19 maja 2026

Alternatywa dla budownictwa komunalnego?

Warszawa wprowadza nowy instrument polityki mieszkaniowej. Społeczna Agencja Najmu ma służyć zwiększeniu dostępności mieszkań na wynajem dla osób o umiarkowanych dochodach, które nie kwalifikują się do mieszkań komunalnych, a jednocześnie nie stać ich na rynkowy najem.

Podczas ostatniej sesji Rady Warszawy, na wniosek Prezydenta Warszawy Rafała Trzaskowskiego, radni miasta zdecydowali o przyjęciu uchwały w sprawie zasad ubiegania się oraz kryteriów uprawniających do zawarcia umowy najmu ze społeczną agencja najmu (SAN) przez osoby zamieszkujące w Warszawie. Podstawowym celem uchwały jest wprowadzenie nowej formy pomocy mieszkaniowej udzielanej przez Warszawę.

Co to jest SAN?

W założeniu SAN ma być pośrednikiem między właścicielem mieszkania a najemcą – przejmując od właściciela lokal w zarząd, gwarantując mu regularny czynsz, a następnie podnajmując lokal osobie potrzebującej, stosując niższe stawki najmu. Oczywiście najemca musi spełniać kryteria określone w uchwale rady miasta m.in. rozliczać podatek dochodowy od osób fizycznych w Warszawie, zamieszkiwać w stolicy i nie posiadać innego lokalu, który może wykorzystać do zaspokojenia potrzeb mieszkaniowych. Ważne są też kryteria dochodowe, które z jednej strony pozwolą przyszłym najemcą pokryć koszty czynszu, a z drugiej, są na tyle niskie, że nie pozwalają na realizację potrzeb mieszkaniowych we własnym zakresie.

Agencje mogą również pomagać w utrzymaniu mieszkań, egzekwowaniu płatności oraz w rozwiązywaniu ewentualnych problemów społecznych najemców. Dzięki temu ryzyko właściciela jest minimalne, a osoba w trudniejszej sytuacji zyskuje realną szansę na godne mieszkanie.

W Warszawie, dzięki działalności SAN, ma się zwiększyć oferta mieszkaniowa bez konieczności budowy nowych lokali. Rozwój agencji może też wpłynąć stabilizująco na rynek najmu prywatnego. Stałe czynsze, dłuższe umowy i wsparcie instytucjonalne zwiększa poczucie bezpieczeństwa najemców i może mieć pozytywny wpływ na ograniczenie spekulacji. Z kolei właściciele mieszkań, zyskują pewność regularnych wpłat i mniejsze ryzyka konfliktów z nieuczciwymi najemcami. W dłuższej perspektywie Społeczne Agencje Najmu mogą przyczynić się do bardziej zrównoważonego, odpowiedzialnego modelu rynku mieszkaniowego w Polsce.

Na początek 50 lokali

Warszawski ratusz zakłada, że początkowo to gmina będzie finansować działalność SAN. Przyjęto, że w pierwszym roku umowa zostanie zawarta na 50 lokali, co ma służyć weryfikacji możliwości działalności SAN na warszawskim rynku. Docelowo zakłada się, że SAN będzie dysponował 300 lokalami, których czynsz ma być 15-20% niższy niż cena rynkowa i będzie pokrywać koszty dzierżawy. To optymistyczne założenie, ale też dotychczasowe doświadczenia z innych miast w Polsce wskazują, że możliwe.

Nie ma nic za darmo

Rozwiązania jakie proponuje SAN, przynajmniej w teorii, są bardzo optymistyczne. Wydaje się, że każda ze stron, najemca, wynajmujący i gmina reprezentowana przez agencję, jest w tym modelu wygrana. Niestety trzeba się liczyć z kosztami.

W warszawskim modelu, przy założeniu, że w pierwszym okresie SAN będzie zarządzał mniejszą liczbą lokali, szacowane koszty są projektowane na poziomie ponad 300 tysięcy złotych. Natomiast przy modelu docelowym, a więc z 300 lokalami, kwotę tę można oszacować na ok 1,5 mln złotych rocznie. Nie są to więc małe koszty.

Trudno przesądzać, jaki będzie ostatecznie los warszawskiego SANu. Jego rozwój zależy od kilku czynników – przede wszystkim zaangażowania ratusza, dostępności finansowania oraz współpracy z organizacjami pozarządowymi. Kluczowe jednak pozostanie zapewnienie, by czynsze pozostawały na poziomie dostępnym dla gospodarstw domowych o niskich dochodach, ale jednocześnie gwarantowały właścicielom mieszkań minimalną opłacalność. Jeśli te warunki zostaną spełnione, SAN ma szansę stać się istotnym elementem łagodzenia kryzysu mieszkaniowego w Stolicy.

