Red. Tomasz Terlikowski znów snuje śmiałe tezy. Tym razem, na kanwie przykrych wydarzeń związanych z życiem osobistym Ryszarda Kalisza i jego byłej partnerki pani Ingi Pietrusińskiej, dowodzi, że wolne związki to de facto uprzedmiotowienie kobiet, które dla mężczyzny w takim związku stają się jedynie materacem.
Wszelkie generalizowanie niesie ze sobą zawsze duży margines błędu a czasem może być po prostu niesprawiedliwe. Tak jest z oceną przez Terlikowskiego wolnych związków. Nie przytaczając wyników żadnych badań twierdzi, że każdy tego typu związek to de facto oczekiwanie jednej ze stron związku zaspokojenia jedynie potrzeb seksualnych. W takim związku kobieta, wedle słów Terlikowskiego, staje się przysłowiowym materacem.
Ani to mądre, ani prawdziwe. Małżeństwo, co według Terlikowskiego jest najlepszym rozwiązaniem dla dwojga ludzi, nie gwarantuje samo z siebie, że którykolwiek z małżonków będzie inaczej traktowany, jak to sobie wyobraża redaktor Frondy, aniżeli w wolnym związku. Czyli jak materac. Tego nie zagwarantuje zawarcie małżeństwa. To może zagwarantować jedynie partnerstwo dwojga ludzi, wzajemna miłość i szacunek a to jest niezależne od tego, czy ktoś ma papier z urzędu stanu cywilnego lub od proboszcza.
Małżeństwo zresztą, co skrupulatnie pomija w swoim felietonie red. Terlikowski, nie gwarantuje trwałości związku ani jego bezpieczeństwa. Jak podają statystyki mamy w Polsce coraz więcej rozwodów. „W ubiegłym roku [2013 – przyp.aut.] na 181 tysięcy zawartych związków rozstało się 66 tysięcy par. Oznacza to, że wskaźnik rozwodów (czyli ich proporcja w stosunku do nowo zawartych małżeństw) wyniósł 36,4 proc. Okazuje się, że współczynnik ten z roku na rok rośnie. Jeszcze dekadę temu sięgał 25 proc., a w 2010 r. przekroczył 26,6 proc. (61,3 tys. rozwodów na 230 tys. małżeństw).” [Polacy rozstają się coraz częściej, Marta Tomaszkiewicz, Newsweek, 27.07.2014]. Trwałość małżeństwa jest więc pozorna i nie daje żadnej gwarancji bezpieczeństwa związku oraz uczciwości i wzajemnego poszanowania małżonków.
Można próbować zrozumieć przekonania pana Terlikowskiego, choć czuć w tym jakiś fałsz i lekceważący stosunek do kobiet. Jeśli z jednej strony uznaje, że wolne związki są złem samym w sobie generującym sytuacje niechciane i przykre a z drugiej pomija dość oczywiste i policzalne dane, że małżeństwo nie jest żadną gwarancją trwałości związku i jego bezpieczeństwa, to można mieć wątpliwości ile w tym szczerej troski a ile religijnej propagandy.
Sławomir Potapowicz [13 lat w szczęśliwym związku małżeńskim]
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Terlikowski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Terlikowski. Pokaż wszystkie posty
24 czerwca 2015
10 grudnia 2012
Sztachety już nie wystarczą
Tomasz Terlikowski oskarżając swoim
wpisem na facebooku kilku polityków i publicystów o spowodowanie ataku na obraz
Matki Boskiej Częstochowskiej paradoksalnie sam bierze udział w nagonce, tyle
że z innej strony barykady. Wymieniając z nazwiska - według niego - winnych czy
raczej prowodyrów tego wstrętnego aktu wandalizmu, stygmatyzuje ich w sposób
jednoznacznie negatywny. Czy i jakich konsekwencji oczekuje wobec wymienionych
osób?
