Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Żalek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Żalek. Pokaż wszystkie posty
21 sierpnia 2012
Król Bronisław I. Polska monarchią.
Błękitna krew, sygnet na palcu, wąsy, rumiana twarz. Kilkoro dzieci, wnuki, ta sama od lat żona i uwielbiane przez pretendenta do tronu polowania. Polak katolik z piękną kartą solidarnościowego podziemia. Prezydent Najjaśniejszej Rzeczypospolitej a w końcu, to przecież oczywiste, król Polski. Taką przyszłość widzi dla Polski poseł Platformy Obywatelskiej Jacek Żalek i obwieszcza ją w wywiadzie dla tygodnika Wprost. Polska monarchią. Królem aktualny Prezydent Bronisław Komorowski.
Trzeba oddać posłowi PO, że jednak drogi do korony nie zamyka przed nikim, kto ma zaufanie Polaków. Jednak czy w tej konkurencji miałby ktoś dziś szanse z aktualnym gospodarzem Pałacu Namiestnikowskiego. I czy w ogóle jest ktoś, kto traktuje poważnie propozycję posła Platformy?
Poseł PO może liczyć na poparcie w PiSie. Zresztą nie pierwszy raz. Większość jego poglądów począwszy od stosunku do in vitro, klauzuli sumienia dla aptekarzy, aborcji, nauki religii w szkołach, to głos jaki częściej słychać w szeregach Prawa i Sprawiedliwości aniżeli przedstawicieli innych ugrupowań parlamentarnych. Nie powinno to aż tak dziwić, w końcu poseł Żalek był działaczem PiSu. A w szeregach partii Kaczyńskiego jest choćby aktualny prezes Klubu Zachowawczo-Monarchistycznego poseł Artur Górski, który od lat z pogarda wyraża się o systemie demokratycznym podkreślając jednocześnie same zalety wprowadzenia monarchii w Polsce. Być może jedyna różnica, jaka mogłaby podzielić posłów dotyczy odpowiedzi na pytanie kto miałby być królem, to jednocześnie nie można mieć wątpliwości, że sam pomysł wprowadzenia monarchii obu posłów mógłby jednoczyć w walce o nowy ład konstytucyjny.
I choć dziś podobne poglądy mogą wydawać się delikatnie rzecz ujmując „kompletnie od czapy”, to wszak propozycje owe padają z ust przedstawiciela demokratycznie wybranych władz. Wyrastający na czołową postać konserwatywnego skrzydła Platformy poseł Żalek przyznaje wprost, że „system demokratyczny ma wiele wad”. Wybory, w tym wybór Prezydenta Komorowskiego nazywa „kosztownym plebiscytem”, z którego jak można się domyślać nie wynika nic dobrego dla kraju i jego obywateli. I choć samo to nie musi budzić niepokoju, to już wyrażanie poglądów, że demokrację poseł Żalek mógłby pożegnać bez żalu i zastąpić ją „jakąś” formą monarchii powinno co najmniej zastanawiać.
Trudno uwierzyć, aby poglądy posła Żalka były dominujące w Platformie Obywatelskiej, to jednak tolerowanie w swoich szeregach posła, który jawnie wyraża swój de facto sprzeciw wobec aktualnego systemu konstytucyjnego jest co najmniej zadziwiające. Oczywiście rozumiem tak często powtarzaną przez większość działaczy PO tezę o palecie poglądów jakie mieszczą się w PO od lewa do prawa, zwłaszcza w sprawach światopoglądowych. Gdzieś chyba jednak jest granica, która powinna określać jakie poglądy ma ta partia w sprawach tak zasadniczych, jak kwestie ustrojowe. Inaczej trzeba będzie powtórzyć coraz bardziej pasującą do PO tezę, że jest to partia władzy a jedynym zwornikiem przeróżnych postaci jest tylko i wyłącznie dostęp do publicznych posad tak ochoczo dzielonych między przyjaciół, znajomych i członków politycznych rodzin. A program, poglądy… a kogo to obchodzi?
23 lipca 2012
Co ich łączy?
Premier Donald Tusk, jak doniósł Newsweek, pytał podczas ostatniego posiedzenia Rady Krajowej partyjnych kolegów, co ich jeszcze łączy oprócz władzy. W obliczu widma katastrofy związanej z uchwaleniem ustawy dotyczącej in vitro pytanie to ma rzeczywiście wymiar szczególny. I rzecz jasna nie chodzi o samą procedurę. Te dzielące wewnętrznie podziały mogłyby równie dobrze pojawić się przy konieczności określenia stosunku poszczególnych członków klubu parlamentarnego do religii w szkołach, aborcji, majątku kościoła katolickiego, eutanazji, związków partnerskich. Problemów z jakimi klub PO może mieć kłopot z określeniem wspólnego stanowiska można by mnożyć.