21 stycznia 2026

Jeszcze jeden nowy most…

Most na Zaporze to jedna z najdłużej oczekiwanych inwestycji przez mieszkańców Wawra i Wilanowa. Planowany w latach 80. XX wieku wciąż nie może się doczekać realizacji. Tymczasem dyskusja o Planie Ogólnym i Strategii Warszawa2040+ stała się dobrym przyczynkiem do rozmów o powrocie do planów budowy kolejnej przeprawy przez Wisłę.

Skąd taki pomysł?

Nie ma przypadku w nazwie trasy i mostu Na Zaporze. Planowany w latach 80. XX wieku stopień wodny, jaki miał powstać na Wiśle, wydawał się naturalny do poprowadzenia po nim przeprawy drogowej. Trasa miał biec od ul. Augustówka w Wilanowie i łączyć się z Wałem Miedzeszyńskim w okolicach ul. Chodzieskiej i dalej prowadzić do centrum Międzylesia. Zmiana planów związanych ze stopniem wodnym spowodowała, że odstąpiono od planów budowy przeprawy.

Nie znaczy to, że wraz ze zmianą planów inwestycyjnych zniknęło również myślenie o moście łączącym Wawer z Wilanowem. Wręcz przeciwnie. Pomysł często powracał w publicznych dyskusjach, by ostatecznie znaleźć się w stanowisku Rady Dzielnicy Wawer z 14 stycznia br., która domaga się „rozważenia możliwości realizacji Mostu Na Zaporze jako uzupełniającej przeprawy przez Wisłę, powiązanej z układem drogowym Wawra.”

Jest klimat

Klimat do budowy Mostu Na Zaporze jest dobry. Po pierwsze, Wawer korzysta ze sporów i głośno wyrażanych wątpliwości przez dzielnicę Żoliborz, która nie chce budowy mostu Krasińskiego. Miejskie biuro architektury umieściło tę inwestycję w Strategii Warszawa 2040+, co wzburzyło część mieszkańców i dzielnicowych radnych. W rewolucyjnym klimacie oporu, w swoim stanowisku umieścili nawet sformułowanie, że „mosty, w tym z trasami tramwajowymi, stanowią element infrastruktury krytycznej i są w pierwszej kolejności narażone na ataki z powietrza.” Idąc tym tropem, wszelkie przeprawy mostowe najlepiej budować poza Warszawą. Pomijając jednak ten humorystyczny passus, wydawało się poważnej instytucji, radni i władze dzielnicy Wawer odpowiadają: skoro Żoliborz nie chce mostu, to porzućmy plany związane z budową mostu Krasińskiego i skupmy się na moście Na Zaporze.

Po drugie, Wawer to jedna z najdynamiczniej rozwijających się warszawskich dzielnic. Kolejna przeprawa, lokalna wpisuje się w kierunek rozwoju transportu zbiorowego i drogowego określony w najważniejszych dokumentach strategicznych stolicy. Realizacja inwestycji, która zakłada budowę mostu na Wiśle, wykonanie ciągów pieszych, wykonanie ścieżek rowerowych, infrastruktury towarzyszącej – oświetlenia i odwodnienia, przebudowę urządzeń infrastruktury to poprawa płynności poruszania się po tej części miasta, odciążenie innych przepraw mostowych i zwiększenie bezpieczeństwa ruchu drogowego. To też znaczna poprawa wygody w zakresie przemieszczania się pomiędzy dzielnicami przedzielonymi w sposób naturalny Wisłą.

To budujmy

I tu przechodzimy do najtrudniejszego etapu. Póki co Most Na Zaporze pozostaje w sferze planów, chęci, apeli i stanowisk. Nie budzi większych kontrowersji, jest oczekiwany przez mieszkańców Wawra, ale tez Wilanowa i w dalszej kolejności Mokotowa i Ursynowa, a mimo wszystko nie ma szczęścia. Brakuje przysłowiowej kropki nad i, czyli decyzji o zarezerwowaniu środków i wpisaniu inwestycji do budżetu miasta i WPF. Oczywiście mówimy o niemałej kwocie. W 2015 roku szacowano koszty na prawie 700 mln zł. Dziś, kwota ta może być większa wliczając w zakres inwestycji także dojazdy, dodatkowe zjazdy i inwestycje towarzyszące.