Polska polityka a szerzej życie
publiczne przeżywa okres szczególny. Raz, że dzięki nowym technologiom życie
stało się znacznie prostsze, ale i przez to znacznie mniej skryte. Wszystko jest
dziś na sprzedaż. Wizerunek, poglądy, informacje i treści niezależnie jak
głupie. Dwa, konsekwencją życia przez pryzmat długości życia newsa na
jakimkolwiek portalu jest brutalizacja języka i przyzwolenie na treści, które
wcześniej uznane mogły być jedynie za chamskie dziś stają się wyznacznikiem
trendów i ludzkich postaw. Warto w tym miejscu wspomnieć choćby jeden z
wulgaryzmów, którego użył kilka lat temu Michał Wiśniewski podczas koncertu Ich
troje transmitowanego na żywo przez publiczną telewizję. Powiedział: jest
zajebiście. Trochę krygując się, trochę tłumacząc jednak wypowiedział słowa,
które mogły budzić niesmak. Dziś, tak jak kiedyś określił stan swego
zadowolenia niegdysiejszy idol nastolatek, mówi niemal każdy mniej lub bardziej
znany celebryta niezależnie od medium z jakiego korzysta by przedstawić swe
mądrości. Wówczas było nie do pomyślenia, aby można tak określać w środkach
masowego przekazu stan własnego ducha. Dziś, nikt się nawet nie zająknie i „zajebiście”
mówią niemal wszyscy … no może z wyłączeniem głównych wiadomości. Język jakiego
słuchamy, jakim operujemy stale się zmienia. Również politycy, dziennikarze
zabiegający o funkcjonowanie w medialnym przekazie, zaczynają używać języka
coraz ostrzejszego, bazującego na niskich pobudkach, zmuszającego często do nienawiści
opisywanego przeciwnika.
Używane słownictwo, które mniej
lub bardziej ma dotknąć politycznego przeciwnika odnosi się do każdej ze stron
publicznego dyskursu. Nie jest tak, że to bardziej winna jest szeroko rozumiana
centrolewica lub prawica. I jedni i drudzy mają w swych szeregach
przedstawicieli, którym język służy niczym sztacheta do okładania politycznych
przeciwników. I trzeba przyznać, że często są to sformułowania, które od
zwykłego chamstwa dzieli jedynie cienka granica. Czy jednak, niezależnie jak
brutalnego słownictwa używają polityczni przeciwnicy, można ich obwiniać za
działania ludzi chorych, zwykłych wariatów? Zabójstwo działacza PiSu, próba
zniszczenia obrazu Matki Boskiej, próba wysadzenia parlamentu, przepychanki pod
kancelarią prezydenta – czy można było uniknąć tych wydarzeń, gdyby publiczny
dyskurs kierował się innym słownictwem? Trudno powiedzieć. Być może jest trochę
prawdy w tym, że treści publiczne kreują postawy i zachowania. Wręcz
uaktywniają skryte w chorych umysłach emocje, które dają wyraz poprzez
niszczenie czy zabójstwo.
Dlatego wpis Terlikowskiego,
który z oburzeniem oskarża z nazwiska konkretnych polityków i dziennikarzy o przyczynienie
się do ataku na obraz Matki Boskiej przez chorego wandala jest niczym innym jak
kolejnym głosem w samo nakręcającej się spirali oskarżeń i nienawiści i de
facto napuszczania jednych na drugich. Końca pojedynku „na słowa” nie widać. A
i chyba widzowie, czyli wyborcy i czytelnicy, choć może lepiej mówić o
wyznawcach, nie wydają się znudzeni brutalną, słowną szermierką. Czeka nas więc
niezliczona liczba kolejnych spektakli z mniej lub bardziej wysublimowanym
słownictwem, gdzie być może sztachety w rękach adwersarzy okażą się niedługo jedynie
delikatnym przeżytkiem czasów minionych.
10 lipca 2012
Przeciwnicy in vitro posługują się kłamstwem i insynuacjami
W walce z in vitro misyjni dziennikarze spod znaku Frondy i wpolityce.pl tworzą swoistą religię kłamstwa i pomówień. Publikują niesprawdzone dane i informacje niepoparte żadnymi źródłami, tworzą mit zabójców z klinik leczenia niepłodności (lekarze i rodzice). Słowa Michała Karnowskiego w TOKfm, że w Polsce mamy do czynienia z wolną Amerykanką – czyli, że „można wziąć szufelkę i wyrzucić ludzkie zarodki na śmietnik”, to przejaw skrajnej już nie tylko głupoty, ale przede wszystkim ignorancji. Zatrważająca jest nawet nie tyle szkodliwość kłamstw, które z dużą łatwością wypowiadają Karnowski czy Terlikowski. To, co przeraża najbardziej, to że kłamią świadomie nie bacząc na prawdę.