Pytanie premiera nie powinno dziwić, a już tym bardziej przewodniczącego Platformy. Zadając je, premier zdaje się igrać z inteligencją nie tylko partyjnych kolegów i koleżanek, ale przede wszystkim większości jego wyborców. Skoro na listach PO znaleźli się ludzie z przeszłością w różnych organizacjach, od lewa do prawa, to trudno by dziś prezentowali jedno stanowisko w sprawach światopoglądowych. Poseł Jacek Tomczak, który zasilił klub poselski PO w obecnej kadencji, wcześniej był działaczem KPN, ZCHN, Przymierza Prawicy a następnie PiS. Potem był członkiem Zarządu Polski Plus, popierał Marka Jurka w wyborach prezydenckich w 2010 roku aż w końcu trafił do klubu parlamentarnego PJN. Szczęśliwie dla posła z Poznania, potrafił szybko zapomnieć o romansie z PJN i znalazł się na liście PO. Mandat poselski uzyskał z 10 miejsca. Dziś głosi tezy, że in vitro nie jest metodą leczenia, że de facto służy jakiemuś lobby farmakologicznemu oraz że przy procedurze tej giną tysiące ludzkich istnień, mówiąc o zamrażaniu zarodków, że to selektywna aborcja.
Z kolei senator Jan Filip Libicki, wcześniej tworzył ZChN, potem przystąpił do Przymierza Prawicy, a następnie do PiS. Po rezygnacji z działalności w PiS odnalazł się w PJN a stąd trafił, już jako senator, do klubu parlamentarnego PO. Jest członkiem tej partii. On również, zgodnie z nauką kościoła, uważa in vitro za zło. W poprzedniej kadencji Sejmu był za jej całkowitym zakazem, wspierał projekt społeczny Stowarzyszenia Contra in vitro. Dziś na swoim blogu radzi partyjnym kolegom, aby głosowanie miało charakter dowolności, aby każdy głosował zgodnie z własnym sumieniem.
I jeszcze jedna postać. Poseł Jacek Żalek. On również prezentuje bogatą historię partyjną. Był w AWS, w 2002 roku uzyskał mandat radnego w Białymstoku z list LPR. W jego CV można również znaleźć informacje o działalności w SKL, stowarzyszeniu Koliber, Przymierzu Prawicy i UPR. Potem był radnym z list PiS by wkrótce odnaleźć się w Platformie Obywatelskiej. Był też, co ciekawe, członkiem Klubu Zachowawczo-Monarchistycznego.
Z drugiej strony mamy posła, ministra Bartosza Arłukowicza. Obecny minister zdrowia był radnym Szczecina z list SLD-UP, potem członkiem Socjaldemokracji RP. W 2007 roku uzyskał mandat z list LiD. Potem jego kariera toczy się błyskawicznie, określany mianem nowej gwiazdy lewicy, szybko jednak z bezwzględnego krytyka staje się zwolennikiem rządów Donalda Tuska obejmując w jego pierwszym rządzie stanowisko sekretarza stanu w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów i pełnomocnika premiera ds. przeciwdziałania wykluczeniu społecznemu.
Inne, ważne jeszcze do niedawna postacie lewicy, których udział w bieżącej polityce to zasługa premiera Tuska, to Dariusz Rosati i Marek Borowski. Pierwszy kandydował z jej list uzyskując mandat poselski i dziś jest szefem Komisji Finansów Publicznych. Drugi, z poparciem Platformy Obywatelskiej, uzyskał mandat senatora w Warszawie.
Postaci, których życie publiczne i polityczne jest równie bogate i tak znacząco różne jak wymienionych panów wyżej, można w Platformie Obywatelskiej znaleźć znacznie więcej. Wymienianie ich wszystkich nie ma większego sensu. Podani w przykładach parlamentarzyści tworzą wystarczającą mozaikę polityczną, programową i ideową. Tak różną, że doszukiwanie się wspólnego mianownika wydaje się więcej niż bezsensowne. Stąd odpowiedź na pytanie pana premiera może być tylko jedna. To co łączy tak różne postacie to właśnie władza i tylko władza. I nie ma w tym nic odkrywczego. I chyba też nie ma nic specjalnie wstydliwego. Główną czynnością jaką Platforma robi od kilku lat jest właśnie utrzymanie władzy. I, chapeau bas, robi to niezwykle skutecznie.