Niemniej Most Na Zaporze to nie tylko koszty. To przede wszystkim poprawa jakości życia mieszkańców południowej części Warszawy. A przecież o to powinno chodzić. Czynienie życia lepszym i prostszym. Most Na Zaporze będzie łączył nie tylko brzegi, ale też ludzi.

Dlatego jestem za budową kolejnej przeprawy przez Wisłę!

20 listopada 2025

Przeciwko wyższemu podatkowi od niesprzedanych nieruchomości

 Klub Lewicy i MJN w Radzie Warszawy zgłosił projekt uchwały, który kierunkowo miał zobligować prezydenta Warszawy, do ustanowienia najwyższej stawki podatku od nieruchomości dla lokali będących pustostanami. Problem w tym, że projekt jest niezgodny z prawem i przede wszystkim zły. I dobrze, że Rada Warszawy go odrzuciła. Wnioskodawcy zakładają bowiem, że poprzez wyższy podatek od nieruchomości zmuszą, w szczególności deweloperów, do sprzedaży mieszkań. Nie tędy droga.

A jak reagują inni?

Niektóre miasta, takie jak Katowice czy Kraków, podjęły już podobne uchwały. W stolicy Śląska, władze miejskie chcą zastosować wyższą stawkę podatku, nawet 5 lat wstecz. Z kolei prezydent Krakowa, opiniując uchwałę w sprawie ustalenia kierunków działania dla Prezydenta Miasta Krakowa dotyczących pobierania podatku od nieruchomości od budynków mieszkalnych lub ich części zajętych na prowadzenie działalności gospodarczej wskazał wyraźnie uwagi do przedstawionych zapisów. Między innymi zauważył, że sądy administracyjne w wydanych orzeczeniach wielokrotnie wypowiadały się na temat przesłanek, które muszą zostać spełnione, aby budynek mieszkalny mógł zostać opodatkowany stawką najwyższą. Z orzeczeń tych wynika jednoznacznie, że samo posiadanie lokalu mieszkalnego czy budynku mieszkalnego przez przedsiębiorcę (w tym dewelopera) nie jest wystarczającą przesłanką do opodatkowania takich powierzchni stawką najwyższą. Powierzchnie te muszą bowiem zostać zajęte fizycznie na prowadzenie działalności gospodarczej; potrzebne jest rzeczywiste wykorzystywanie powierzchni mieszkalnej na działalność gospodarczą, np. gabinet lekarski, biuro rachunkowe, sklep w parterze domu itp..

Warto pamiętać, że zasady opodatkowania budynków mieszkalnych reguluje ustawa z dnia 12 stycznia 1991 r. o podatkach i opłatach lokalnych. Budynki mieszkalne lub ich części, co do zasady, podlegają opodatkowaniu niską stawką mieszkalną, wpisując się w ten sposób w politykę państwa sprzyjającą zaspokajaniu potrzeb mieszkaniowych. Zasada ta podlega ograniczeniu, jeśli cel mieszkalny zostaje zastąpiony celem gospodarczym w ten sposób, że powierzchnie mieszkalne (lokale, budynki) zostają zajęte na prowadzenie działalności gospodarczej. Tym bardziej więc, całkowicie niezrozumiałe jest założenie, że mieszkania będące towarem na sprzedaż, oferowane na rynku, oczekujące na sprzedaż, do czasu ich zbycia mają podlegać opodatkowaniu najwyższą stawką nieruchomości zajętych na działalność gospodarczą. Logicznym jest, że jeśli deweloper miałby płacić wyższą stawkę od mieszkań czekających na nowych właścicieli, to koszty podwyższonego podatku przerzuci na kupującego. Zatem paradoksalnie, wbrew oczekiwaniom wnioskodawców, może to prowadzić do wzrostu cen mieszkań.

A co na to NSA?

A przecież NSA w wyroku z 21 października 2024 roku, na który powołują się wnioskodawcy, właśnie temu chciał zapobiec. W sentencji uchwały, NSA wyraził pogląd, iż realizowanie w budynku lub lokalu mieszkalnym funkcji mieszkaniowych, rozumianych jako trwałe zaspokajanie potrzeb mieszkaniowych, powoduje, że dalej są opodatkowane stawką mieszkalną, nawet jeśli są wynajmowane w ramach działalności gospodarczej. Jednocześnie w uzasadnieniu uchwały NSA wskazał, że stawka mieszkaniowa nie powinna być stosowana do tzw. trwałych pustostanów. Precyzyjnie rzecz ujmując, chodzi o sytuację, w której przedsiębiorca wyłącza w sposób trwały zasób mieszkalny z użytkowania na cele mieszkaniowe. Wówczas powinien płacić wyższą stawkę podatku od nieruchomości. Ale też podobna sytuacja ma niewiele wspólnego z przedsiębiorcami, którzy budują lokale mieszkalne na cele mieszkaniowe lub je sprzedają. Sam przedmiot ich działalności wskazuje, że nie ma mowy o trwałym wyłączeniu lokali z realizacji celów mieszkaniowych.