Przeciwnicy in vitro podają liczby. To ma ich uwiarygodniać. Terlikowski pisze dla Rzeczypospolitej, że aby powstało jedno życie z procedury in vitro musi średnio zginąć dwadzieścia zarodków, dwadzieścia istnień ludzkich. Skąd on bierze te liczby? Z jakich klinik, z jakich badań? Tego nie wiadomo. Średnia z kosmosu, którą się posługuje tworzy kolejny obraz mający uwiarygadniać tezę o nieetycznym dawaniu życia za wszelką cenę. Po trupach – jak zgrabnie to ujął. W podobnym tonie wypowiada się lider opozycji, Jarosław Kaczyński. I o ile słowa Terlikowskiego można traktować jak sen wariata i nie zwracać uwagi, o tyle słowa Kaczyńskiego budzą strach. Poważny polityk przyrównujący in vitro do aborcji być może z początku śmieszy, jednak biorąc pod uwagę możliwość realnego wpływu na kształt prawa jego formacji w naszym kraju – przestaje bawić. Skądinąd przyrównanie sztucznego zapłodnienia do aborcji podczas konferencji w towarzystwie Piechy brzmi trochę przewrotnie. O ile można w ciemno zakładać, że doradca prezesa ds. zdrowia dobrze wie czym jest aborcja o tyle czym jest in vitro już niekoniecznie. Nie przeszkadza mu to jednak tworzyć i proponować rozwiązania prawne, które są zaprzeczeniem osiągnięć medycyny i stoją w sprzeczności z prawdą i zdrowym rozsądkiem. Prezes PiS mógłby głupot publicznie nie opowiadać, gdyby zdobył się choć na odrobinę wysiłku i przejrzał strony internetowe stowarzyszenia Nasz Bocian czy klinik leczenia niepłodności. Wówczas mógłby znaleźć między innymi taką o to odpowiedź na kłamstwa, które wypowiada:
„Czy metoda in vitro jest wysublimowaną aborcją?
Osoby dotknięte problemem niepłodności to ostatnia grupa społeczna, która poddałaby się zabiegowi aborcji.
Nie ma skutecznych metod oceny potencjału ludzkich gamet, dlatego udaje się poddać zapłodnieniu średnio tylko 60-70% komórek jajowych. Dodatkowo aż ok. 70% zarodków (generalnie, także w tzw. "naturze") jest obarczonych wadami genetycznymi, które uniemożliwiają ich dalszy rozwój.
Przy zapłodnieniu naturalnym szacuje się, że 50-70% poronień to poronienia subkliniczne, czyli takie, gdzie ciąża nie była jeszcze zdiagnozowana. Kobieta traci więc dziecko, nie mając nawet świadomości jego istnienia. Identyczna sytuacja zachodzi w przypadku procedury in vitro.
Statystyki w obu przypadkach są porównywalne, jednak w przypadku ciąży naturalnej nikt nie nazywa poronienia aborcją. Dla osób dotkniętych niepłodnością jest to dyskryminacja.”
Przedstawiciele PiS zaproponowali też okrągły stół w sprawie in vitro. To propozycja chyba tylko po to, aby złagodzić wydźwięk idiotycznej propozycji penalizacji sztucznego zapłodnienia, którą ostatnio przedstawili. Nikt z ludźmi kierującymi się nieprawdziwymi przesłankami, posługującymi się kłamstwami w debacie publicznej nie powinien siadać do stołu negocjacji. W sprawie in vitro nie może być konsensusu. Nie może, jeśli jedna strona proponuje całkowity jej zakaz wychodząc z przesłanek stricte religijnych. Jeśli o leczeniu ma decydować wiara i jedynie przekonanie o tym co jest słuszne a co nie, to z medycznego punktu widzenia tkwić będziemy w średniowieczu. I o ile nie mam nic przeciwko, aby dla ludzi PiS i wspierających ich dziennikarzy za jedyną formę leczenia uznać modlitwę i zioła (jeśli taki będzie ich wybór), o tyle mam poważne wątpliwości czy chcę, aby ich przekonania i wyznanie wiary decydowało o prawie do korzystania z najnowszych technik leczenia.