Winę za brak klarownych i jasnych odpowiedzi na pytanie co dalej z in vitro, związkami partnerskimi, testamentem życia, eutanazją, aborcją, religią w szkołach ponosi premier Tusk. Pomysł stworzenia ugrupowania ze skrzydłami od lewa do prawa i w rzeczywistości zatarcia ideowego przekazu PO to pomysł i realizacja samego premiera. W końcu to od jego decyzji zależało jak będą wyglądały listy Platformy. To on je układał i akceptował.
Jeśli więc premier chce zadawać jakieś pytanie, to nie o to czy cokolwiek łączy jeszcze parlamentarzystów klubu jaki sam sobie stworzył. I też nie powinien pytać działaczy PO. Powinien przede wszystkim pytać wyborców. Rozczarowanych i zdenerwowanych toczącą się od 5 lat dyskusją o in vitro, o związkach partnerskich, o religii w szkołach etc. Rodaków powinien Pan Premier zapytać czy mu wybaczą, że dzięki głosom w jego klubie może w Polsce obowiązywać całkowity zakaz wykonywania in vitro, że ustawy o związkach partnerskich nie ma, że zmian w relacjach państwo-kościół nie będzie. W końcu, że choć twarz rządu jest dziś miła i uśmiechnięta, to jego znaczące i głośne zaplecze tworzą w dużej mierze byli działacze Prawa i Sprawiedliwości. Z kolei premierowi warto zadać inne pytania: kto dziś nami rządzi? Jaka partia? Platformy z 2001 roku już nie ma. A jaka jest ta z 2012? Obawiam się, że chyba sam premier nie zna odpowiedzi…
10 lipca 2012
Głupich nie sieją, sami ich wybieramy
Wydawać się może, że w dobie Internetu, powszechnej możliwości sięgnięcia do wszelakich źródeł informacji uzyskanie wiedzy o jakimkolwiek zagadnieniu jest stosunkowo proste. Niestety. Tak się tylko wydaje. Dla Jacka Żalka posła Platformy Obywatelskiej nawet tak proste instrumentarium jak Internet i wyszukiwarka Google to najwyraźniej zbyt skomplikowane oprogramowanie. Nie bacząc na otaczające go nowinki techniczne twierdzi, że tzw. mrozaki (zarodki uzyskane w procedurze in vitro i zamrożone do czasu kolejnego transferu) trafiają na śmietnik. Szkoda, że poseł Platformy nie sięga zbyt często do Internetu nie mówiąc już o fachowej literaturze. Mógłby wówczas zweryfikować swoje przemyślenia.
Poseł PO udzielił wywiadu blogerom z portalu iktomaracje.pl. Prócz kłamstwa o losie zamrożonych zarodków Jacek Żalek daje również popis swej ignorancji i braku wiedzy, gdy wypowiada się na temat naprotechnologii. Twierdzi bowiem, że jest ona skuteczniejsza niż in vitro. Całkowite pomylenie pojęć, które sugeruje, że Pan poseł najwyraźniej nie odrobił lekcji z podstawowej wiedzy o metodzie, którą zachwala. Co więcej, twierdzi również, że to do naprotechnologii należy przyszłość w leczeniu niepłodności.
Mimo, iż trudno uwierzyć, aby jakiekolwiek argumenty dotarły do pustki, którą prezentuje Pan Żalek warto mimo wszystko pokazać, że Naprotechnologia nijak się ma do procedury sztucznego zapłodnienia. Czym jest metoda leczenia niepłodności, którą tak promuje poseł Platformy? To de facto nic innego, jak badanie śluzu kobiecego, temperatury i samopoczucia. Naprotechnologia zakłada, że większość przypadków niepłodności idiopatycznej, to w rzeczywistości niezdiagnozowane przypadki całkowicie uleczalnej niepłodności. Sęk w tym, że o ile naprotechnologia może prawidłowo zdiagnozować przyczyny niepłodności, to już na większość przypadków, z którymi walczy skutecznie in vitro nie znajduje lekarstwa. Weźmy choćby męską niepłodność. Jeśli para nie może mieć dziecka w sposób naturalny ze względu na niskie parametry nasienia mężczyzny (np. pojedyncze, żywe plemniki w spermie), to Naprotechnologia pozostaje bezsilna. A in vitro nie – daje szanse na zapłodnienie i uzyskanie żywej ciąży.
Innymi rodzajami niepłodności, z którymi Naprotechnologia sobie nie poradzi są m.in.:
- mechaniczna niepłodność kobieca (brak macicy, jajników, jajowodów, pochwy), - nieodwracalne zmiany endometriotyczne, - ciężkie uszkodzenia jajowodów i defekty anatomiczne po stronie kobiety oraz mężczyzny.