Warto też podkreślić, biorąc pod uwagę stanowisko warszawskiego ratusza wyrażone przez wydział prasowy, że warszawski ratusz stosuje najwyższa stawkę podatku, jeśli budynek lub lokal mieszkalny traktowany jest jako lokata kapitału. Zatem żadna dodatkowa uchwała nie jest w Warszawie potrzebna. Tym bardziej, że przecież niesprzedane jeszcze mieszkania, będące w zasobach deweloperów, zgodnie z orzecznictwem, powinny być traktowane jako towar o przeznaczeniu mieszkalnym i opodatkowane najniższą stawką.

O co chodzi

Należy pamiętać, że uchwała NSA, na którą powołują się wnioskodawcy, została wydana w odpowiedzi na rozbieżności w orzecznictwie dotyczące stawek podatku od nieruchomości w przypadku najmu mieszkań przez przedsiębiorców. Wątpliwości budziło zagadnienie czy lokale wynajmowane na cele mieszkaniowe, ale stanowiące część działalności gospodarczej, należy uznać za „zajęte na prowadzenie działalności gospodarczej”?

Sąd w pełni podzielił to stanowisko uznając, że jeśli lokal służy zaspokajaniu potrzeb mieszkaniowych, to nie jest zajęty na prowadzenie działalności gospodarczej, nawet jeśli jego właścicielem jest przedsiębiorca. Ale jednocześnie sąd dopuścił możliwość uznania pustego budynku za „zajęty” jedynie wtedy, gdy brak realizacji funkcji mieszkaniowej wynika ze świadomej decyzji biznesowej np. w sytuacji, gdy lokale są nabywane w celach inwestycyjnych jako forma długoterminowej lokaty kapitału w oczekiwaniu na wzrost cen.

NSA odnosił się więc do funduszy inwestycyjnych lub dużych podmiotów traktujących mieszkania jak towar w portfelu, a nie do deweloperów, którzy wybudowali lokale z zamiarem ich sprzedaży. 

Na koniec trzeba podkreślić, że Uchwała NSA z 21 października 2024 r. miała na celu przede wszystkim ujednolicenie orzecznictwa dotyczącego opodatkowania najmu. Interpretacja uchwały przez niektórych polityków i samorządy zmierza raczej w kierunku stworzenia podstaw do fiskalnego karania deweloperów za niesprzedane mieszkania. Wydaje się, że jest to rozszerzenie sensu uchwały NSA w sposób całkowicie nieuprawniony.

24 czerwca 2015

Terlikowski, wolne związki, materac

Red. Tomasz Terlikowski znów snuje śmiałe tezy. Tym razem, na kanwie przykrych wydarzeń związanych z życiem osobistym Ryszarda Kalisza i jego byłej partnerki pani Ingi Pietrusińskiej, dowodzi, że wolne związki to de facto uprzedmiotowienie kobiet, które dla mężczyzny w takim związku stają się jedynie materacem.

Wszelkie generalizowanie niesie ze sobą zawsze duży margines błędu a czasem może być po prostu niesprawiedliwe. Tak jest z oceną przez Terlikowskiego wolnych związków. Nie przytaczając wyników żadnych badań twierdzi, że każdy tego typu związek to de facto oczekiwanie jednej ze stron związku zaspokojenia jedynie potrzeb seksualnych. W takim związku kobieta, wedle słów Terlikowskiego, staje się przysłowiowym materacem.

Ani to mądre, ani prawdziwe. Małżeństwo, co według Terlikowskiego jest najlepszym rozwiązaniem dla dwojga ludzi, nie gwarantuje samo z siebie, że którykolwiek z małżonków będzie inaczej traktowany, jak to sobie wyobraża redaktor Frondy, aniżeli w wolnym związku. Czyli jak materac. Tego nie zagwarantuje zawarcie małżeństwa. To może zagwarantować jedynie partnerstwo dwojga ludzi, wzajemna miłość i szacunek a to jest niezależne od tego, czy ktoś ma papier z urzędu stanu cywilnego lub od proboszcza.