Przeforsowanie w Sejmie restrykcyjnych projektów zakazujących procedury sztucznego zapłodnienia, wcześniej stowarzyszenia Contra in vitro, obecnie PiSu wydaje się na szczęście mało prawdopodobne. To jednak nie przeszkadza w tworzeniu kolejnego, kłamliwego mitu przez Karnowskiego. Jako przykład dobrego ustawodawstwa podaje rozwiązanie niemieckie. Niestety także w tym przypadku posługuje się niepełną wiedzą. Nie mówi chociażby tego, że w Niemczech nakaz przeniesienia wszystkich zarodków oraz zakaz ich zamrażania przyczynił się do niskiej skuteczności procedury (bardzo niska u kobiet po 35. roku życia), częstych powikłań (liczba ciąż wielopłodowych – przede wszystkim bliźniaczych i trojaczych). Natomiast zarodków nadliczbowych nie ma. Tego typu prawo funkcjonowało także we Włoszech, jednak tam, na szczęście dla osób starających się o dziecko z in vitro, sąd konstytucyjny uchylił zakaz mrożenia zarodków.
Przeciwnicy in vitro często też posługują się w debacie o sztucznym zapłodnieniu argumentem o innych metodach leczenia niepłodności. Wskazują na tzw. naprotechnologię. A to nic innego jak wielkie oszustwo, za pomocą którego zwodzi się i oszukuje ludzi pragnących dziecka. Ta metoda „leczenia” nie jest alternatywą dla in vitro. A przynajmniej nie dla wszystkich. „Naprotechnologia to metoda diagnozowania i leczenia niepłodności polegająca na prowadzeniu dokładnych obserwacji kobiecego organizmu m.in. śluzu i tworzeniu na tej podstawie indywidualnych wytycznych dla każdej pary. Opiera się na tzw. modelach płodności Creightona. Jest niestety bezradna wobec ok. 60% przypadków niepłodności np. niedrożności lub braku jajowodów czy bardzo małej ilości lub braku plemników. W tych przypadkach jedyną skuteczną szansą na potomstwo jest in vitro.
Metoda ta jest głośno kwestionowana przez lekarzy w tym prof. Szamatowicza – twórcy in vitro w Polsce. Zdaniem profesora naprotechnologia nie wnosi niczego nowego i oryginalnego do diagnostyki i leczenia niepłodności i jest pomysłem Kościoła, na sprawienie wrażenia, że ma alternatywę dla osób walczących z niepłodnością. A ta alternatywa polega na nadaniu naukowo brzmiącej nazwy i poruszaniu się w powszechnie stosowanej wiedzy, tyle że z wykluczeniem działań nieaprobowanych przez Kościół.
Często „leczenie” tą metodą prowadzą nie lekarze, ale przeszkoleni instruktorzy, którzy w arsenale swych metod terapeutycznych mają również wsparcie duchowe i modlitwy.” (cytat za nasz-bocian.pl i novum.com.pl).
I już na sam koniec kolejny mit tworzony przez nawiedzonych, posługujących się kłamstwem dziennikarzy. Setki tysięcy zarodków niszczonych w czasie procedury zapłodnienia pozaustrojowego. To kolejne kłamstwo. Każdy zarodek dla niepłodnej pary jest ważny. Zwykle przyjmuje je wszystkie (podzielone na kolejne transfery). Te zarodki, które giną, zginęłyby tak samo w procesie naturalnym. Nie uśmierca się zarodków.
