by się przejmował detalami.

30 maja 2012

NIkt Prezydenta nie chce kroić. Sam się kroi broniąc Niesiołowskiego

Prezydent Komorowski ma prawo wybierać sobie przyjaciół. Jak każdy z nas może spotykać się z kim chce i kiedy chce. Ale chyba też powinien pamiętać, że dziś nie jest jednym z 460 posłów tylko wybrańcem Narodu. Najważniejszą postacią w kraju. Źle dobrane przyjaźnie mają też wpływ na Jego wizerunek.




Trzeba docenić Prezydenta Bronisława Komorowskiego, że mimo, iż Stefan Niesiołowski nie ma ostatnio dobrej passy, zachował się wobec Niego jak oddany i dobry przyjaciel. W programie Tomasz Lis Na żywo nie kalkulował i nie przyłączył się do chóru krytyków polityka Platformy, ale bronił relacji ich łączących z podziwu godnym zaangażowaniem. Nie można krytykować Prezydenta za oddanie w relacjach jakie łączą go z innymi ludźmi. Za to można i należy podkreślić, że Stefan Niesiołowski gdzieś w przekroju kilkunastu ostatnich lat całkowicie rozmienił na drobne swój polityczny potencjał.


Ma rację Piotr Gursztyn publicysta Rzeczypospolitej, który w artykule Polityczny celebryta tak między innymi charakteryzuje działalność polityka Platformy Obywatelskiej: Stefan Niesiołowski powinien zniknąć z polityki. Przez ostatnie dwadzieścia lat nie wniósł do niej nic pozytywnego. Bilans jego dokonań równa się zeru. Dodam, że Gursztyn jest jednocześnie sprawiedliwy wobec działalności Stefana Niesiołowskiego w okresie PRLu przypominając jego zasługi, odwagę i bezkompromisowość. Jednak skupiając się na działalności politycznej Niesiołowskiego już w czasach Polski niepodległej, słusznie zauważa, że poza wyrażaną publicznie i odmienianą we wszelkich przypadkach niechęcią wobec braci Kaczyńskich i PiSu działalność parlamentarną ma niezwykle skromną. I rzeczywiście, mimo wielu lat zasiadania w polskim parlamencie Stefan Niesiołowski nie może pochwalić się znaczącą liczbą interpelacji, zapytań. Oczywiście nie jest to jedyny i całkowicie wiarygodny wyznaczniki aktywności poselskiej. Choć trzeba dodać, że i publicznych wystąpień z mównicy sejmowej miał niewiele, a jeśli już takowe były, to skupiał się w nich na ocenie innych polityków. Z reguły PiSu.


Pamiętam jak w 2006 roku w czasie Kongresu Platformy Obywatelskiej Stefan Niesiołowski zaskarbił sobie sympatię zgromadzonych działaczy obrażając Lecha Kaczyńskiego. Nie ukrywajmy, że tegoż samego, o którym trudno powiedzieć, a były to doświadczenia stosunkowo świeże, że był dobrym Prezydentem Warszawy a zaraz potem Polski. Co prawda tę drugą funkcję pełnił wówczas dość krótko, tym niemniej był to też okres w którym Prawo i Sprawiedliwość sprawowało pełnię władzy. I nawet jeśli na siłę uznamy, że w owym czasie słowa Niesiołowskiego mogły mieć jakieś wytłumaczenie, o tyle używanie dzisiaj podobnej argumentacji, skali szaleństwa w ocenie otaczającej rzeczywistości jest cokolwiek przesadne i chyba jednocześnie sztuczne i teatralne. Być może Stefanowi Niesiołowskiemu rola nadwornej małpy odpowiada zwłaszcza wobec braku gotowego rzucić się do gardła Kaczyńskiego Janusza Palikota. Ten ostatni póki co sam buduje swoją formację i pozycję, z nadzieją na mniej lub bardziej skuteczną walkę o prezydenturę z samym Komorowskim. Trzeba też przyznać, że chyba nikt w Platformie nie oczekuje zmiany od Stefana Niesiołowskiego. Podczas niedawnej Rady Krajowej miast zastanawiać się nad lepszym zarządzaniem krajem członkowie PO roztkliwiali się nad losem Niesiołowskiego czyniąc z 68-letniego polityka niemal symbol niekończącej się walki z IV RP. Nic więc dziwnego, że mimo wyjątkowo ubogich osiągnięć Niesiołowskiego na polu merytorycznym ma się On całkiem dobrze w szeregach partii rządzącej. 


I być może Prezydent Komorowski będzie jeszcze w niejednym programie radiowym czy telewizyjnym wychwalał zalety Stefana Niesiołowskiego i łączącej ich przyjaźni. Być może nie raz jeszcze usłyszymy, jak wartościowym jest politykiem. Sęk w tym, że wobec kolejnych wygłupów i zachowań nieparlamentarnych Niesiołowskiego, coraz trudnej będzie uwierzyć słowom Prezydenta, że tacy ludzie są polskiej polityce potrzebni. 