Małżeństwo zresztą, co skrupulatnie pomija w swoim felietonie red. Terlikowski, nie gwarantuje trwałości związku ani jego bezpieczeństwa. Jak podają statystyki mamy w Polsce coraz więcej rozwodów. „W ubiegłym roku [2013 – przyp.aut.] na 181 tysięcy zawartych związków rozstało się 66 tysięcy par. Oznacza to, że wskaźnik rozwodów (czyli ich proporcja w stosunku do nowo zawartych małżeństw) wyniósł 36,4 proc. Okazuje się, że współczynnik ten z roku na rok rośnie. Jeszcze dekadę temu sięgał 25 proc., a w 2010 r. przekroczył 26,6 proc. (61,3 tys. rozwodów na 230 tys. małżeństw).” [Polacy rozstają się coraz częściej, Marta Tomaszkiewicz, Newsweek, 27.07.2014]. Trwałość małżeństwa jest więc pozorna i nie daje żadnej gwarancji bezpieczeństwa związku oraz uczciwości i wzajemnego poszanowania małżonków.

Można próbować zrozumieć przekonania pana Terlikowskiego, choć czuć w tym jakiś fałsz i lekceważący stosunek do kobiet. Jeśli z jednej strony uznaje, że wolne związki są złem samym w sobie generującym sytuacje niechciane i przykre a z drugiej pomija dość oczywiste i policzalne dane, że małżeństwo nie jest żadną gwarancją trwałości związku i jego bezpieczeństwa, to można mieć wątpliwości ile w tym szczerej troski a ile religijnej propagandy.

Sławomir Potapowicz [13 lat w szczęśliwym związku małżeńskim]

14 czerwca 2015

Cejrowski - mistrz niedopowiedzeń

Wojciech Cejrowski ma niewątpliwą umiejętność formułowania krótkich acz treściwych przekazów. W czasie kampanii prezydenckiej prosty w przekazie, krótki i wymowny spot z rozrywaniem plakatu urzędującego prezydenta zrobił więcej szkody kampanii Bronisława Komorowskiego aniżeli wszystkie inne mniej lub bardziej oficjalne filmy stworzone w sztabie Andrzeja Dudy. Tym razem, jako komentator rzeczywistości, udostępnia w sieci kolejną wypowiedź, w której domaga się prawa do odwołania posłów.
Mówiąc o instytucja odwołania (tzw. recall) piastuna danej funkcji, Cejrowski – stojąc na tle budynku Sejmu RP – podparł się w swej wypowiedzi argumentem o istnieniu tej instytucji w Polsce przed wojną (można założyć, że chodziło mu o okres międzywojenny) oraz wskazał, że tego typu rozwiązania funkcjonują zarówno w Kanadzie i USA.
Pomijając temat podstawowy, a więc czy instytucja ta jest potrzebna czy nie, warto przez chwilę skupić się na podanych przed podróżnika przykładach. Lektura przedwojennych konstytucji, ale i ordynacji wyborczych nie pozwala na stwierdzenie, że Cejrowski posłużył się prawdziwym argumentem. W II RP jasno i czytelnie określono kiedy następuje wygaśnięcie i utrata mandatu. Jednak trudno dostrzec jakikolwiek zapis, który upoważniałby do stwierdzenia, że istniał mechanizm odwołania posła przez wyborców (a przynajmniej autor wpisu nie znalazł!). Być może Cejrowskiemu chodziło o mandat poselski związany instrukcjami, ale to by wskazywało, że pomylił II RP z czasami przedrozbiorowymi. Wówczas to, mandat posła był ściśle związany instrukcjami sejmików szlacheckich co skutecznie zniosła, ustanawiając mandat wolny, dopiero Konstytucja 3 Maja.
Inne przykłady, na które się powołuje to Kanada i USA. Tu również można mieć wątpliwości co do rzetelności wypowiedzi Cejrowskiego. Skoro stoi na tle sejmu to można oczekiwać, że chodzi mu o parlamenty krajowe wymienionych jako przykłady krajów. Tak jednak nie jest. Instytucja recall rzeczywiście istnieje w Kanadzie i USA, ale na poziomie stanów i prowincji. Warto dodać, że w przypadku Kanady istnieje jedynie w jednej prowincji – Kolumbii Brytyjskiej i w zasadzie ani razu, od kiedy wyborcy mogą korzystać z tego instrumentu, nie została doprowadzona do skutecznego finału. Zawsze brakowało wymaganych podpisów do odwołania wcześniej wybranego przedstawiciela. Co istotne, w Kolumbii Brytyjskiej ta procedura odnosi się jedynie do osób wchodzących w skład prowincjonalnego organu ustawodawczego. Z kolei w USA katalog stanowisk podlegających instytucji recall jest znacznie większy, bo obejmuje stanowiska znajdujące się w obrębie legislatywy, egzekutywy jaki i judykatywy. To z kolei jest pokłosiem amerykańskiej tradycji i specyfiki, gdzie większość stanowisk szczebla stanowego jest obsadzana w drodze wyborów powszechnych.
Wielu widzów Wojciecha Cejrowskiego łatwo ulega magii prostych rozwiązań jakie przedstawia w swoich wypowiedziach. Szkoda, bo gdy przyjrzeć się bliżej proponowanym, z pozoru prostym rozwiązaniom, łatwo dostrzec, że ani one proste, ani tym bardziej tanie dla wyborców. A i też niewiele rozwiązują. Często prostsze i skuteczniejsze rozwiązania są już dostępne. Choćby weryfikacji naszych parlamentarzystów podczas wyborów. Tylko aby to zrobić, trzeba po prostu chodzić na wybory i w sposób przemyślany dokonywać skreśleń.