W przypadku, gdy para z jakichś powodów nie może przyjąć wszystkich zarodków, przekazuje je anonimowo innej parze do adopcji. W Polsce, zarodki nie są niszczone czy przekazywane do badań a już tym bardziej nie są wykorzystywane w przemyśle kosmetycznym jak sugerował to kiedyś obecny minister sprawiedliwości. Zarodki są bezcenne przede wszystkim dla ich rodziców. Są też nadzieją i szansą dla par, które nie mają możliwości poczęcia biologicznego potomstwa, które pragną zaadoptować zarodek.
Jeżeli istnieją kliniki (być może owi misyjny dziennikarzy mnie kiedyś oświecą i wskażą konkretnie, która czołowa polska klinika leczenia niepłodności niszczy „szufelką do kosza” zarodki), w których na życzenie rodziców można zarodki zniszczyć czy przekazać do badań, należy to koniecznie uregulować. Jednak tego wymaga przede wszystkim zdecydowane wyrzucenie szufelką do kosza „dorobku” pisowskich Talibów i przyjęcie dobrych regulacji prawnych umożliwiających procedurę sztucznego zapładniania i przede wszystkim mrożenie zarodków.
07 czerwca 2012
Z gumą czy bez gumy? A może wcale?
Wbrew pozorom Tomasz Terlikowski walczy dokładnie o to samo co Krajowe Centrum ds. AIDS, które przygotowało kampanię „Nie daj szansy AIDS”. Jak sądzę ostatecznie i jemu, tak jak i organizatorom społecznej kampanii chodzi o to, aby ludzie nie chorowali i nie umierali na AIDS. Używa jednak retoryki, którą trudno nazwać na wskroś uczciwą.
Nawet specjalnie trudno się dziwić poglądom wyrażanym przez red. Frondy. Jako naczelny świecki katolik w naszym kraju, reprezentuje poglądy, które są pochodną Jego przekonań i wiary. Ta zaś nie pozostawia złudzeń co do oceny i przede wszystkim standardów zachowań seksualnych. Rozumiem, że Terlikowskiemu trudno pogodzić się z faktem, że współżycie z kilkoma partnerami bądź partnerkami w ciągu całego dorosłego życia jest dziś społecznie akceptowalne i nie stanowi dla wielu ludzi wykładni do oceny drugiego człowieka. Szczęśliwie dziś nikt nikomu nie może zabronić współżycia z tym z kim chce i jak chce. Wolność w zakresie stosunków seksualnych jest po prostu faktem. Co nie zmienia faktu, że swoboda seksualna niesie ze sobą zagrożenia. Choroby weneryczne i AIDS.
Truizmem jest mówienie, że im więcej przypadkowych partnerów tym większa szansa na „złapanie” jakiejś choroby przenoszonej drogą płciową. Co do tego chyba wszyscy są zgodni. Ale też nie ma się co oszukiwać i zakładać, że powtarzane po wielokroć słowa o zagrożeniu związanym z przypadkowym seksem powstrzymają tych wszystkich „napalonych” mężczyzn przed łatwym i szybkim seksem, jeśli taka okazja im się nadarzy. Zwłaszcza wtedy, gdy im, tak jak kiedyś jednej z polskich wokalistek (dziś już nieco zapomnianej) „zachce się bzykać”, a która uprawiała seks ze swoim ówczesnym partnerem, nomen omen piłkarzem, w „kiblu”.
Nie wiem czym kierował się Terlikowski pisząc, że akcja Krajowego Centrum jest de facto nie fair. Oczywiście zgadzam się, że zmuszanie kobiet do nierządu, zdradzanie, oszukiwanie partnerów, którym przysięgało się wierność jest nie fair. Zgadzam się również, że prezerwatywa może pęknąć. To trzy tezy, pod którymi podpisał się naczelny Frondy i które mają przemawiać za tym, że używanie prezerwatyw i ich rozdawanie przez instytucję rządową jest złe, jest nie fair.
