Kandydat na nowego ministra rolnictwa, poseł Stanisław Kalemba, ma kłopot. Okazuje się, że jego syn jest zatrudniony w Agencji Rynku Rolnego podległej ministerstwu rolnictwa. W zasadzie nie powinno to dziwić. Parafrazując słowa premiera Pawlaka, każdy z działaczy ludowych ma rodzinę, matkę, brata, syna, córkę i mnóstwo krewnych, którzy muszą przecież gdzieś pracować. A że w agencjach i spółkach Skarbu Państwa… to chyba nie powinno dziwić.
Nie można z góry odmówić rodzinom i znajomym członków PSL kompetencji. To byłoby nadużycie i też chyba niesprawiedliwa ocena. Zresztą nie o to chodzi w aferze wywołanej taśmami, chyba już dziś śmiało można mówić, Serafina. Rzecz dotyczy sprawy tak banalnej i prostej, że aż, jak się okazuje, niewykonalnej od ponad dwudziestu lat niepodległej Polski. Uczciwych zasad realizacji polityki państwa, którą tworzy się między innymi przez odpowiednie kryteria doboru służby cywilnej i kadr na wszystkich szczeblach administracji państwowej.
Działacze PSLu, ale też i Platformy Obywatelskiej zapomnieli, że państwo to nie „dojna krowa” mająca zapewnić lepszy byt tylko wybrańcom z odpowiednią legitymacją partyjną. Trzeba przyznać, że hasło Platformy z kampanii wyborczej „By żyło się lepiej” adekwatnie pasuje do sytuacji, która dotyczy jej członków i działaczy PSLu. Złośliwie można zakładać, że im rzeczywiście żyje się lepiej. Trudno też uwierzyć, że konkursy jakie są organizowane na stanowiska w administracji publicznej mają charakter całkowicie transparentny i są przeprowadzane z założeniem wyboru najlepszego kandydata. Opisywane przez Gazetę Stołeczną zjawisko „ustawiania” konkursów w poprzedniej kadencji samorządowej Hanny Gronkiewicz-Waltz na stanowiska dyrektorów urzędu miasta jasno pokazały jakie mechanizmy rządzą wyborem najlepszego pracownika. W skrócie: warunki konkursu są tak skonstruowane, że spełnia je jedynie słuszny kandydat, a ponadto w komisji konkursowej są również osoby, które mogą zagwarantować wybór właściwej osoby. Jeśli zaś konkurs może się okazać zbyt dużą trudnością, to przecież nie musi być przeprowadzony. Ostatecznie konkurs można unieważnić, jeśli okaże się, że wygrała niewłaściwa osoba (autor wpisu odczuł to na własnej skórze). Można z dużą dozą prawdopodobieństwa przyjąć, że podobne praktyki dotyczą większości podmiotów, urzędów i wszelkich instytucji, na które skarb państwa ma jakiekolwiek oddziaływanie i wpływ.
Skoro opisane wyżej mechanizmy są standardem, to też nie należy się dziwić, że minister Kalemba nie pojmuje problemu, z którego musi się tłumaczyć. Sęk w tym, że tak jak synowi pana Kalemby trudno zarzucić brak profesjonalizmu i innym synom działaczy PSLu opisanym przez gazetę.pl w artykule „Marszałek Struzik (PSL), jego współpracownicy i ich dzieci. Seul, Pekin, Ankara...” (bo niby jak to ma zweryfikować zwykły człowiek?), tak trudno uwierzyć, że stanowiska, które objęli zawdzięczają tylko swoim mniej lub bardziej widocznym talentom. Trudno też uwierzyć, że w państwowej firmie, szef-ojciec będzie równie wymagający wobec własnego syna jak wobec innych pracowników. A z tym mamy do czynienia w przypadku kandydata Kalemby. Ten z kolei zdaje się nie rozumieć istniejącego konfliktu. W końcu po kilku latach u władzy, przyzwyczajenie i funkcjonujące mechanizmy mogły tworzyć wrażenie, że państwo to dobrze funkcjonujący interes rodzinny zakłócany jedynie, mniej więcej co cztery lata, wyborami.