31 maja 2015

Platforma umiera

Do I tury wyborów prezydenckich wszystko wyglądało dobrze. Mimo że poparcie dla Bronisława Komorowskiego zmniejszało się im bliżej rozstrzygnięcia mało kto wierzył, że może przegrać. Politykom Platformy trudno też uwierzyć, że to nie urzędujący jeszcze prezydent przegrał, ale że przegrała ich formacja. I to nie tylko wybory prezydenckie. Właśnie przegrywają wybory parlamentarne i swoją przyszłość.
W mało subtelny sposób, wręcz obcesowy, sekretarz generalny PO Andrzej Biernat po posiedzeniu zarządu partii podsumowującym wyniki wyborów odcinał się od przegranego prezydenta. To samo czynił inny członek Zarządu Sławomir Neumann. I pewnie wyrażali opinię większości zarządu partii. Ten ruch jasno pokazuje panikę jaka zapanowała w szeregach rządzących. Jakby zapomnieli, że władza nie jest im dana raz na zawsze.
Polityka sklejania różnych, często bardzo różnych środowisk od lewa do prawa, brak realizacji obietnic wyborczych i wreszcie zwykłe kumoterstwo w urzędach a także język tzw. elit politycznych ujawniony na nagraniach kelnerów musiało w końcu przynieść efekt buntu wyborców. Ci z kolei dostrzegli, że ani PiS taki straszny po 8 latach od rządu Jarosława Kaczyńskiego ani Platforma taka nowoczesna i skupiona na modernizacji kraju.
Niezastąpiony, jak się wydawało, Donald Tusk odszedł w najlepszym dla siebie momencie. Na swoją następczynię wskazał Ewę Kopacz. Sam ten fakt wskazuje, jakie mechanizmy kierują wewnętrznymi nominacjami. Z perspektywy Tuska to ruch całkowicie zrozumiały. Lojalna wobec Tuska posłanka z Radomia, bez znaczącej pozycji wewnątrz partii i bez sukcesów w ministerstwie zdrowia wydawała się idealnym liderem na czas, kiedy Tusk emigruje do Brukseli. Jej zadaniem było trwać i zachować silne struktury na czas kiedy Tusk wróci do kraju, by ponownie zaangażować się w krajową politykę. W międzyczasie dokonał eliminacji wszystkich znaczących postaci. Gdy dziś spojrzeć na elitę Platformy Obywatelskiej to nie ma tam żadnej istotnej, znaczącej, obdarzonej charyzmą postaci. No bo kto? Andrzej Biernat? Wolne żarty. Sławomir Neumann, który ma kłopoty ze sformułowaniem myśli? Hanna Gronkiewicz-Waltz, która utknęła w Warszawie na dobre i już raczej żadnej istotnej roli w krajowej polityce nie odegra? Reszta to postacie albo mało znane i niesamodzielne albo poobijane przez różne mniej lub bardziej dotykające ich afery jak choćby afera pistoletowa z Cezarym Grabarczykiem w roli głównej.
Jest jeszcze minister Grzegorz Schetyna. Jednak zmarginalizowany i publicznie przez Tuska upokorzony. Sprowadzony do roli chłopca na posyłki, po objęciu teki ministra spraw zagranicznych odżył. Jednak coraz częściej wymieniany jako zagrożenie dla przywództwa Ewy Kopacz jest na celowniku wewnętrznych harcowników, którzy zadbają by ambicje ministra w nadchodzących wyborach skończyły się co najwyżej na starcie do Senatu.
Inny problem Platformy to PiS. Partia, którą straszono przed każdymi wyborami. Dziś jasno widać, że ta retoryka trafia do niewielu. Poza tym spece od kampanii powinni z pokorą przyjąć wynik wyborów prezydenckich, posypać głowę popiołem i przyjąć kampanię Dudy jako szansę na naukę. Tak źle zrobionej przez Platformę i nie przemyślanej kampanii w Polsce nie było do ponad 25 lat. A PiS po lifitingu, z Jarosławem Kaczyńskim głęboko schowanym, okazał się dla wielu wyborców całkiem atrakcyjną ofertą. Na tyle atrakcyjną, że to w sztabie Andrzeja Dudy unoszono ręce do góry i to dwukrotnie. Dodatkowo, zwłaszcza teraz, po zwycięstwie Dudy Prawo i Sprawiedliwość nabrało wiatru w żagle i jako partia do jesiennych wyborów idzie z przekazem zmiany, której większość Polaków, także dotychczasowych wyborców PO po prostu oczekuje.
Kolejna przeszkoda z jaką musi się zmierzyć Ewa Kopacz i jej formacja to rodząca się właśnie nowa oferta, skierowana głównie do dotychczasowych wyborców Platformy. NowoczesnaPL z Ryszardem Petru to de facto Platforma Obywatelska. Jednak nowsza, bez obciążeń, bez milionów z budżetu państwa, bez skompromitowanych polityków, którzy przyzwyczajeni do krewetek i ośmiorniczek zapomnieli, że menu większości obywateli ich kraju to schabowy z ziemniakami i mizerią. To oczywiście nie znaczy, że liderzy NowoczesnejPL a zwłaszcza ich przywódca, bankowiec o uposażeniu więcej niż przeciętnym nie jada ośmiorniczek. Jednak ma tę przewagę, że jada je za swoje a nie na ministerialną kartę