„NaProTechnologia jest holistyczną metodą przywracania płodności małżeńskiej obejmującą zarówno obserwację cyklu, diagnostykę pary, jak i niektóre formy leczenia inwazyjnego oraz nieinwazyjnego. Jest bez wątpienia skuteczna i pomocna w leczeniu wielu rodzajów niepłodności kobiecej oraz tych przypadków niepłodności dwuczynnikowej, w których czynnik kobiecy odgrywa istotniejszą rolę.
Jednocześnie jest bezradna wobec ok. 60% pozostałych przypadków niepłodności.
In Vitro, zwane często zabiegiem „ostatniej szansy” jest zarówno nazwą metody leczenia, jak i nazwą samego zabiegu zapłodnienia pozaustrojowego. Proponuje je się parom, którym współczesna medycyna nie oferuje innej niż IVF możliwości poczęcia dziecka oraz parom, wobec których zastosowane leczenie okazało się nieskuteczne.
Istnieje jeszcze inny aspekt problemu, jakim jest przeciwstawianie NaProTechnologii zapłodnieniu in vitro i sugerowanie, iż NaProTechnologia może być tu traktowana w kategoriach alternatywy. Przedstawianie NaProTechnologii jako uniwersalnej metody leczenia niepłodności jest w istocie wprowadzaniem w błąd 60% par, którym NaProTechnologia nie będzie w stanie pomóc, za to pochłonie ich czas. Znając zaś wpływ wieku kobiety na wskaźniki płodności, można to ujmować w kategoriach „kradzieży” czasu rozrodczego kobiety.
W interesie par niepłodnych, a także w interesie społecznym, leży pogłębianie wiedzy w zakresie naprotechnologii przy jednoczesnym i niezależnym wspieraniu metody In vitro. Konfrontowanie tych dwóch metod i zwanie którejkolwiek z nich alternatywą wobec drugiej, jest działaniem wprowadzającym opinię publiczną w błąd.
Rzetelność informacyjna wymaga rozdzielenia In Vitro i NaProTechnologii jako metod, których obszary zainteresowania i skuteczność w leczeniu niepłodności w większości nie pokrywają się. Niedopuszczalne jest promowanie NaProTechnologii kosztem deprecjonowania metod rozrodu wspomaganego. Niedopuszczalne jest przyzwolenie, aby nauka służyła ideologii.” – cytat pochodzi ze strony www.proinvitro.pl.
Powyższe, to nie jedyne grzechy posła Żalka. Największym wydaje się być twierdzenie jakoby dzieciom z in vitro miała towarzyszyć wrodzona skłonność do chorób genetycznych. Według Żalka dzieci poczęte za pomocą sztucznego zapłodnienia „mogą cierpieć na poważne choroby genetyczne”. Warto, aby Pan poseł Żalek uświadomił sobie, że mogą cierpieć w nie większym stopniu niż dzieci rodzące się w sposób naturalny. Być może dlatego poseł Żalek nie przytacza żadnych danych, wyników badań a jedynie posuwa się do mówienia kolejnego kłamstwa.
Pozostaje mieć nadzieję, że w sporze o in vitro w Platformie Obywatelskiej zwyciężą ludzie z poglądami zbliżonymi do tych, jakie prezentuje Małgorzata Kidawa-Błońska. W innym przypadku po raz kolejny zwycięży głupota i kłamstwo.
29 kwietnia 2012
Żalek zwiastunem końca
Platforma Obywatelska wydawała się niezniszczalna. Tak było zaraz po ubiegłorocznych wyborach parlamentarnych i tak też było jeszcze na początku tego roku. Dopiero brak właściwej reakcji na protesty związane z ACTA pokazały, że coś w dobrze funkcjonującej partii władzy zaczyna szwankować.
Wbrew pozorom przejście Łukasza Gibały wraz ze współpracownikami z Platformy do Ruchu Palikota i spadające sondaże (choć wciąż wysokie) wcale nie musiały oznaczać, że Donald Tusk powinien odczuwać jakikolwiek niepokój. Nawet jeśli jego partia jest mniejsza niż w rzeczywistości - bo przecież nikt się nie przyzna czy martwe dusze jak w gorzowskiej Platformie, to zjawisko powszechne czy tylko wypadek przy pracy – Premier nie miał żadnych powodów by obawiać się o własną pozycję czy też o trwałość ugrupowania, któremu przewodzi prawie od zawsze. