Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PO. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PO. Pokaż wszystkie posty

31 maja 2015

Platforma umiera

Do I tury wyborów prezydenckich wszystko wyglądało dobrze. Mimo że poparcie dla Bronisława Komorowskiego zmniejszało się im bliżej rozstrzygnięcia mało kto wierzył, że może przegrać. Politykom Platformy trudno też uwierzyć, że to nie urzędujący jeszcze prezydent przegrał, ale że przegrała ich formacja. I to nie tylko wybory prezydenckie. Właśnie przegrywają wybory parlamentarne i swoją przyszłość.
W mało subtelny sposób, wręcz obcesowy, sekretarz generalny PO Andrzej Biernat po posiedzeniu zarządu partii podsumowującym wyniki wyborów odcinał się od przegranego prezydenta. To samo czynił inny członek Zarządu Sławomir Neumann. I pewnie wyrażali opinię większości zarządu partii. Ten ruch jasno pokazuje panikę jaka zapanowała w szeregach rządzących. Jakby zapomnieli, że władza nie jest im dana raz na zawsze.
Polityka sklejania różnych, często bardzo różnych środowisk od lewa do prawa, brak realizacji obietnic wyborczych i wreszcie zwykłe kumoterstwo w urzędach a także język tzw. elit politycznych ujawniony na nagraniach kelnerów musiało w końcu przynieść efekt buntu wyborców. Ci z kolei dostrzegli, że ani PiS taki straszny po 8 latach od rządu Jarosława Kaczyńskiego ani Platforma taka nowoczesna i skupiona na modernizacji kraju.
Niezastąpiony, jak się wydawało, Donald Tusk odszedł w najlepszym dla siebie momencie. Na swoją następczynię wskazał Ewę Kopacz. Sam ten fakt wskazuje, jakie mechanizmy kierują wewnętrznymi nominacjami. Z perspektywy Tuska to ruch całkowicie zrozumiały. Lojalna wobec Tuska posłanka z Radomia, bez znaczącej pozycji wewnątrz partii i bez sukcesów w ministerstwie zdrowia wydawała się idealnym liderem na czas, kiedy Tusk emigruje do Brukseli. Jej zadaniem było trwać i zachować silne struktury na czas kiedy Tusk wróci do kraju, by ponownie zaangażować się w krajową politykę. W międzyczasie dokonał eliminacji wszystkich znaczących postaci. Gdy dziś spojrzeć na elitę Platformy Obywatelskiej to nie ma tam żadnej istotnej, znaczącej, obdarzonej charyzmą postaci. No bo kto? Andrzej Biernat? Wolne żarty. Sławomir Neumann, który ma kłopoty ze sformułowaniem myśli? Hanna Gronkiewicz-Waltz, która utknęła w Warszawie na dobre i już raczej żadnej istotnej roli w krajowej polityce nie odegra? Reszta to postacie albo mało znane i niesamodzielne albo poobijane przez różne mniej lub bardziej dotykające ich afery jak choćby afera pistoletowa z Cezarym Grabarczykiem w roli głównej.
Jest jeszcze minister Grzegorz Schetyna. Jednak zmarginalizowany i publicznie przez Tuska upokorzony. Sprowadzony do roli chłopca na posyłki, po objęciu teki ministra spraw zagranicznych odżył. Jednak coraz częściej wymieniany jako zagrożenie dla przywództwa Ewy Kopacz jest na celowniku wewnętrznych harcowników, którzy zadbają by ambicje ministra w nadchodzących wyborach skończyły się co najwyżej na starcie do Senatu.
Inny problem Platformy to PiS. Partia, którą straszono przed każdymi wyborami. Dziś jasno widać, że ta retoryka trafia do niewielu. Poza tym spece od kampanii powinni z pokorą przyjąć wynik wyborów prezydenckich, posypać głowę popiołem i przyjąć kampanię Dudy jako szansę na naukę. Tak źle zrobionej przez Platformę i nie przemyślanej kampanii w Polsce nie było do ponad 25 lat. A PiS po lifitingu, z Jarosławem Kaczyńskim głęboko schowanym, okazał się dla wielu wyborców całkiem atrakcyjną ofertą. Na tyle atrakcyjną, że to w sztabie Andrzeja Dudy unoszono ręce do góry i to dwukrotnie. Dodatkowo, zwłaszcza teraz, po zwycięstwie Dudy Prawo i Sprawiedliwość nabrało wiatru w żagle i jako partia do jesiennych wyborów idzie z przekazem zmiany, której większość Polaków, także dotychczasowych wyborców PO po prostu oczekuje.
Kolejna przeszkoda z jaką musi się zmierzyć Ewa Kopacz i jej formacja to rodząca się właśnie nowa oferta, skierowana głównie do dotychczasowych wyborców Platformy. NowoczesnaPL z Ryszardem Petru to de facto Platforma Obywatelska. Jednak nowsza, bez obciążeń, bez milionów z budżetu państwa, bez skompromitowanych polityków, którzy przyzwyczajeni do krewetek i ośmiorniczek zapomnieli, że menu większości obywateli ich kraju to schabowy z ziemniakami i mizerią. To oczywiście nie znaczy, że liderzy NowoczesnejPL a zwłaszcza ich przywódca, bankowiec o uposażeniu więcej niż przeciętnym nie jada ośmiorniczek. Jednak ma tę przewagę, że jada je za swoje a nie na ministerialną kartę służbową. Petru ma szansę zebrać wyborców „wkurzonych” polityką trwania, jaką prezentuje Platforma od kilku lat. Ma szansę zebrać ten elektorat, który nie chce głosować na PiS, z obrzydzeniem patrzy na PO i dotychczas nie wiedział, mimo liberalnych przekonań i wartości, nie będąc zabarwiony lewicową estetyką i wierzący w siłę własnych rąk a nie państwowego rozdawnictwa, na kogo głosować. Ryszard Petru stwarza takiemu wyborcy alternatywę. I nawet jeśli ostatecznie nie przekroczy progu wyborczego, to ewentualny start jego formacji w wyborach parlamentarnych zabiera kilka punktów Platformie, której może zabraknąć by myśleć o tworzeniu jakiejkolwiek koalicji w następnym sejmie.
Wreszcie Kukiz i jego zmieleni. Największa niespodzianka wyborów prezydenckich, ale też największa niewiadoma przyszłych wyborów parlamentarnych. Nie wiadomo co Kukiz prezentuje i z jakim programem wystąpi. Same JOWy, pomijając ich absurdalność, to jednak mało. Nie wiadomo też, kto będzie z Kukizem w nowym Sejmie. Co nie zmienia faktu, że jeśli wprowadzi do parlamentu swoich ludzi, a sondaże dają mu obecnie nawet drugą pozycję, będzie współtworzył rząd. I to co wydawało się niemożliwe, czyli brak koalicjanta dla PiS właśnie powstaje. Można było sobie bowiem wyobrazić, że nawet przy zwycięstwie PiSu, Platforma będzie nadal rządzić. Ale gdy w sejmie znajdą się ludzie Kukiza, a PSL i zwłaszcza SLD będą walczyć jedynie o przetrwanie, to rząd PiSu i Kukiza jest więcej niż pewny. A gdy powstanie nowy rząd to można z dużą pewnością założyć, że zwłaszcza w zakresie badania afer, które targały życiem publicznym przez ostatnie 8 lat będzie się zajmował nimi skutecznie i dogłębnie. A to nie będzie sprzyjało ani politykom Platformy ani konsolidacji wokół nich nowych środowisk. Jest więcej niż pewne, że będzie to bolesna kuracja dla polityków PO.
Inna sprawa to postacie jakie Platforma w ostatnim czasie forsowała jako swoich liderów. Trudno bowiem za takich uznać zarówno Romana Giertycha jak i Michała Kamińskiego. Ludzie reprezentujący wrażliwość i estetykę pisowską stali się nagle nawróconymi wyznawcami geniuszu Ewy Kopacz i jej formacji. Przeciętnemu wyborcy trudno uwierzyć w taką przemianę, zwłaszcza, że przypadek Michała Kamińskiego może być rozpatrywany w kategoriach „skoku do korytu”, od którego temu politykowi trudno się oderwać. Doradca premier Kopacz i jednocześnie minister w jej kancelarii miał wyjątkowo duży udział w kampanii prezydenta Komorowskiego przed II turą. I jak się okazuje jego urok i medialna nadpobudliwość na wyborcę liberalnego nie działa jak w poprzednich kampaniach realizowanych dla prezesa Kaczyńskiego.
Ostatnia rzecz to skrzydła Platformy. Gdy wszystko się układa, partia zmierza do zwycięstwa głosów rozłamowych, podważających przywództwo jest mało lub wcale. Gdy zaś okręt zaczyna tonąć, a posłowie z dalszych ław zaczynają dostrzegać, że z odległych miejsc na liście nie ma szans na zdobycie mandatu, zaczyna się poszukiwanie dla siebie nowego miejsca w życiu. Jedni będą się łudzić, że może jakimś cudem w ich okręgu uda się zdobyć mandat jak 4 lata wcześniej, inni z kolei, będą podkreślać dzielące ich z przywództwem różnice, i szukać miejsca w PiS lub u Kukiza. Już podnoszą się głosy, że tzw. skrzydło konserwatywne w PO szuka możliwości wejścia na listy Prawa i Sprawiedliwości. Dla samej Platformy być może to niewielki uszczerbek ludzki i intelektualny, ale wizerunkowo to znacząca porażka. To sygnał dla potencjalnych wyborców, że Platforma się sypie. Że zaczyna przegrywać i że jesienią jest skazana na porażkę. A skoro opuszczają ją członkowie to dlaczego mają przy niej pozostać wyborcy?
Trudno dziś dostrzec jakikolwiek pomysł Platformy Obywatelskiej na wygraną w jesiennych wyborach. Prawdą jest, że od porażki w kampanii prezydenckiej minęło zaledwie kilkanaście dni. Nie można więc oczekiwać, że partia rządząca przedstawi natychmiast program utrzymania władzy a przede wszystkim dotychczasowego wyborcy. Jednak minimum jakie może dziś Platforma wykonać i co powinna zrobić, to zacząć realizować obietnice. W obiecywaniu nie mają sobie w końcu równych. W braku realizacji obietnic, również. I może to jest główny i najważniejszy problem, którego zadowoleni z życia, obrośnięci w przywileje przedstawiciele kasty rządzącej, w zadymionych gabinetach nie potrafią zrozumieć. I tu akurat trudno im się dziwić. Zza dymu cygar niewiele widać.

03 lutego 2015

Taka piękna porażka

Jeśli Bronisław Komorowski potwierdzi ostatecznie start w wyborach prezydenckich, a trudno przypuszczać by było inaczej, to będzie jedynym poważnym kandydatem na urząd Prezydenta. Trudno bowiem uznać by politycy drugiego a czasem nawet jeszcze dalszego szeregu stanowili jakąkolwiek konkurencję dla prezydenta Komorowskiego. To trochę tak, jakby drużyna z ekstraklasy miała grać finał Pucharu Polski z drużyną z III ligi a może nawet okręgówki. Wynik jest więc łatwy do przewidzenia.

Poważni gracze na scenie politycznej odkryli już karty. Prawo i Sprawiedliwość zamiast lidera wystawia parlamentarzystę Andrzeja Dudę.  Zresztą sam Kaczyński nie ukrywał, że jego główny cel to zwycięstwo w wyborach parlamentarnych. Trudno jednak uwierzyć, by była to jedyna i główna przesłanka stawiania na mało znanego polityka, którego doświadczenie polityczne jest znacznie mniejsze aniżeli lidera. Wytłumaczenie jest znacznie prostsze. Jarosław Kaczyński nie wygra wyborów prezydenckich. Dlatego stawia na polityka mniejszego formatu, który walczy o godną porażkę, a tę definiować będzie rezultat uzyskany w czasie wyborów. Miarą sukces, i o to walczy Duda, będzie druga tura.

Znacznie trudniej zrozumieć liderów SLD. Wybory samorządowe, jakby nie czytać wyników, zakończyły się porażką lewicy. Zaklinanie rzeczywistości w postaci wymieniania kilku miejsc, w których Sojusz zdobył mandaty przypomina farsę, którą uzupełnia nominacja dla pani Małgorzaty Ogórek. Jeśli Leszek Miller uważa, że ta kandydatura może stanowić jakiekolwiek zagrożenie dla Bronisława Komorowskiego, to chyba tylko – z całym szacunkiem – w kategorii urody. Tej, kandydatce SLD odmówić nie sposób. Sęk w tym, że wybory prezydenckie, to nie konkurs piękności a wskazywanie kandydatki bez doświadczenia, bez przygotowania jest działaniem mało roztropnym. Można było sobie wyobrazić, że właśnie wybory prezydenckie, zaraz przed wyborami parlamentarnymi będą szansą na budowę albo silnego bloku lewicowego, skupionego wokół jednej, lewicowej lub centrolewicowej postaci bądź staną się trampoliną dla słabnących wyników sondażowych SLD i całej lewicy.

Sojusz miał w tej sprawie najwięcej aktywów. Największy klub parlamentarny, największy budżet, największe struktury. Rozpadający się Twój Ruch, dryfujący na granicy błędu statystycznego, pogrążony we własnym stowarzyszeniu Ryszard Kalisz czy mało widoczna i rozpoznawalna Unia Pracy to wbrew pozorom wciąż atrakcyjne postacie i środowiska, które rozdrobnione nie stanowią żadnej siły. Stąd trudno zrozumieć upór działaczy SLD w dążeniu do destrukcji i brak ruchów, przynajmniej widocznych dla szerokiej publiczności, zmierzających do zebrania wszystkich, którzy mogą zwiększyć szanse Millera na uzyskanie dobrego wyniku w wyborach parlamentarnych a co w niedalekiej przyszłości mogło mu dać silną reprezentację parlamentarną i być może udział we władzy. Odrzucenie kandydatury Kalisza, zawieszenie Napieralskiego to wszystko nie tworzy dobrej aury wokół lidera jak i samego SLD. Co gorsza, oprócz Małgorzaty Ogórek, o której niewiele wiadomo, a to co ujawniają media o jej życiu i karierze zawodowej wcale jej nie pomaga, wybory prezydenckie staną się plebiscytem także dla kilku innych lewicowych kandydatów. Swój udział zapowiedział już Janusz Palikot, zastanawia się Ryszard Kalisz, pewne jest, że wystartuje Anna Grodzka i też nie wiadomo co zrobi Unia Pracy. Na łaskę prezydenta Komorowskiego liczy też Piotr Ikonowicz, który również zgłasza swoje aspiracje prezydenckie. W sumie więc może być tak, że o lewicowy elektorat ubiegać się będzie czterech a być może nawet sześciu kandydatów.

Czyż to nie będzie piękna porażka całej lewicy?

10 listopada 2014

ROGACKI KAMIŃSKI HOFMAN DOWN

Posłów PiS, którzy udali się de facto na wycieczkę do Madrytu z małżonkami zgubiła pycha. To zresztą niejedyny przypadek w ostatnich latach, kiedy nadmierna wiara we własną bezkarność prowadzi do spektakularnych upadków modelowo układających się karier polityków młodego pokolenia. Większość z nich, po jakiejkolwiek wpadce, znika z życia publicznego bez śladu. Trudno powiedzieć już dziś co będzie z posłami Prawa i Sprawiedliwości. Skala popełnionego przez nich grzechu jest duża. Jedno jest jednak pewne. Długo nie uda im się zaskarbić łask prezesa. 
Decyzja Jarosława Kaczyńskiego nie pozostawia złudzeń. Mimo, iż formalnie decyzje podejmują odpowiednie władze statutowe partii to nikt nie ma wątpliwości, że nie będą one sprzeczne z opinią samego prezesa. Trzech młodych parlamentarzystów PiS straci wysokie miejsca w hierarchii politycznej. Nie znajdą się na listach wyborczych a ich kariera krajowa dobiegła końca. Być może zapowiedź szybkiej i ostrej decyzji władz PiSu wobec podróżników ma podłoże przedwyborcze. Nie można tego wykluczyć. Jednocześnie trzeba przyznać, że jest to jedyna słuszna i właściwa decyzja jaką mógł podjąć Prezes PiS. I podjął.
W tym kontekście zachowanie władz Platformy Obywatelskiej wobec choćby Sławomira Nowaka i jego dalszy udział w pracach klubu PO może budzić stosowne pytania o konsekwencje słów i czynów polityków tej formacji (bo co do wiarygodności samego Nowaka już chyba nikt nie ma złudzeń). Co więcej, podobna sytuacja jak z posłami PiSu dotyczy również polityka PO, europosła Zwiefki. On również zachował się dwuznacznie, podpisując się na liście obecności w Parlamencie Europejskim, by zaraz potem pędzić na samolot. Za udział w komisji, w której w rzeczywistości nie uczestniczył europoseł miał zainkasować stosowne wynagrodzenie. Nieobecność europosła skrupulatnie odnotowała niemiecka telewizja. Poseł Zwiefka w nagrodę został szefem kampanii PO a potem europosłem. Klasa próżniacza, z którą walkę obiecywał Donald Tusk po raz kolejny okazała się jedynie niespełnioną mrzonką.
Janusz Palikot komentując wydarzenia związane z politykami PiS proponuje jako jedno z rozwiązań mających na celu zakończenie czy też ukrócenie podobnych praktyk w przyszłości, zwiększenie wynagrodzenia polityków. Ma to niby zmniejszać wszechobecną wśród polityków, jak rozumiem, chęć kombinowania w celu wyciągnięcia dodatkowych publicznych pieniędzy. Trudno zgodzić się z liderem Twojego Ruchu. Założenie, że człowiek bogaty jest z gruntu uczciwszy niż człowiek ubogi, jest mocno kontrowersyjne. Rzecz nie w zwiększaniu dochodów polityków, ale przede wszystkim w stworzeniu odpowiednich mechanizmów kontroli. Proste zasady rozliczania delegacji i wydatkowania publicznych środków i konsekwentne ich egzekwowanie to podstawowe narzędzie do samokontroli wydatków realizowanych przez parlamentarzystów. Ale czy obecnym politykom będzie zależeć na samoograniczeniu….wątpię. Parlamentarzyści jak latali tak będą dalej latać. Choć jedno na pewno się zmieni. Żony częściej będą zostawać w domu.

19 lutego 2013

Córunia lesbijki w ustach syna ZChNu


Stefan Niesiołowski musiał się wyraźnie zdenerwować słowami Agnieszki Holland skoro nie zdołał powstrzymać swoich emocji na wodzy i w słowach więcej niż haniebnych odniósł się do jej deklaracji wyborczej. Haniebnych bowiem zarzucających jej brak troski o Polskę i patrzenie na sprawy niezałatwione przez PO przez pryzmat własnych, rodzinnych doświadczeń.
Agnieszka Holland w swojej deklaracji o nie głosowaniu na Platformę Obywatelską wyraźnie wskazała powody, dla których nie udzieli więcej poparcia partii Donalda Tuska. Ma do tego prawo. Jako dotychczasowy wyborca PO miała prawo wierzyć, że sprawy takie jak choćby in vitro czy kwestia związków partnerskich zostaną rozwiązane. Zapewnienia o tym, że będą uregulowane były w trakcie kampanii wyborczej mocno eksponowane przez samego premiera jak i licznych jego współpracowników. Dotychczasowy efekt działań jest taki, że ani in vitro ani związki partnerskie nie są uregulowane ustawowo. Czy jako wyborca Agnieszka Holland może czuć się oszukana? Zapewne tak, tym bardziej, że Platforma rządzi już drugą kadencję - czasu na załatwienie obu tych kwestii było więc wystarczająco dużo.
Z wrodzoną sobie delikatnością Stefan Niesiołowski nie odniósł się w TVP Info do nierozstrzygniętych problemów jakie poruszyła Agnieszka Holland, tylko zarzucił jej, że wspiera PiS i szkodzi Polsce a wszystko dlatego, że chce dobrze tylko dla "córuni lesbijki". Czy można się wykazać większym nietaktem, brakiem kultury i przede wszystkim obłudą. Niesiołowski nie odnosi się do sedna sprawy, ale wprost atakuje Holland po najmniejszej linii oporu odwołując się do najniższych, haniebnych instynktów "mniej wyrobionych" wyborców.
Agnieszka Holland ma rację kiedy jako osoba publiczna upomina się o sprawy ważne dla wielu obywateli naszego kraju. Nawet jeśli w jakimś stopniu dotyczą one jej lub bliskich jej osób, dla posła na Sejm nie powinno mieć to żadnego znaczenia. Ważne bowiem jest załatwienie spraw i problemów ludzi, wyborców, którzy mają prawo czuć się oszukani. Straszenie PiSem to już zbyt słaby argument, by ukryć własne zaniechania. Z kolei argumenty o "córuni lesbijce" to już nie tylko objaw bezsilności, ale wręcz przyznanie się do porażki i politycznej pustki.

08 lutego 2013

Gra (nie)parlamentarna


Funkcję wicemarszałka Sejmu Wanda Nowicka uzyskała w ramach dobrego, parlamentarnego zwyczaju, w imię którego każdy klub ma swojego przedstawiciela w Prezydium Sejmu. Decyzja o nieodwołaniu Wandy Nowickiej jest zaprzeczeniem niepisanej zasady, którą przedstawiciele Narodu sami ustalili. A wszystko w imię upokorzenia Palikota.

Nie ma co ukrywać, że lider Ruchu Palikota jest sam sobie winny. Rozpętał medialną burzę wokół skandalicznej premii dla Nowickiej i w konsekwencji podjął działania, które od początku, co było wyraźnie widać, pozostawały bez wyraźnie określonego planu. Dodatkowo, na pożywkę mediów i publiczności, rzucił Annę Grodzką, która mimochodem stała się ofiarą rozgrywki Palikota, nic nie zyskując a jedynie stając się obiektem niewybrednych żartów i powtarzanej z uporem maniaka opinii, że jej jedyną zasługą jest zmiana płci. Co samo w sobie nie tworzy jeszcze klimatu do zmiany na funkcji wicemarszałka Sejmu. Siłą rzeczy stawiano ją w kontrze do Nowickiej, która im bliżej głosowania nad jej być lub nie, utwardzała się w przekonaniu, że wcale nie ma ochoty robić miejsca dla Grodzkiej. Zapewne nie małą rolę odegrały w tym rozmowy z przedstawicielami innych klubów a w szczególności Platformy, która po głosowaniu może czuć się zdecydowanym zwycięzcą. Pytanie zasadnicze brzmi jednak, za jaką cenę, obietnicę Wanda Nowicka zdecydowała się wziąć udział w grze będącej bezpośrednio w kontrze do własnego klubu i środowiska, z którego uzyskała mandat.

Niezrozumiała pozostaje postawa Palikota wobec Nowickiej po głosowaniu. Wydawać się mogło, że zarówno do własnego środowiska jak i wyborców powinien pójść wyraźny sygnał, że nielojalność jest karana. Wszak rzecz idzie nie o techniczną zmianę na stanowisku wicemarszałka Sejmu, a o symboliczną postawę, gdzie nie ma miejsca na jakiekolwiek wątpliwości. Zdecydowane działania, mogące się podobać wyborcom, wobec Nowickiej za wzięcie wysokiej nagrody a z drugiej strony wątpliwości co do postępowania co robić z niepokorna posłanką tworzą sytuację, w której trudno zrozumieć o co właściwie Palikotowi chodzi. I o co to całe zamieszanie. Przedłużanie tej nieczytelnej sytuacji może czynić z Nowickiej jedynie ofiarę wewnątrzpartyjnych rozgrywek, zamazując rzeczywisty powód jej konfliktu z kierownictwem Ruchu Palikota i ostatecznie tworzyć obraz partii niewiele różniącej się od innych stronnictw parlamentarnych.

W tym wszystkim tłumaczenia Nowickiej wypowiedziane z mównicy sejmowej zaraz po głosowaniu brzmią cokolwiek zabawnie. Nie można mieć pewności, że sama Nowicka wierzy w słowa, które wypowiada. Odwoływanie się do solidarności parlamentarzystów, współczucia i dziękowanie za poparcie jest albo wyrazem jej politycznej naiwności albo jest podyktowane daleko posuniętym cynizmem. Niezależnie jak jest naprawdę, Nowicka popełniła polityczne samobójstwo i to jeszcze w sposób całkowicie niehonorowy. Wypowiedziała de facto wojnę własnemu środowisku poparcia uzyskując między innymi wśród konserwatystów z PO, PSL i PiS. I chyba tylko nieliczni wierzą jeszcze, że dostała poparcie za darmo. W polskiej polityce nie ma nic za darmo, zwłaszcza stanowiska w Prezydium Sejmu.  

26 listopada 2012

Tanie loty tylko dla premiera


Kilka lat temu, jeszcze przed objęciem funkcji premiera Donald Tusk ogłaszał ze swadą, że będzie budował tanie państwo. Jako wicemarszałek Senatu nawoływał do ograniczenia przywilejów klasy próżniaczej jak nazywał polityków. Był za tym, by ograniczać możliwość wykorzystania służbowych samochodów, zmniejszać liczbę radnych w Warszawie, zabierać służbowe komórki i karty płatnicze. Trzeba przyznać, że był przekonywujący niezależnie jak daleko posuwał się w populizmie. Nie było żadnych argumentów by mu nie wierzyć. Więcej, chciało się wierzyć, że Donald Tusk dokona znaczących cięć. Dokona także samoograniczenia.
Podobnie było, gdy mówił o nepotyzmie. Tu również Donald Tusk był równie wiarygodny. Pierwsze otrzeźwienie wyborcy partii Tuska dostali w pierwszej kadencji obecnego premiera. Zwłaszcza ci, którzy bliżej przyglądali się samorządowi warszawskiemu. Tu, partia premiera, bez żadnych ograniczeń zawłaszczała wszystkie możliwe stanowiska. Bez umiaru, z ustawionymi konkursami i bez oglądania się na kompetencje. Drugie, poważniejsze ostrzeżenie przyszło w sierpniu tego roku wraz z ujawnieniem taśm PSL. W ciągu kilku tygodni okazało się, że nie tylko chłopi korzystają z przywilejów władzy, ale znacznie bardziej łapczywi i w konsekwencji nie mniej pozbawieni skrupułów są działacze Platformy Obywatelskiej. Do tego doszły kłopoty z synem premiera i afera Amber Gold.
Teraz mamy kolejny przykład jak bardzo premier rozmija się ze swoimi deklaracjami. Według Newsweeka premier w czasie swojej kadencji urządził sobie za pieniądze podatników przedsiębiorstwo tanie loty. Nie inaczej można bowiem traktować jego weekendowe przeloty na linii Warszawa-Sopot-Warszawa, które według wyliczeń tygodnika kosztują polskiego podatnika 1,3 mln złotych rocznie. Suma w skali budżetu państwa może wydawać się niewielka. Ale czy akurat musi być wykorzystywana na fanaberię premiera polskiego rządu, który źle czuje się w Warszawie i musi „ładować akumulatory” w domu w Sopocie?
Najwyżsi urzędnicy państwowi powinni otrzymywać wysokie wynagrodzenie. Powinni również mieć zabezpieczony komfort pracy. Ale powinni też mieć umiar i nie traktować własnego kraju jak folwarku, z którego robią prywatne przedsiębiorstwo do realizacji własnych zachcianek. Zwłaszcza ci politycy, którzy jeszcze niedawno mieli usta pełne frazesów o tanim państwie. A tak ani taniego państwa, ani pożytku z gadania. Pozostał jedynie absmak, że tanie loty są tylko dla premiera.
Polecam TO

04 listopada 2012

Trochę wstyd


Prezydent Kaczorowski był dla wielu Polaków symbolem. Jego życie, postawa, ale także śmierć wpisują się w tragiczne losy całego pokolenia, które reprezentował. Doświadczenie wojenne, powojenne zniewolenie, emigracja – to kształtowało losy wielu naszych rodaków.
Tragiczny wypadek lotniczy w Smoleńsku zakończył bogate życie ostatniego prezydenta na uchodźstwie. Niestety nawet po śmierci jego drodze towarzyszą przykre wydarzenia. Pomyłki z pochówkiem można było uniknąć a być na ponownym pogrzebie – należało. Prezydent Polski zasługuje bowiem na pożegnanie przez najważniejsze postacie sceny politycznej. Zasługuje, aby na jego pogrzebie był Prezydent i Premier. Prezydent Kaczorowski zasługuje, aby jego tragicznej śmierci, pochówkowi nie towarzyszyły dodatkowe „atrakcje”.
Nie ma sensu dywagować w tym miejscu, czy można było uniknąć pomyłki i w Świątyni Bożej Opatrzności pochować Go za pierwszym razem. Zapewne też z upływem czasu zacierać się będzie pamięć o wstydzie związanym z nieobecnością najważniejszych oficjeli na pogrzebie prezydenta. A szkoda. Choćby dlatego, że to właśnie pamięć całego pokolenia Ryszarda Kaczorowskiego pozwoliła tym ludziom przetrwać i wierzyć, że Polska może być kiedyś wolna.
Prezydent Kaczorowski miał szczęście. Dożył czasów, w których mógł cieszyć się naprawdę wolną Polską, która w dniu jego ponownego pochówku nie zdała egzaminu. Szkoda, że nasze władze nie potrafią szanować symboli, bo to trochę wstyd. A nawet bardzo wstyd.

26 października 2012

Seksistowskie oświadczenie


Kongres Kobiet wydaje oświadczenie w obronie ministry Joanny Muchy. Uznaje, że ataki na ministrę mają podtekst seksistowski. Bardziej ośmieszyć panie z Konkresu Kobiet już się nie mogły. Właśnie tym oświadczeniem dają dowód wszystkim przeciwnikom równości płci, że nieważne są kompetencje, wiedza, umiejętności, doświadczenie tylko płeć. W imię źle rozumianej solidarności kobiecej dokonują gwałtu na zdrowym rozsądku.
Ministra Mucha nie ma dobrych notowań. Niestety nie jest to ani przypadek ani zła wola opinii publicznej. Kilkoma swoimi publicznymi wypowiedziami dała wyraźny sygnał, że pojęcie o sporcie ma znikome. I trudno się dziwić. Polityka kadrowa Donalda Tuska jest dość zadziwiająca. W poprzednim rządzie ministrem infrastruktury był choćby Cezary Grabarczyk, który w gabinecie cieni PO przed 2007 rokiem odpowiadał za sprawiedliwość. Teraz ministrem sprawiedliwości nie mógł być zbierający dobre noty Kwiatkowski tylko został nim filozof Gowin. Ministra Mucha dotychczas kojarzona ze sprawami zdrowia – ni stąd ni zowąd została ministrą od sportu. Przypomnieć wypada, że nawet wśród posłów sportowców z PO budziło to zdziwienie.
Trzeba też przyznać, że zarówno ministra Mucha jak i cały rząd Tuska obdarzony był sporym kredytem zaufania mediów. W końcu wyborcy dali jasny sygnał, kogo chcą po raz kolejny widzieć na fotelu premiera. Jednak prawem opozycji, ale też demokratycznej opinii publicznej jest możliwość wyrażania, czasem niepochlebnych, czasem może nawet na wyrost, opinii na temat ministrów, których sprawowana funkcja przerasta.
Joannę Muchę sprawy sportu najwyraźniej przerosły. Pomyłki związane z piłkarskimi rozgrywkami, fryzjer zatrudniony w ministerstwie, wpadka z wyjaśnieniem problemów hokeja, ze Stadionem Narodowym, słabe wyniki polskich sportowców na Olimpiadzie i na mistrzostwach Europy, mętne i ostatecznie nieprawdziwe, co łatwo wykazał TVN, tłumaczenia w sprawie przeniesienia piłkarzy rosyjskich z Bristolu w czasie ME czy też wypowiedź o tzw. dyrektywach prezydenta dotyczących nocnych lotów (w Polsce prezydent nie ma takich prerogatyw) – to wszystko tworzy klimat wokół ministerstwa sportu. Trudno oczywiście winić ministrę Muchę za słabe wyniki na Olimpiadzie czy naszych piłkarzy na ME. Jednak za głupie wypowiedzi, brak wiedzy – jak najbardziej. Niestety, najwyraźniej ministra Mucha uległa bądź urokowi premiera Tuska i nie potrafiła mu odmówić, lub też dała sobie wmówić, że w rządzie Platformy Obywatelskiej funkcję ministra może pełnić nawet koń, więc i dla Muchy znajdzie się miejsce.
Gabinet Cieni Kongresu Kobiet, na czele którego stoi skądinąd parlamentarzystka Platformy Obywatelskiej, co jak rozumiem w żaden sposób nie przeszkadza, gdy chodzi o obronę ministra z PO, popełnia zasadniczy błąd w ocenie zdolności i umiejętności ministry Muchy. Stosuje jednocześnie całkowicie nieuczciwe argumenty uznając, że wartością samą w sobie jest płeć a nie kompetencje. Przyjmując takie założenia, trudno podjąć jakąkolwiek rzetelną ocenę działań Joanny Muchy, bowiem żelaznym kontrargumentem dla jakiejkolwiek rzetelnej i uzasadnionej krytyki będzie argument o charakterze seksistowskim. A z taką argumentacją nie da się polemizować. To trochę jak z tym słynnym sformułowaniem prezesa Kaczyńskiego wypowiedzianym z mównicy sejmowej:”nie przekonają nas, że czarne jest czarne, a białe jest białe”. Z oświadczeniem Kongresu Kobiet jest podobnie. Krytycy ministry Muchy będą mówić o jej błędach i wpadkach, a Kobiet Kongres, że to seksizm. I pozostaje tylko pytanie, czy naprawdę paniom z Kongresu Kobiet chodzi o to, by ostatecznym kryterium oceny polityków była płeć?

22 października 2012

Coś drgnęło?


Nie mam złudzeń, że decyzja premiera w sprawie in vitro jest odpowiedzią na słabnące notowania rządu i partii rządzącej. Niezależnie jednak jakie były przesłanki, można tylko przyklasnąć dla działań jakie wreszcie podjął Donald Tusk dla sprawy in vitro.
Historia burzliwych dyskusji o zapłodnieniu „na szkle” ma historię tak długą jak rządy Platformy Obywatelskiej. Od ponad pięciu lat posłowie rządzącej koalicji a w szczególności Platformy Obywatelskiej opracowywali projekty, przyjmowali rozwiązania by w końcu przyjąć, że klub PO po wakacjach przyjmie jeden, a nie dwa projekty. Wakacje minęły a w sprawie in vitro nic nie drgnęło. Dopiero rosnące słupki sondażowe PiSu wymusiły na Donaldzie Tusku podjęcie króków, które zbliżają Polskę do europejskich standardów.
Warto pamiętać, że procedura in vitro praktycznie nie jest w ogóle opisana w naszym systemie prawnym. Teoretycznie mamy więc do czynienia z wolną amerykanką. To stanowi z kolei wodę na młyn dla wszystkich przeciwników tej procedury, którzy ustami takich komentatorów jak choćby Terlikowski czy Karnowski doszukują się tysięcy ofiar ludzkich dla poczęcia jednego zdrowego dziecka metodą sztucznego zapłodnienia. Absurdalność owych tez jest porażająca, tym niemniej po wielokroć powtarzana stanowi niebezpieczny, bo przede wszystkim kłamliwy obraz rzeczywistości związanej z leczeniem niepłodnych par. Wśród idiotycznych argumentów, które były używane pojawiały się i takie, gdzie obecny minister sprawiedliwości Jarosław Gowin mówił o wykorzystywaniu nadliczbowych zarodków w przemyśle kosmetycznym. Inne z pytań jakie zadają przeciwnicy IVF, to pytania odnoszące się do finansowania. Terlikowski pyta m.in. na łamach jednego z portali dlaczego katolicy mają finansować metodę niezgodną z ich światopoglądem. Bardziej głupiego stawiania tej sprawy nie można sobie wyobrazić. Jeśli bowiem zaczniemy myśleć tymi kategoriami, to wówczas łatwo zacząć stawiać pytanie dlaczego niekatolicy mają pokrywać koszty związane z Funduszem Kościelnym, dlaczego mają płacić na pensje dla katechetów, emerytury księży i zakonnic etc. Idąc tym tropem myślenia, dojść można do absurdu, w ramach którego najlepszym rozwiązaniem będzie podzielić kraj na katolików i wszystkich niekatolików z różnymi systemami ubezpieczeń, rozliczeń i obowiązków wobec państwa.
Decyzja w sprawie refinansowania procedury in vitro to ruch w dobrym kierunku. Dobrze, że skoro premier ma problem z przeforsowaniem tego pomysłu we własnym klubie i przepchnięciu ustawy w Sejmie, sięga po instrumenty, z pomocą których może w rzeczywistości pomóc tysiącom par walczących z niepłodnością. Jedyne czego można się obawiać, to czy zapał w poprawie losu par walczących o własne dziecko nie minie premierowi wraz z rosnącymi słupkami poparcia dla jego rządu i Platformy Obywatelskiej.

07 października 2012

No i stało się ...


To, co wydawało się niemożliwe jeszcze kilka tygodni temu staje się coraz bardziej realne. PiS odzyskuje w sondażach poparcie. Skazany na bycie wiecznym drugim, nagle, po ostatnim sondażu, wysuwa się na czoło i uzyskuje solidną przewagę. Dla działaczy Platformy, którym po niezłych sondażach zaraz po ujawnieniu afery Amber Gold, skandalach związanych z nepotyzmem wydawało się, że nic im nie zaszkodzi, ostatnie wyniki muszą być jak zimny prysznic. Oczywiście z jednego sondażu nikt jeszcze nie będzie robił tragedii, tym niemniej może to być zapowiedź problemów jakie mogą dotknąć partię rządzącą.
Mniejsza o sondaże. Są zawsze i jedynie tylko barometrem aktualnych sympatii partyjnych. To co jest kluczowe dla systemu demokratycznego, to oczywiście wynik wyborów. Z tego punktu widzenia partia Tuska ma jeszcze spokojne ponad dwa lata rządzenia. Chyba, że sondaże na tyle szybko zaczną spadać, iż pod naciskiem tylnich szeregów w ławach sejmowych Donald Tusk będzie zmuszony do przeprowadzenia wcześniejszych wyborów byle tylko uratować cokolwiek z rozpadającej się partii zagrożonej wręcz rozpadem, jak to miało miejsce w przypadku AWSu. Oczywiście analogia jest zbyt daleko idąca a też jeden sondaż, niezależnie jak dobry dla PiSu nie musi wieścić dramatycznych konsekwencji dla Platformy Obywatelskiej. Tym niemniej Donald Tusk musi się też liczyć z takim scenariuszem, który wcale nie należy jedynie do kategorii science fiction.
Problemem Tuska zdaje się być dziś nie tyle nadaktywność publiczna Jarosława Kaczyńskiego i PiSu, ale raczej czas, w którym wyborcy zaczęli żądać od premiera wyłożenia kart na stół i głośno krzyczą sprawdzam. Liczne obietnice o zielonej wyspie, pracy dla każdego, także tych co zdążyli w czasach prezesa wyemigrować, mniej różnego rodzaju służb inwigilujących obywateli, realizacja obietnic zmian światopoglądowych – wszystko to po ponad pięciu latach rządów Tuska i Platformy Obywatelskiej - z grubsza rzecz ujmując - okazało się zwykłą iluzją tworzoną na potrzeby publiki. Donald Tusk nie zrobił nic, aby zmienić Polskę, uczynić życzliwszą dla obywateli, a dodatkowo jego ludzie okazali się równie, jeśli nie bardziej, podatni na błyskotki władzy, jak każda inna ekipa w tym kraju rządząca przed Platformą. Do tego doszły jeszcze problemy z synem za co akurat samego Tuska trudno winić.
Trudno już dziś przewidywać, czy sondaż, w którym PiS zyskuje przewagę to stały trend. Być może drugie expose Donalda Tuska zaplanowane na 12 października odmieni rysującą się tendencję. Niemniej pomijając absurdalność samego pomysłu z drugim expose (bo nie wiadomo jak traktować pierwsze wygłoszone wszak niecały rok temu) to jest to chyba ostatni już dzwonek dla wprowadzenia w życie zmian zapowiadanych ze swadą przez Tuska przy każdym kolejnym wystąpieniu publicznym. Pytanie otwarte jakie pozostaje, to czy po raz kolejny wyborcy dadzą się omamić słowom Tuska bez uzyskania choćby namiastki potwierdzającej, że Platformie zależy jeszcze na czymś poza utrzymaniem władzy. Przewodniczącemu Platformy trudno będzie bowiem po raz kolejny użyć argumentów z jego politycznego słownika popartego słowami: zaufanie, razem, miłość. Dziś, zważywszy na ponad pięcioletnie doświadczenie rządów Tuska, słowa te utraciły magiczną moc. Po raz kolejny premierowi nie uda się dotrzeć do niezdecydowanych wyborców słodkimi słowami i straszeniem zagrożeniem płynącym ze strony PiSu. Pamięć ludzka jest ulotna, a i sam Tusk nie daje już tej świeżości, wiary, że może odmienić oblicze Polski i że poza tym, iż jest młodszy i gra w piłkę coś jeszcze różni go od Jarosława Kaczyńskiego.
Do tego mogą, choć nie muszą rzecz jasna, dojść problemy wewnętrzne. Im gorsze wyniki Platformy tym wewnętrzne różnice będą się wyostrzać i wyraźnie dzielić, do dziś mimo wszystko skonsolidowaną wewnętrznie partię, która sprawnie, co trzeba oddać, radziła sobie z programowymi różnicami. Nie jest przecież tajemnicą, że choćby w sprawach światopoglądowych takie postacie jak Małgorzata Kidawa-Błońska czy Bartosz Arłukowicz z jednej strony a z drugiej Jarosław Gowin czy Jacek Żalek to dwa zupełnie odmienne polityczne światy. Do tego dochodzą jeszcze podziały wzajemnych sympatii, z których przy słabszym premierze zechce skorzystać odstawiony na boczny tor Grzegorz Schetyna, czujący, że właśnie teraz może nadejść jego czas. Zważywszy na publiczne poniżanie i rany jakich zaznał od Tuska ten polityk, to trudno oczekiwać, że będzie wsparciem dla słabnącego premiera. Już dziś notowania rządu są na wyjątkowo niskim poziomie co tylko dowodzi, że eksperyment z ministrami, którzy autorytet czerpią jedynie z nominacji Tuska nie zdaje egzaminu.
Premier Tusk musi sobie zdawać sprawę z powagi sytuacji. Jeśli za planowanym drugim expose nie pójdą konkretne działania, to przy nadchodzącej drugiej fali kryzysu, rosnącym społecznym niezadowoleniu, błędach w komunikacji z obywatelami, los jego rządu a przede wszystkim formacji może być przesądzony. Wówczas Donald Tusk, który miał szansę wpisać się do historii Polski złotymi zgłoskami będzie pamiętany jako ten, który nie tylko przegrał szansę na rozwój, ale jeszcze przyczynił się do powrotu PiSu do władzy. I choć, jak zauważą sceptycy, jeden sondaż nic jeszcze nie znaczy, to chyba też przyznają, że mając takie instrumentarium i możliwości jak Donald Tusk, podobny sondaż w rękach naprawdę dobrego premiera nie miałby szansy realizacji. 

02 października 2012

Bez znaczenia, ale wcale nie śmieszne


Nominacja prof. Piotra Glińskiego to w zasadzie polityczny ruch bez większego znaczenia dla obecnego układu politycznego. Tylko wyjątkowo naiwni mogą wierzyć, że nominacja PiS może osiągnąć sukces. Nie może i nie osiągnie. Przewaga koalicji rządzącej jest zdecydowana, skonsolidowana i nic nie wskazuje, by Platforma i PSL miały z władzy zrezygnować. Nie jest to jednak kandydatura śmieszna, a w każdym razie nie mniej niż kandydatura Donalda Tuska obejmującego funkcję premiera w 2007 roku.
Tradycje wskazywania premierów, gabinetów cieni mamy w Polsce dobrze zakorzenioną. Z ostatnich tego typu ruchów można wspomnieć choćby premiera z Krakowa i rząd cieni Platformy, który prześmiewczo ówczesny premier Kazimierz Marcinkiewicz nazywał gabinetem cieniasów. Dwa lata później, a pewnie ciut wcześniej już nie był skłonny do szyderczych uśmiechów, bo Platforma wybory wygrała a premier Marcinkiewicz przegrał nie tylko premierostwo z Jarosławem Kaczyńskim, ale też  rozdrobnił swój autorytet prezentując się w plotkarskich czasopismach u boku znacznie młodszej partnerki i wcześniej przegrywając wybory w Warszawie.
Jeśli porównujemy dorobek naukowy choćby profesora Glińskiego i obecnego premiera, to chyba nie można mieć złudzeń, po czyjej stronie jest przewaga. Oczywiście niezbędne w polityce jest doświadczenie. I to przemawia za Donaldem Tuskiem. Jednak jeśli zważyć na to, że Tusk nie pełnił w zasadzie żadnej poważnej, wykonawczej  funkcji w państwie przed objeciem funkcji premiera (zarówno w administracji rządowej jak i samorządowej), to przewaga przewodniczącego PO, także w tej materii nie wydaje się tak oczywista.
Trudno przesądzać jednoznacznie co kierowało Jarosławem Kaczyńskim przy wyborze prof. Glińskiego. Nie zmienia to jednak faktu, że personalnie był to ruch całkiem udany. Po pierwsze, Kaczyńskiemu znów udało się przykuć uwagę mediów i stworzyć wrażenie budowania realnej alternatywy wobec rządu, a po drugie, pokazał całkowicie inne oblicze PiSu. Twarz prof. Glińskiego to jednak zupełnie inne oblicze, aniżeli to, do jakiego przyzwyczaiło nas Prawo i Sprawiedliwość w ostatnich latach. Na ile prawdziwe, to już inna sprawa. W każdym razie produkt pod nazwą Gliński jest propozycją znacznie szerszą, aniżeli premier Kaczyński po raz drugi. I przede wszystkim bardziej „zjadliwą”.
To co może zniszczyć plan Kaczyńskiego, to przede wszystkim próba wyśmiania tej kandydatury. Zważywszy na silną pozycję parlamentarnego układu koalicji rządzącej a także przychylność mediów, utrzymanie powagi zgłoszonej kandydatury będzie niezwykle trudne. Co by nie mówić, Jarosławowi Kaczyńskiemu będzie też trudno, nawet przez pryzmat postaci Glińskiego udowodnić widzom prezentowanego spektaklu, że oprócz głównego aktora zmienia się też całe tło statystów. Tym bardziej, że chyba mało kto jest w stanie uwierzyć, że to kandydat niezależny, którym niczym kukiełką na sznurkach nie steruje sam prezes.
Niezależnie od ostatecznego efektu zgłoszonej kandydatury, trzeba przyznać, że Jarosław Kaczyński znów jest motorem kolejnej debaty politycznej. I znów to prezes PiS próbuje wyznaczać reguły narracji. Szkoda tylko, że to w sumie po raz kolejny debata o niczym. Zupełnie bez znaczenia, jak kandydatura Cymańskiego zgłoszona przez Solidarną Polskę. Ale wcale nie jest powiedziane, że śmiejący się dziś, nie zdziwią się za ponad dwa lata, tak jak zdziwił się Jarosław Kaczyński w 2007 roku.

24 września 2012

Dno niekompetencji


Hanna Gronkiewicz-Waltz jest słabym Prezydentem. Niekompetentna, pozbawiona znamion lidera, charyzmy i dobrego zaplecza. Nie ma też tego co jest najważniejsze dla Warszawy – wizji jej rozwoju. Do tego dochodzi jeszcze całkowicie idiotyczny pomysł z prowadzeniem fanpaga na Facebooku przez osobę zatrudnioną poza ratuszem. A wszystko za pieniądze podatnika.
Największym grzechem polityka jest brak szacunku dla publicznych środków. Wyborcy są w stanie znieść wiele, ale to czego nie powinni wybaczyć, to rozrzutności przy wydawaniu ich pieniędzy. Hanna Gronkiewicz-Waltz zlecając obsługę swojej strony na społecznościowym portalu osobie z zewnątrz dała wyraźny dowód, że nie liczy się z pieniędzmi warszawiaków.  
Prace przy stronie prezydent Warszawy na Facebooku, które jak ustaliła Rzeczpospolita wykonuje jedna osoba za ponad 3.000 zł miesięcznie, ograniczają się w zasadzie do wrzucania kilku informacji w ciągu miesiąca. Stawka, za tą mało absorbującą pracę jest więc wyjątkowo dobra. Facebook jest już pełen ofert osób, które gotowe są prowadzić stronę Gronkiewicz-Waltz za połowę stawki, którą ujawnili dziennikarze. Trochę szyderczo a trochę całkiem serio pokazując jak wielką nieodpowiedzialnością wykazały się służby prasowe prezydent Warszawy.
Dla Hanny Gronkiewicz-Waltz pracuje 8 tysięcy urzędników zatrudnionych w miejskim magistracie. Kilkunastu w Centrum Komunikacji Społecznej i 10 w biurze prasowym. Zatrudnionych do obsługi prasowej w innych wydziałach i dzielnicach warszawskich trudno zliczyć - tak duża to liczba. Aż trudno uwierzyć, że wśród tej armii rzeczników, pijarowców, ludzi od obsługi medialnej nie ma ani jednej osoby, której wiedza umożliwia wykonywanie tak banalnej czynności jak wrzucanie linków i zdjęć na facebooka w ramach powierzonych jej obowiązków i otrzymywanego wynagrodzenia.  
Do tej ewidentnej niegospodarności dochodzi jeszcze afera związana z wydatkowaniem prawie pół miliona złotych na prowadzenie innych miejskich profili na facebooku w okresie ostatnich kilkunastu miesięcy.
Trudno powyższe działania nazwać tylko głupotą pani prezydent. To byłoby chyba zbyt proste zwłaszcza, że mamy do czynienia z osobą, która przy każdej możliwej okazji jak mantrę powtarza, że jest bankowcem. Jeśli więc to nie głupota to nie można tego nazwać inaczej jak tylko działanie na szkodę własnego miasta. A to już nic innego jak tylko ostateczne osiągnięcie dna niekompetencji.

11 września 2012

Nieistotny news


Informacja o wejściu Joanny Kluzik-Rostkowskiej do rządu w zasadzie może elektryzować jedynie entuzjastów politologii śledzących z uwagą życie publiczne w Polsce. Zapowiedziany udział byłego aniołka prezesa Kaczyńskiego w pracach rządu Tuska jest bowiem wydarzeniem kompletnie bez żadnego znaczenia.
Po raz kolejny jednak, odpowiedzialni za wizerunek premiera, w kontekście rozpalającej emocje afery Amber Gold, expose Kaczyńskiego i oczekiwanego przedstawienia lada moment kandydata PiS na premiera, sięgają po temat zastępczy, aby przejąć inicjatywę w publicznym dyskursie. Skierowanie dyskusji na zastanawianie się czy Kluzik-Rostkowska będzie dobrym wiceministrem finansów, to de facto odsuwanie dyskursu od spraw, które w kontekście kolejnej fali kryzysu, wciąż badanego i nie do końca jasnego i zrozumiałego udziału syna premiera w aferze Amber Gold oraz porażającego nepotyzmu koalicji PO-PSL mogą szybko zmieść premiera z zajmowanego od kilku lat wygodnego fotela.
Trzeba przyznać, że biorąc pod uwagę dotychczasowe doświadczenie jak i wykształcenie Joanny Kluzik-Rostkowskiej, trudno przejść obojętnie nad zgłoszoną propozycją. Niewątpliwie Kluzik-Rostkowska należy do odważnych polityków (choćby wypowiedzi dotyczące in vitro w czasach wspólnych rządów PiS i LPR). Niewątpliwie decyzja o stworzeniu własnej partii również wymagała publicznej i przede wszystkim politycznej odwagi. Późniejsze decyzje pokazują jednak, że była dziennikarka i pracowniczka kliku ministerstw jakby zatraciła gen odpowiedzialności za politycznych przyjaciół, tym niemniej z politycznego punktu widzenia straciła niewiele. Pozostała w Sejmie i dobrze zasłużyła się w uzyskaniu przez partię Tuska kolejnego, wyborczego sukcesu.
Nie bardzo wiadomo jaką rolę może pełnić Joanna Kluzik-Rostkowska w ministerstwie finansów. Wiara w to, że może być ciepłą twarzą rządu łagodzącą skutki kryzysu i tłumaczącą konieczność zaciskania pasa a tym samym nakładania kolejnych danin na podatników jest raczej mało wiarygodna. Ani Joanna Kluzik-Rostkowska nie jest drugim Jackiem Kuroniem, ani też mało kto wierzy jeszcze sympatycznym twarzom, gdy z jednej strony zapowiadane od lat reformy finansów nie są odczuwalne przez zwykłego obywatela, a z drugiej rząd i partia, które miały obniżać podatki robią coś zupełnie odwrotnego. Do tego jeszcze tracą na wiarygodności dosłownie traktując własne hasło wyborcze i wprowadzając w życie słowa o lepszym życiu jedynie dla siebie i swoich bliskich.
Joanna Kluzik-Rostkowska jest więc niczym innym jak jedynie rzuconą na pożarcie kaczką, która ani nie zmieni obrazu rządu ani też nie odmieni jego oblicza. Ot, jeszcze jedna, mało ważna informacja i mało istotna roszada w rządzie Tuska. Choć chwilę jeszcze pewnie pożyje…

30 sierpnia 2012

Spocony premier

Zapowiedzi o nowym otwarciu to nic innego jak tylko próba zamknięcia sprawy Amber Gold i problemu nepotyzmu wśród koalicjantów jaki ujawniają w ostatnich miesiącach media. Premier Tusk może dokonać kliku zmian personalnych w ławach rządowych, zmienić kilku prezesów spółek Skarbu Państwa, zapowiedzieć zaciskanie pasa i obiecać reformy. Po raz kolejny usłyszymy to samo, co Donald Tusk zapowiada od ponad pięciu lat. Słowem nic nowego.

Plan Tuska jest więc tyleż prosty, co jak pokazuje historia skuteczny. Gdy jakaś trudna sprawa zaczyna parzyć premiera i otaczające go środowisko polityczne, wówczas pojawia się temat zastępczy. W przypadku największych rządowych wpadek premier sięgał do narzędzia rządowej miotły. Tak postąpił, gdy na jaw wyszły sprawy związane z tzw. aferą hazardową. W zasadzie poza Sawicką i Chlebowskim główni bohaterowie tamtych wydarzeń mają się dobrze. Sprawę jednak, wobec szybkiej reakcji premiera skutecznie udało się zatuszować, rozmyć a ekipa rządowa wyszła z niej praktycznie bez szwanku. Podobny mechanizm premier będzie realizował w przypadku zdarzeń związanych z Amber Gold i zjawiskiem nepotyzmu w szeregach PO. O ile w przypadku tego drugiego problemu sprawa wydaje się prostsza, o tyle co powie Marcin P. może być dla premiera i samej Platformy znacznie trudniejsze do zakopania pod dywanem zmian rządowo-parlamentarnych.

O nepotyzmie, który jest nowotworem polskiej demokracji media będą zapewne pisać jeszcze nie raz. Premier ma jednak w tym przypadku solidny argument, który usprawiedliwia jego brak reakcji. Podobnie postępują wszystkie partie – nawet te, które dziś skutecznie atakują PO za brak nadzoru nad własnymi działaczami. Choć raczej należałoby mówić o skutecznej polityce personalnej obliczonej na zawłaszczenie każdej, nawet najmniejszej przestrzeni życia publicznego „dla swoich”. Jeśli więc PiS czy SLD czy jakakolwiek inna partia pokazuje skandaliczne działania PO, to premier może zawsze użyć argumentu, że partie te równie skutecznie w czasie własnych rządów zawłaszczały publiczny majątek.

W końcu również wypowiedzi Marcina P., oszusta i złodzieja, staną się z czasem mniej wiarygodne niż zapewnienia premiera o uczciwości intencji w działaniu wszystkich organów państwa przy próbie wyjaśnienia sprawy Amber Gold. Na to wszystko, z końcem wakacji, premier wrzuci klika kontrowersyjnych reform, wróci sprawa in vitro i związków partnerskich, Jarosław Kaczyński i kilku jego wyznawców ujawni swe mądrości na łamach Gazety Polskiej i sprawy dziś trudne dla rządu Tuska w zasadzie pozostaną zamknięte.

Na korzyść premiera przemawia czas i rozmydlanie problemów. Podrzucanie mediom nowych politycznych celebrytów w rodzaju ministry Muchy, skupianie uwagi „widzów” na tematach, w których premier nie występuje w roli ofiary, ale recenzenta.


Pozostaje jedynie pytanie, czy premier jest nadal wiarygodny. Większość jego zapowiedzi programowych okazała się całkowicie bez pokrycia. Ile razy można bowiem obiecywać rozwiązanie spraw związanych ze sztucznym zapłodnieniem, związków partnerskich, reformy emerytalnej górników, obniżenia podatków, wolności obywatelskich, nowych autostrad, szybkich i schludnych kolei, kompetentnych urzędników czy zmian w systemie oświaty. W końcu nawet wyborcy PO zaczną porównywać słowa Tuska z rzeczywistością. I to może być główne zmartwienie premiera. W końcu tych, którzy zaczną sprawdzać, może być na tyle dużo, że zachowanie obecnej pozycji hegemona na scenie politycznej, okaże się niemożliwe nawet dla Platformy Obywatelskiej. Wydaje się, że wyborcy PO są w stanie znieść wiele, ale chyba nie to, że premier przez dwie kadencje „nabijał ich w butelkę”. Biorąc więc pod uwagę dokonania rządów Tuska i efekty jego działań, premier ma prawo być spocony. 

21 sierpnia 2012

Król Bronisław I. Polska monarchią.


Błękitna krew, sygnet na palcu, wąsy, rumiana twarz. Kilkoro dzieci, wnuki, ta sama od lat żona i uwielbiane przez pretendenta do tronu polowania. Polak katolik z piękną kartą solidarnościowego podziemia. Prezydent Najjaśniejszej Rzeczypospolitej a w końcu, to przecież oczywiste, król Polski. Taką przyszłość widzi dla Polski poseł Platformy Obywatelskiej Jacek Żalek i obwieszcza ją w wywiadzie dla tygodnika Wprost. Polska monarchią. Królem aktualny Prezydent Bronisław Komorowski.

Trzeba oddać posłowi PO, że jednak drogi do korony nie zamyka przed nikim, kto ma zaufanie Polaków. Jednak czy w tej konkurencji miałby ktoś dziś szanse z aktualnym gospodarzem Pałacu Namiestnikowskiego. I czy w ogóle jest ktoś, kto traktuje poważnie propozycję posła Platformy?

Poseł PO może liczyć na poparcie w PiSie. Zresztą nie pierwszy raz. Większość jego poglądów począwszy od stosunku do in vitro, klauzuli sumienia dla aptekarzy, aborcji, nauki religii w szkołach, to głos jaki częściej słychać w szeregach Prawa i Sprawiedliwości aniżeli przedstawicieli innych ugrupowań parlamentarnych. Nie powinno to aż tak dziwić, w końcu poseł Żalek był działaczem PiSu. A w szeregach partii Kaczyńskiego jest choćby aktualny prezes Klubu Zachowawczo-Monarchistycznego poseł Artur Górski, który od lat z pogarda wyraża się o systemie demokratycznym podkreślając jednocześnie same zalety wprowadzenia monarchii w Polsce. Być może jedyna różnica, jaka mogłaby podzielić posłów dotyczy odpowiedzi na pytanie kto miałby być królem, to jednocześnie nie można mieć wątpliwości, że sam pomysł wprowadzenia monarchii obu posłów mógłby jednoczyć w walce o nowy ład konstytucyjny.

I choć dziś podobne poglądy mogą wydawać się delikatnie rzecz ujmując „kompletnie od czapy”, to wszak propozycje owe padają z ust przedstawiciela demokratycznie wybranych władz. Wyrastający na czołową postać konserwatywnego skrzydła Platformy poseł Żalek przyznaje wprost, że „system demokratyczny ma wiele wad”. Wybory, w tym wybór Prezydenta Komorowskiego nazywa „kosztownym plebiscytem”, z którego jak można się domyślać nie wynika nic dobrego dla kraju i jego obywateli. I choć samo to nie musi budzić niepokoju, to już wyrażanie poglądów, że demokrację poseł Żalek mógłby pożegnać bez żalu i zastąpić ją „jakąś” formą monarchii powinno co najmniej zastanawiać.

Trudno uwierzyć, aby poglądy posła Żalka były dominujące w Platformie Obywatelskiej, to jednak tolerowanie w swoich szeregach posła, który jawnie wyraża swój de facto sprzeciw wobec aktualnego systemu konstytucyjnego jest co najmniej zadziwiające. Oczywiście rozumiem tak często powtarzaną przez większość działaczy PO tezę o palecie poglądów jakie mieszczą się w PO od lewa do prawa, zwłaszcza w sprawach światopoglądowych. Gdzieś chyba jednak jest granica, która powinna określać jakie poglądy ma ta partia w sprawach tak zasadniczych, jak kwestie ustrojowe. Inaczej trzeba będzie powtórzyć coraz bardziej pasującą do PO tezę, że jest to partia władzy a jedynym zwornikiem przeróżnych postaci jest tylko i wyłącznie dostęp do publicznych posad tak ochoczo dzielonych między przyjaciół, znajomych i członków politycznych rodzin. A program, poglądy… a kogo to obchodzi?

16 sierpnia 2012

Żenujące bzdury


Wśród wielu informacji dotyczących Amber Gold nie mogło również zabraknąć komentarzy postaci trochę śmiesznych i trochę tragicznych. Oto bowiem Piotr Gadzinowski słynny ze swej sejmowej tyrady, w której z uporem maniaka powtarzał nazwę Hongkong i Jacek Kurski niezłomny badacz życiorysów przeciwników politycznych oznajmili wszem i wobec z jakim to piętnem powstaje film o Lechu Wałęsie. Jeden proponuje na swym blogu, aby klienci Amber Gold skorzystali z darmowych biletów na film o historycznym przywódcy drugi zaś twierdzi, że "byłoby czymś niezwykle niestosownym, niemoralnym, symbolicznie hańbiącym dla samego bohatera tego filmu, gdyby ten filmowy pomnik Lecha Wałęsy zbudowany był na krzywdzie tysięcy Polaków oszukanych przez firmę Amber Gold, która jest sponsorem i donatorem filmu". Obaj sprawiają wrażenie jakby stracili kontakt z rzeczywistością.

Żaden z nich nie przytacza kwot jakie popłynęły z kasy Amber Gold na sfinansowanie najnowszego filmu Wajdy. Wiemy jedynie, że budżet całego filmu to 15 milionów złotych. Ile z tego to środki spółki pana Plichty – opinia publiczna jeszcze nie poznała tych informacji.

Niezależnie jednak jakie będą to kwoty, trudno oczekiwać, że Andrzej Wajda bądź Lech Wałęsa wyłożą z własnych kieszeni środki dla wierzycieli spółki, analogiczne do tych, które popłynęły z kasy Amber Gold na realizację filmu. I nie powinni. Nie powinni również się tłumaczyć.

Po pierwsze, ani Andrzej Wajda ani Lech Wałęsa nie są winni sytuacji, która dotknęła osoby, które uwierzyły w szybki zysk jaki oferowała spółka Plichty.

Po drugie, nie reprezentują instytucji, które powinny sprawować nadzór nad podmiotami takimi jak Amber Gold.

Po trzecie, stosowanie tak prostej analogii jak ta, którą prezentują Kurski i Gadzinowski, czyli to nie pieniądze Amber Gold, ale biednych, oszukanych ludzi,  prowadzi do absurdalnych wniosków. Idąc tym tokiem myślenia, za chwilę obaj panowie dojdą do wniosku, że każda instytucja, która w ten czy inny sposób będzie współfinansować jakąkolwiek inwestycję, wydarzenie, spektakl, film etc., a która zbankrutuje, nie dysponowała swoimi pieniędzmi tylko obywateli. I w tym sensie będą mieli rację. Choćby banki operują naszymi pieniędzmi, ale też nikt nie zmusza obywatela do powierzania ich konkretnej instytucji. Dobra wola i przekonanie o właściwym gospodarowaniu powierzonymi środkami a także ważenie ryzyka inwestycji pozwala obywatelowi powierzyć ciężko zarobione pieniądze konkretnemu podmiotowi. Wówczas nasze środki oddajemy w dobrej wierze i oczekujemy, że będą bezpieczne i przyniosą zysk. Ryzyko istnieje zawsze. Klienci Amber Gold powierzając tej instytucji własne pieniądze podjęli ryzyko. A że właściciel okazał się oszustem – ich strata. Zła inwestycja, która niezależnie od dramatów jakie jej towarzyszą, jest wliczona w ryzyko. Szukanie winnych zaistniałej sytuacji w osobach Wajdy i Wałęsy (osób trzecich dla podmiotów umawiających się na zysk, czyli Amber Gold i jego klientów) a nie we właścicielach Amber Gold to prymitywny, pozbawiony znamion kultury politycznej manewr, obliczony na tani poklask.

Wydawać się mogło, że zarówno od Kurskiego jak i Gadzinowskiego można oczekiwać znacznie więcej. Okazuje się jednak, że nie. Metoda na bicie piany jaką stosowali przez lata swej parlamentarnej działalności pozostała niezmienna. Zamiast proponować systemowe rozwiązania dla uniknięcia podobnych sytuacji w przyszłości, prezentują model politycznej demagogii. A szkoda. W obliczu nieporadności Tuska i ekipy rządowej propozycje opozycji mogłyby być interesującą odmianą od fali informacji o nepotyzmie, kolesiostwie i skandalach towarzyszących zawłaszczaniu państwa przez aktualnie rządzącą koalicję. Biorąc jednak pod uwagę, że to przecież Jacek Kurski na jednym ze zjazdów regionalnych PiS wiele lat temu obwieszczał, że odbije spółki państwowe dla jedynych prawych i sprawiedliwych, to czy można się było spodziewać czegoś innego jak tylko ataków na Wajdę i Wałęsę? W tym obu panom zdaje się zapewne, że są odkrywczy i oryginalni. A w rzeczywistości są śmieszni i dramatycznie żenujący.

10 sierpnia 2012

Zabawa ludzkimi emocjami


Od czasu, gdy obecna Marszałek Sejmu Ewa Kopacz ogłosiła, że Platforma ureguluje sprawę in vitro mija prawie 5 lat. Przez tych kilka lat byliśmy świadkami wielu mniej lub bardziej merytorycznych dyskusji, kilku projektów i co najbardziej zadziwiające dwóch projektów Platformy Obywatelskiej. A sprawa in vitro, mimo że wraca co chwila do publicznego dyskursu nadal nie jest rozstrzygnięta. Podobną rozrywkę parlamentarzyści Platformy zdają się fundować wyborcom , którzy walczą o swoje prawa do legalizacji związków partnerskich. Już przecież byliśmy świadkami dyskusji, która bardziej przypominała pyskówkę aniżeli próbę rozwiązania problemu osób żyjących w związkach nieformalnych, wzajemnych oskarżeń o kradzież całych artykułów z projektów ustaw a lada moment będą dwa projekty w ramach ugrupowania rządzącego. Czy można więc oczekiwać, że komukolwiek, a zwłaszcza Platformie naprawdę zależy na ostatecznym załatwieniu którejkolwiek ze spraw światopoglądowych?

Jeśli przyjąć jako wyznacznik czasu potrzebnego na rozstrzygnięcie jakiejkolwiek sprawy o charakterze światopoglądowym przez koalicję rządzącą, to biorąc pod uwagę doświadczenia z in vitro można śmiało założyć, że kwestia związków partnerskich nie zostanie szybko rozstrzygnięta. Biorąc jednocześnie pod uwagę, że obok projektu Dunina może pojawić się za moment projekt Żalka, to związki partnerskie czeka podobny los co zapłodnienie pozaustrojowe. Nic nie wnoszące dyskusje, wałkowanie po wielokroć tych samych problemów, kierowanie projektów do laski marszałkowskiej, odsyłanie do komisji, tysiące poprawek aż w końcu skończy się kadencja a proces legislacyjny trzeba będzie zaczynać od nowa. I znów naiwnym wyborcom politycy Platformy będą wmawiać, że nie starczyło czasu, że były ważniejsze problemy i że sprawę rozstrzygną w kolejnej kadencji.

Otóż nie rozstrzygną. Kiedy zwornikiem partii politycznej staje się potrzeba jedynie trwania przy władzy bez jasno zarysowanego horyzontu zmian, a w jej szeregach znajdują się ludzie o poglądach nie tyle odmiennych co wręcz wrogich, trudno oczekiwać, że partia ta może mieć spójną politykę w kwestiach światopoglądowych. Można niemal odnieść wrażenie, że wszelkie spory wokół spraw in vitro czy związków partnerskich są dobrym tematem zastępczym, gdy koalicja bądź Platforma zaczyna mieć problem z bieżącą polityką. Wówczas wrzuca do publicznego dyskursu problemy ludzi nie mogących począć dziecka w sposób naturalny lub żyjących w związkach nieformalnych. Ci z kolei, co chwila muszą przeżywać huśtawkę nastrojów czy za chwilę będą pozbawieni możliwości posiadania własnego dziecka lub nadal nie będą posiadać praw jakie mają pary żyjące bez ślubu w większości krajów zachodniej Europy.

Skoro Platforma Obywatelska w każdej sprawie światopoglądowej idzie utartą ścieżką i na każdą ma dwa projekty, dodajmy, że wzajemnie wykluczające, trudno oczekiwać, że dla in vitro czy związków partnerskich zaryzykuje jedność ugrupowania. Trzeba raczej oczekiwać, że będzie prowadzić wewnętrzne dyskusje czy pozwolić na mrożenie zarodków i zapłodnienie pozaustrojowe lub czy dwóch mężczyzn lub dwie kobiety mogą tworzyć udany związek. A dyskusje te parlamentarzyści PO mogą toczyć latami. I być może jedyne czego już nie usłyszymy, to słów, że zamrożone zarodki wykorzystuje się w przemyśle kosmetycznym oraz, że na gejów to nie ale na lesbijki to można popatrzeć. W końcu nawet politycy Platformy czegoś się przez ostatnie 5 lat rządów nauczyli. Otwartym pozostaje pytanie czy wyborcy też się czegoś nauczyli…

31 lipca 2012

Rzeczpospolita Partyjna


Od dnia ujawnienia „taśm Serafina” nie ma chyba dnia, aby media nie pokazywały kolejnych przykładów zawłaszczania państwa przez koalicję Platformy i PSL. Mimo że z początku taśmy uderzały w PLS, to z każdym dniem, niczym rykoszetem, kolejne ciosy otrzymuje Platforma Obywatelska. Skala kumoterstwa, nepotyzmu, kolesiostwa tego ugrupowania jest tak duża, że nie jest to już zjawisko, które można oceniać jedynie w kategoriach wypadku przy pracy w jednym czy dwóch województwach, gminie, czy urzędzie miasta. To konsekwentnie realizowany model państwa. Z – nie ma co ukrywać – przyzwoleniem premiera.
Nie ma co ukrywać, ale przyszło nam niestety żyć w kraju, w którym o zatrudnieniu nie tylko na kierowniczym stanowisku w instytucjach i podmiotach podlegających jakiejkolwiek władzy publicznej decyduje przede wszystkim kolor partyjnej legitymacji. Mamy więc do czynienia z realnym tworem o charakterze dominacji partii politycznych w życiu publiczno-gospodarczym, dla których motorem działania jest zajęcie jak największej strefy wpływów. I oczywiście problemem, a przynajmniej nie zasadniczym, nie jest nawet łapczywość i upór pojedynczych klik politycznych w skutecznym obsadzaniu wszystkich stanowisk począwszy od sprzątaczki a skończywszy na funkcji prezesa w jakimkolwiek podmiocie. Znacznie większym i poważniejszym problemem, bo stanowiącym o modelu państwa, jest akceptacja dla tego typu praktyk przez premiera.
Trudno mi bowiem uwierzyć, a słychać już takie komentarze, że jeśli premier nie wiedział o istniejącym zjawisku, to zapewne trudno mu było walczyć ze skalą ujawnionego zjawiska, głównie odnoszącego się do jego politycznego zaplecza. Przyznać trzeba, że to dość zabawna próba ratowania nadszarpniętego wizerunku premiera, który dotychczas zdawał się dla wielu komentatorów być ponad wszelką wątpliwość pozbawiony myślenia o państwie jak o folwarku, w którym wpierw trzeba zabezpieczyć żywotne potrzeby własnej sfory działaczy i ich rodzin. Okazuje się jednak, że daleko posunięte przekonanie o własnej nieomylności, wynikające z kolejnej wygranej w wyborach parlamentarnych, pozbawiło Tuska i jego najbliższe otoczenie zmysłu przewidywania i zabezpieczenia odpowiednich środków dających możliwość szybkiego posprzątania afery, która z każdym dniem nabiera rozmachu. Dziś, Tuskowi może być bardzo trudno zniwelować skutki ujawnionej skali nepotyzmu i  kolesiostwa. Poza tym, nie wiadomo jak premier chciałby choćby wyczyścić z partyjnych działaczy spółki, agencje itp. Jednym ruchem, ani prośbami premierowi się tego nie uda zrobić. Skala zjawiska jest zbyt duża, a jakikolwiek ruch spowoduje, że partyjne doły zawyją.
 Co gorsza, nepotyzm w szeregach PSL, też uderza w premiera. Tuskowi będzie niezwykle trudno wyjaśnić opinii publicznej, że jako najwyższy urzędnik w państwie nie wiedział o praktykach PSL. A jeśli wiedział, to dlaczego do nich dopuścił. Z każdej strony sytuacja jest więc bez wyjścia.  
To jednak co jest najgorsze, to fakt, że premier nie jest w stanie racjonalnie i w prosty sposób wyjaśnić, dlaczego w jego państwie nie może być normalnie. Nie może być normalnych urzędników, wybieranych w uczciwych konkursach, normalnych procedur i jasnych kryteriów zatrudniania. Premier nie znajdzie też łatwej odpowiedzi na pytanie o transparentność, gdy media co chwila ujawniają kolejne fakty z życia zawodowego działaczy Platformy. Skutecznie dotychczas pomijane bądź nieznane dziś mają szanse ujrzeć światło dzienne i też zadają w prosty sposób i chyba nie do końca zamierzony kłam słowom premiera, że w Polsce może być normalnie i przede wszystkim uczciwie.
Premier musi mieć świadomość, że to największy wewnętrzny kryzys polityczny z jakim przyszło mu się zmierzyć. I póki co nie może nawet powiedzieć, że „na froncie bez zmian”. Jest znacznie gorzej. Koalicja jest w głębokim, nieskładnym odwrocie.  I nic nie zapowiada, że będzie lepiej.
Trudno powiedzieć, czy państwo partyjne, które powstało na publicznych spółkach, agencjach, instytucjach stworzono z przyzwoleniem Tuska. Jedno jednak jest pewne. To Donald Tusk jest premierem tego kraju i wyraźnie widać, że nie umie walczyć ze zjawiskiem zawłaszczania państwa także przez własne środowisko. Warto w tym miejscu przypomnieć, jak Donald Tusk w programie Żakowskiego i Najsztuba emitowanym w telewizji wiele lat temu z obrzydzeniem mówił będąc Wicemarszałkiem Senatu, że zmuszony jest do poruszania się służbowym samochodem z kierowcą i posiadania komórki. Z pogardą mówił o politykach jako klasie próżniaczej. Potem chciał likwidować, Senat, zmniejszać Sejm i wreszcie likwidować immunitet parlamentarzysty. Nawet żądał likwidacji darmowych przejazdów komunikacją miejską dla posłów i senatorów. Zapał reformatorski szybko mu jednak minął. I nie bacząc, które z jego pomysłów były mądre, a które mniej, warto pamiętać, że to właśnie Tusk stworzył państwo, w którym ludziom żyjącym z polityki i wokół niej żyje się najlepiej. Przypadek? Nie sądzę.