29 maja 2012

Poczujcie się jak...w kraju analfabetów

Premier Donald Tusk zaangażował się w promocję Polski przed Mistrzostwami Europy. Na swoim videoblogu ściskając w ręku materiał przygotowany dla kibiców z całej Europy wypowiedział hasło, które ma być zrozumiałe dla obcokrajowców i zachęcać zagranicznych turystów do przyjazdu do Polski: Feel like at home. Problem w tym, że Premier przytoczył słowa promujące Polskę, które napisane są z błędem. Prawidłowo po angielsku sformułowanie Poczuj się jak w domu powinno brzmieć: Feel at home. Na kampanię promocyjną z błędnie napisanym angielskim idiomem polski rząd wydał 1 milion złotych.




A wystarczyło, aby tuzy rządowej promocji sięgnęły do najprostszych narzędzi dostępnych dla każdego w internecie. Na stronie idioms.thefreedictionary.com sformułowanie Feel at home daje następującą odpowiedź: to feel as if one belongs; to feel as if one were in one's home; to feel accepted. I liked my dormitory room. I really felt at home there. We will do whatever we can to make you feel at home.
Przy wprowadzeniu do wyszukiwarki internetowego słownika sformułowania Feel like at home, które znajduje się na oficjalnych materiałach promujących EURO2012 uzyskujemy odpowiedź: Phrase not found in the Dictionary and Encyclopedia. Co oznacza, że przytoczona fraza nie została znaleziona!


Megasłownik.pl na hasło Feel at home daje następującą odpowiedź: czuć się jak u siebie w domu. Czyli dokładnie to, o co zapewne chodziło Premierowi, gdy na swoim videoblogu zachęcał rodaków, aby z otwartymi rękoma przywitali gości z całej Europy. Skądinąd przy wpisaniu frazy Feel like at home, którą Premier wygłosił, pojawia się analogiczna odpowiedź jak wcześniej: szukanego słowa nie ma w MEGAsłowniku.


Podobne rezultaty daje internetowy słownik dictionary.cambridge.org. Angielski idiom Feel at home tłumaczony jest tak: to feel comfortable and relaxed. By the end of the week she was beginning to feel at home in her new job. Słowem: poczuj się jak w domu.
Przy wpisaniu Feel like at home odpowiedź była następująca: feel like at home was not found. Co oznacza tylko tyle, że odpowiedzi nie znaleziono.


Cóż - błędne tłumaczenie słów Poczuj się jak w domu można by nawet uznać za zabawne. Jednak zważywszy, że wydano na materiały promocyjne ponad milion złotych (billboardy, spoty radiowe i telewizyjne, ulotki, plakaty itp.), są one sygnowane nazwiskiem samego premiera, który ze swadą ogłasza przed kamerami TV rozpoczęcie akcji i wypowiada słowa Feel like at home, to już nie żart. I można oczywiście zakłamywać rzeczywistość i wmawiać sobie, że przecież słowa promujące Mistrzostwa Europy w Polsce będą zrozumiane przez zagranicznych gości. Ale też chyba nie wypada, aby na oficjalnych materiałach firmowanych przez samego Premiera znajdowały się błędy językowe. Bo to ani poważne, ani chwały Polsce nie przynosi. Co najwyżej daje asumpt do kolejnych szyderczych komentarzy. Gorzej, że tym razem zagranicznym dziennikarzom. Nie dość, że nie potrafimy budować autostrad, nasze pociągi się rozbijają, to jeszcze z pisaniem w obcych językach mamy problemy. Oby przynajmniej Polscy piłkarze podczas mistrzostw Europy trafiali do właściwej bramki, bo to co zrobił Premier, to samobój.

28 maja 2012

To się opłaci

Administracja państwowa wydała milion złotych na promocję EURO2012. To nie są pieniądze wyrzucone w błoto. To inwestycja, która powinna się zwrócić.
Nie zżymam się, gdy słyszę ile Polski rząd wydał na reklamę mistrzostw Europy w naszym kraju. Sądzę, że to wydatek niewielki w kontekście spodziewanych zysków w przyszłości. Śmiało można bowiem założyć, że dobra opinia, dobre recenzje gości z Europy mogą w przyszłości przełożyć się na liczbę turystów, którzy wrócą do Polski już nie w celach stricte sportowych związanych z wydarzeniami sportowymi o charakterze europejskim.
Zakładając, że jest nas 38 milionów to wkład każdego Polaka w promocję kraju jest na poziomie 2,6 gr. Sądzę, że jednostkowo to niewiele w pokazanie Polski jako kraju wartego ponownych odwiedzin. Zważywszy, że wciąż jesteśmy w tyle za Europą w zakresie autostrad, dobrego transportu kolejowego to może chociaż gospodarzami okażemy się godnymi imprezy jaka odbędzie się w Polsce i na Ukrainie w czerwcu 2012.
Muszę też przyznać, że hasło „Feel like at home” jest również trafione. Choć zważywszy na wyżej wspomniane trudności niektórym naszym zagranicznym gościom może być naprawdę trudno poczuć się jak w domu. To oczywiście złośliwość, ale taka na którą rząd Donalda Tuska pracował przez ostatnich 5 lat. Skoro jednak wciąż mamy braki w infrastrukturze, wciąż gonimy Europę to może przynajmniej w robieniu dobrego wrażenia będziemy liderami. Póki co zapowiada się nieźle. A że drogi rozjechały się z planami, to w końcu jak mawia minister infrastruktury: nie drogi grają na mistrzostwach.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...