służbową. Petru ma szansę zebrać wyborców „wkurzonych” polityką trwania, jaką prezentuje Platforma od kilku lat. Ma szansę zebrać ten elektorat, który nie chce głosować na PiS, z obrzydzeniem patrzy na PO i dotychczas nie wiedział, mimo liberalnych przekonań i wartości, nie będąc zabarwiony lewicową estetyką i wierzący w siłę własnych rąk a nie państwowego rozdawnictwa, na kogo głosować. Ryszard Petru stwarza takiemu wyborcy alternatywę. I nawet jeśli ostatecznie nie przekroczy progu wyborczego, to ewentualny start jego formacji w wyborach parlamentarnych zabiera kilka punktów Platformie, której może zabraknąć by myśleć o tworzeniu jakiejkolwiek koalicji w następnym sejmie.
Wreszcie Kukiz i jego zmieleni. Największa niespodzianka wyborów prezydenckich, ale też największa niewiadoma przyszłych wyborów parlamentarnych. Nie wiadomo co Kukiz prezentuje i z jakim programem wystąpi. Same JOWy, pomijając ich absurdalność, to jednak mało. Nie wiadomo też, kto będzie z Kukizem w nowym Sejmie. Co nie zmienia faktu, że jeśli wprowadzi do parlamentu swoich ludzi, a sondaże dają mu obecnie nawet drugą pozycję, będzie współtworzył rząd. I to co wydawało się niemożliwe, czyli brak koalicjanta dla PiS właśnie powstaje. Można było sobie bowiem wyobrazić, że nawet przy zwycięstwie PiSu, Platforma będzie nadal rządzić. Ale gdy w sejmie znajdą się ludzie Kukiza, a PSL i zwłaszcza SLD będą walczyć jedynie o przetrwanie, to rząd PiSu i Kukiza jest więcej niż pewny. A gdy powstanie nowy rząd to można z dużą pewnością założyć, że zwłaszcza w zakresie badania afer, które targały życiem publicznym przez ostatnie 8 lat będzie się zajmował nimi skutecznie i dogłębnie. A to nie będzie sprzyjało ani politykom Platformy ani konsolidacji wokół nich nowych środowisk. Jest więcej niż pewne, że będzie to bolesna kuracja dla polityków PO.
Inna sprawa to postacie jakie Platforma w ostatnim czasie forsowała jako swoich liderów. Trudno bowiem za takich uznać zarówno Romana Giertycha jak i Michała Kamińskiego. Ludzie reprezentujący wrażliwość i estetykę pisowską stali się nagle nawróconymi wyznawcami geniuszu Ewy Kopacz i jej formacji. Przeciętnemu wyborcy trudno uwierzyć w taką przemianę, zwłaszcza, że przypadek Michała Kamińskiego może być rozpatrywany w kategoriach „skoku do korytu”, od którego temu politykowi trudno się oderwać. Doradca premier Kopacz i jednocześnie minister w jej kancelarii miał wyjątkowo duży udział w kampanii prezydenta Komorowskiego przed II turą. I jak się okazuje jego urok i medialna nadpobudliwość na wyborcę liberalnego nie działa jak w poprzednich kampaniach realizowanych dla prezesa Kaczyńskiego.
Ostatnia rzecz to skrzydła Platformy. Gdy wszystko się układa, partia zmierza do zwycięstwa głosów rozłamowych, podważających przywództwo jest mało lub wcale. Gdy zaś okręt zaczyna tonąć, a posłowie z dalszych ław zaczynają dostrzegać, że z odległych miejsc na liście nie ma szans na zdobycie mandatu, zaczyna się poszukiwanie dla siebie nowego miejsca w życiu. Jedni będą się łudzić, że może jakimś cudem w ich okręgu uda się zdobyć mandat jak 4 lata wcześniej, inni z kolei, będą podkreślać dzielące ich z przywództwem różnice, i szukać miejsca w PiS lub u Kukiza. Już podnoszą się głosy, że tzw. skrzydło konserwatywne w PO szuka możliwości wejścia na listy Prawa i Sprawiedliwości. Dla samej Platformy być może to niewielki uszczerbek ludzki i intelektualny, ale wizerunkowo to znacząca porażka. To sygnał dla potencjalnych wyborców, że Platforma się sypie. Że zaczyna przegrywać i że jesienią jest skazana na porażkę. A skoro opuszczają ją członkowie to dlaczego mają przy niej pozostać wyborcy?
Trudno dziś dostrzec jakikolwiek pomysł Platformy Obywatelskiej na wygraną w jesiennych wyborach. Prawdą jest, że od porażki w kampanii prezydenckiej minęło zaledwie kilkanaście dni. Nie można więc oczekiwać, że partia rządząca przedstawi natychmiast program utrzymania władzy a przede wszystkim dotychczasowego wyborcy. Jednak minimum jakie może dziś Platforma wykonać i co powinna zrobić, to zacząć realizować obietnice. W obiecywaniu nie mają sobie w końcu równych. W braku realizacji obietnic, również. I może to jest główny i najważniejszy problem, którego zadowoleni z życia, obrośnięci w przywileje przedstawiciele kasty rządzącej, w zadymionych gabinetach nie potrafią zrozumieć. I tu akurat trudno im się dziwić. Zza dymu cygar niewiele widać.