27 lipca 2012

Nie rzucim spółek, agencji, ministerstw


Kandydat na nowego ministra rolnictwa, poseł Stanisław Kalemba, ma kłopot. Okazuje się, że jego syn jest zatrudniony w Agencji Rynku Rolnego podległej ministerstwu rolnictwa. W zasadzie nie powinno to dziwić. Parafrazując słowa premiera Pawlaka, każdy z działaczy ludowych ma rodzinę, matkę, brata, syna, córkę i mnóstwo krewnych, którzy muszą przecież gdzieś pracować. A że w agencjach i spółkach Skarbu Państwa… to chyba nie powinno dziwić.
Nie można z góry odmówić rodzinom i znajomym członków PSL kompetencji. To byłoby nadużycie i też chyba niesprawiedliwa ocena. Zresztą nie o to chodzi w aferze wywołanej taśmami, chyba już dziś śmiało można mówić, Serafina. Rzecz dotyczy sprawy tak banalnej i prostej, że aż, jak się okazuje, niewykonalnej od ponad dwudziestu lat niepodległej Polski. Uczciwych zasad realizacji polityki państwa, którą tworzy się między innymi przez odpowiednie kryteria doboru służby cywilnej i kadr na wszystkich szczeblach administracji państwowej.
Działacze PSLu, ale też i Platformy Obywatelskiej zapomnieli, że państwo to nie „dojna krowa” mająca zapewnić lepszy byt tylko wybrańcom z odpowiednią legitymacją partyjną. Trzeba przyznać, że hasło Platformy z kampanii wyborczej „By żyło się lepiej” adekwatnie pasuje do sytuacji, która dotyczy jej członków i działaczy PSLu. Złośliwie można zakładać, że im rzeczywiście żyje się lepiej. Trudno też uwierzyć, że konkursy jakie są organizowane na stanowiska w administracji publicznej mają charakter całkowicie transparentny i są przeprowadzane z założeniem wyboru najlepszego kandydata. Opisywane przez Gazetę Stołeczną zjawisko „ustawiania” konkursów w poprzedniej kadencji samorządowej Hanny Gronkiewicz-Waltz na stanowiska dyrektorów urzędu miasta jasno pokazały jakie mechanizmy rządzą wyborem najlepszego pracownika. W skrócie: warunki konkursu są tak skonstruowane, że spełnia je jedynie słuszny kandydat, a ponadto w komisji konkursowej są również osoby, które mogą zagwarantować wybór właściwej osoby. Jeśli zaś konkurs może się okazać zbyt dużą trudnością, to przecież nie musi być przeprowadzony. Ostatecznie konkurs można unieważnić, jeśli okaże się, że wygrała niewłaściwa osoba (autor wpisu odczuł to na własnej skórze). Można z dużą dozą prawdopodobieństwa przyjąć, że podobne praktyki dotyczą większości podmiotów, urzędów i wszelkich instytucji, na które skarb państwa ma jakiekolwiek oddziaływanie i wpływ.
Skoro opisane wyżej mechanizmy są standardem, to też nie należy się dziwić, że minister Kalemba nie pojmuje problemu, z którego musi się tłumaczyć. Sęk w tym, że tak jak synowi pana Kalemby trudno zarzucić brak profesjonalizmu i innym synom działaczy PSLu opisanym przez gazetę.pl w artykule „Marszałek Struzik (PSL), jego współpracownicy i ich dzieci. Seul, Pekin, Ankara...” (bo niby jak to ma zweryfikować zwykły człowiek?), tak trudno uwierzyć, że stanowiska, które objęli zawdzięczają tylko swoim mniej lub bardziej widocznym talentom. Trudno też uwierzyć, że w państwowej firmie, szef-ojciec będzie równie wymagający wobec własnego syna jak wobec innych pracowników. A z tym mamy do czynienia w przypadku kandydata Kalemby. Ten z kolei zdaje się nie rozumieć istniejącego konfliktu. W końcu po kilku latach u władzy, przyzwyczajenie i funkcjonujące mechanizmy mogły tworzyć wrażenie, że państwo to dobrze funkcjonujący interes rodzinny zakłócany jedynie, mniej więcej co cztery lata, wyborami.

23 lipca 2012

Co ich łączy?


Premier Donald Tusk, jak doniósł Newsweek, pytał podczas ostatniego posiedzenia Rady Krajowej partyjnych kolegów, co ich jeszcze łączy oprócz władzy. W obliczu widma katastrofy związanej z uchwaleniem ustawy dotyczącej in vitro pytanie to ma rzeczywiście wymiar szczególny. I rzecz jasna nie chodzi o samą procedurę. Te dzielące wewnętrznie podziały mogłyby równie dobrze pojawić się przy konieczności określenia stosunku poszczególnych członków klubu parlamentarnego do religii w szkołach, aborcji, majątku kościoła katolickiego, eutanazji, związków partnerskich. Problemów z jakimi klub PO może mieć kłopot z określeniem wspólnego stanowiska można by mnożyć.
Pytanie premiera nie powinno dziwić, a już tym bardziej przewodniczącego Platformy. Zadając je, premier zdaje się igrać z inteligencją nie tylko partyjnych kolegów i koleżanek, ale przede wszystkim większości jego wyborców. Skoro na listach PO znaleźli się ludzie z przeszłością w różnych organizacjach, od lewa do prawa, to trudno by dziś prezentowali jedno stanowisko w sprawach światopoglądowych. Poseł Jacek Tomczak, który zasilił klub poselski PO w obecnej kadencji, wcześniej był działaczem KPN, ZCHN, Przymierza Prawicy a następnie PiS. Potem był członkiem Zarządu Polski Plus, popierał Marka Jurka w wyborach prezydenckich w 2010 roku aż w końcu trafił do klubu parlamentarnego PJN. Szczęśliwie dla posła z Poznania, potrafił szybko zapomnieć o romansie z PJN i znalazł się na liście PO. Mandat poselski uzyskał z 10 miejsca. Dziś głosi tezy, że in vitro nie jest metodą leczenia, że de facto służy jakiemuś lobby farmakologicznemu oraz że przy procedurze tej giną tysiące ludzkich istnień, mówiąc o zamrażaniu zarodków, że to selektywna aborcja.
Z kolei senator Jan Filip Libicki, wcześniej tworzył ZChN, potem przystąpił do Przymierza Prawicy, a następnie do PiS. Po rezygnacji z działalności w PiS odnalazł się w PJN a stąd trafił, już jako senator, do klubu parlamentarnego PO. Jest członkiem tej partii. On również, zgodnie z nauką kościoła, uważa in vitro za zło. W poprzedniej kadencji Sejmu był za jej całkowitym zakazem, wspierał projekt społeczny Stowarzyszenia Contra in vitro. Dziś na swoim blogu radzi partyjnym kolegom, aby głosowanie miało charakter dowolności, aby każdy głosował zgodnie z własnym sumieniem.
I jeszcze jedna postać. Poseł Jacek Żalek. On również prezentuje bogatą historię partyjną. Był w AWS, w 2002 roku uzyskał mandat radnego w Białymstoku z list LPR. W jego CV można również znaleźć informacje o działalności w SKL, stowarzyszeniu Koliber, Przymierzu Prawicy i UPR. Potem był radnym z list PiS by wkrótce odnaleźć się w Platformie Obywatelskiej. Był też, co ciekawe, członkiem Klubu Zachowawczo-Monarchistycznego.
Z drugiej strony mamy posła, ministra Bartosza Arłukowicza. Obecny minister zdrowia był radnym Szczecina z list SLD-UP, potem członkiem Socjaldemokracji RP. W 2007 roku uzyskał mandat z list LiD. Potem jego kariera toczy się błyskawicznie, określany mianem nowej gwiazdy lewicy, szybko jednak z bezwzględnego krytyka staje się zwolennikiem rządów Donalda Tuska obejmując w jego pierwszym rządzie stanowisko sekretarza stanu w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów i pełnomocnika premiera ds. przeciwdziałania wykluczeniu społecznemu.
Inne, ważne jeszcze do niedawna postacie lewicy, których udział w bieżącej polityce to zasługa premiera Tuska, to Dariusz Rosati i Marek Borowski. Pierwszy kandydował z jej list uzyskując mandat poselski i dziś jest szefem Komisji Finansów Publicznych. Drugi, z poparciem Platformy Obywatelskiej, uzyskał mandat senatora w Warszawie.
Postaci, których życie publiczne i polityczne jest równie bogate i tak znacząco różne jak wymienionych panów wyżej, można w Platformie Obywatelskiej znaleźć znacznie więcej. Wymienianie ich wszystkich nie ma większego sensu. Podani w przykładach parlamentarzyści tworzą wystarczającą mozaikę polityczną, programową i ideową. Tak różną, że doszukiwanie się wspólnego mianownika wydaje się więcej niż bezsensowne. Stąd odpowiedź na pytanie pana premiera może być tylko jedna. To co łączy tak różne postacie to właśnie władza i tylko władza. I nie ma w tym nic odkrywczego. I chyba też nie ma nic specjalnie wstydliwego. Główną czynnością jaką Platforma robi od kilku lat jest właśnie utrzymanie władzy. I, chapeau bas, robi to niezwykle skutecznie.
Winę za brak klarownych i jasnych odpowiedzi na pytanie co dalej z in vitro, związkami partnerskimi, testamentem życia, eutanazją, aborcją, religią w szkołach ponosi premier Tusk. Pomysł stworzenia ugrupowania ze skrzydłami od lewa do prawa i w rzeczywistości zatarcia ideowego przekazu PO to pomysł i realizacja samego premiera. W końcu to od jego decyzji zależało jak będą wyglądały listy Platformy. To on je układał i akceptował.
Jeśli więc premier chce zadawać jakieś pytanie, to nie o to czy cokolwiek łączy jeszcze parlamentarzystów klubu jaki sam sobie stworzył. I też nie powinien pytać działaczy PO. Powinien przede wszystkim pytać wyborców. Rozczarowanych i zdenerwowanych toczącą się od 5 lat dyskusją o in vitro, o związkach partnerskich, o religii w szkołach etc. Rodaków powinien Pan Premier zapytać  czy mu wybaczą, że dzięki głosom w jego klubie może w Polsce obowiązywać całkowity zakaz wykonywania in vitro, że ustawy o związkach partnerskich nie ma, że zmian w relacjach państwo-kościół nie będzie. W końcu, że choć twarz rządu jest dziś miła i uśmiechnięta, to jego znaczące i głośne zaplecze tworzą w dużej mierze byli działacze Prawa i Sprawiedliwości. Z kolei premierowi warto zadać inne pytania: kto dziś nami rządzi? Jaka partia? Platformy z 2001 roku już nie ma. A jaka jest ta z 2012? Obawiam się, że chyba sam premier nie zna odpowiedzi…
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...