Po pierwsze, nie wszystkie kobiety pracujące jako prostytutki są zmuszane do nierządu. Część wybiera ten zawód jako stosunkowo łatwe i szybkie źródło dochodu. Mówienie z kolei, że część prostytutek to kobiety bite, gwałcone i zmuszane do prostytucji to raczej zarzut do instytucji państwa i to nie tylko polskiego, że nie potrafi poradzić sobie z problemem handlu ludźmi. To zjawisko oczywiście zatrważające i przede wszystkim skandaliczne, że w XXI wieku w Europie mamy jeszcze do czynienia z handlem ludźmi. Tyle tylko, że dla mnie to jest argument za legalizacją prostytucji a nie jak się domyślam po słowach Terlikowskiego zamykaniem burdeli. Każda prohibicja rodzi bowiem podziemie i prowadzi do znacznie gorszych skutków niż nawet to z czym mamy obecnie do czynienia. Skoro zaś dostęp do usług prostytutek jest dziś w naszym kraju więcej niż prosty, to lepiej, aby korzystający z ich usług mężczyźni korzystali z prezerwatyw, aniżeli podejmowali ryzyko zarażenia się AIDS.
Po drugie, oczywiste jest, że zdrada partnera jest złem. Oszukiwanie drugiego człowieka, bliskiej osoby, partnera czy małżonki i to niezależnie od sfery jakiej dotyczy, jest czymś złym i upokarzającym. Zwłaszcza, gdy dotyczy spraw tak intymnych jak seks, jeśli przysięgało się wierność. Ale też seks nie dotyczy osób tylko związanych węzłem małżeńskim czy będących w trwałych związkach partnerskich. Jest całe grono ludzi, którzy nie związani jakimikolwiek przysięgami uprawiają seks. Pisanie więc jak czyni to Terlikowski, że państwo zachęca a wręcz niemal rozbija rodziny, bo namawia i propaguje bezpieczny seks w prezerwatywie jest kolejnym nadużyciem. Skądinąd, jeśli nawet założymy, że jest tak jak mówi Terlikowski, czego oczywiście wykluczyć nie można, że przypadkowy seks dotyczy też a może raczej przede wszystkim ludzi związanych z innymi osobami, to chyba lepiej, aby zażywali przyjemności przypadkowego seksu w zabezpieczeniu. Wychodzę z założenia, że lepiej mieć kaca moralnego niż zarażonego lub zarażoną partnerkę chorobą weneryczną i kłopot wówczas nie tylko z własnym sumieniem. Prezerwatywa na członku niewiernego partnera może uchronić drugą, bliską mu osobę przed niechcianą niespodzianką w postaci nieuleczalnej choroby a w najlepszym razie przed chorobą weneryczną.
Po trzecie, Terlikowski twierdzi, że prezerwatywa nie daje pełnego bezpieczeństwa. Nie daje. Może pęknąć, zsunąć się etc. Choć to jak rozumiem redaktor naczelny Frondy zna jedynie z literatury a nie z autopsji. W końcu kościół katolicki zabrania używania środków antykoncepcyjnych w tym także prezerwatyw. A ta z kolei jest jednym z kilku, zgoda, że niedoskonałych, ale jednak zabezpieczeń przed chorobami wenerycznymi i przed AIDS.
Nie dziwię się, że Terlikowski nazywa rozwiązłość seksualną rozpustą. Ma do tego prawo. Tak jak ma prawo do mówienia, że najlepszą ochroną przed AIDS i chorobami wenerycznymi jest wstrzemięźliwość seksualna i wierność. I nie ma też żadnego znaczenia co mówi Terlikowski, gdy uświadomimy sobie, że coraz mniej ludzi przyjmuje za wyznacznik własnych zachowań moralność katolicką, bo to znaczy, że Polki i Polacy nie są ani przesadnie wstrzemięźliwi ani też przesadnie wierni. Nie są też przesadnie różni w swoich zachowaniach seksualnych od większości europejczyków. A skoro tak jest, to właśnie obowiązkiem państwa i jego służb jest uświadomienie do czego może prowadzić przypadkowy seks bez zabezpieczenia. Tak właśnie odczytuję akcję Krajowego Centrum ds. AIDS. I nie żałuję, że także dzięki moim podatkom być może komuś uda się dzięki darmowej prezerwatywie uniknąć przykrej niespodzianki po Mistrzostwach Europy w Polsce i na Ukrainie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)