08 maja 2015

KPH ZABIEGA O RÓWNY DOSTĘP DO IN VITRO

Premier Ewa Kopacz jeszcze niedawno z przekonaniem mówiła o konieczności i chęci zakończenia w tej kadencji parlamentu prac nad ustawą o leczeniu niepłodności, powszechnie zwaną ustawą o in vitro. I dobrze. Ta dziedzina medycyny wymaga pilnego uregulowania. Jednoznacznego i korzystnego dla osób starających się o potomstwo. Wszystkich osób, a nie, na co zwraca uwagę Kampania Przeciw Homofobii, jedynie dla małżeństw i konkubentów heteroseksualnych.

Zgodnie z interpretacją prawną przeprowadzoną przez KPH z procedury in vitro wykluczone są kobiety samotne i kobiety pozostające w związkach tej samej płci. To właściwie regres w stosunku do obecnej, nieuregulowanej sytuacji. Zgodnie bowiem z intencjami projektodawcy, jedynie małżeństwa i potwierdzone pisemnie związki heteroseksualne będą mogły korzystać z inseminacji czy in vitro.

To dość kuriozalna sytuacja bowiem wykluczająca z możliwości skorzystania z procedury sztucznego zapłodnienia osoby, które ze względu na charakter związku bądź nieumiejętność lub niechęć tworzenia relacji z inną dorosłą osobą nie mogą posiadać dzieci. Ustawodawca tym samym uznaje, że kobiety samotne lub będące w związkach homoseksualnych będą złymi matkami. Zważywszy na liczbę kobiet samotnie wychowujących dzieci a także kobiety żyjące w związkach jednopłciowych i wychowujących dzieci to dość śmiała teza.

W tym wszystkim niestety widać więcej polityki niż troski o dobro starających się o dziecko. Można mieć jedynie nadzieję, że w pracach nad ustawą poprawki zgłoszone przez KPH zostaną poważnie potraktowane zaś sama ustawa nie będzie ograniczać procedury jedynie do związków heteroseksualnych.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...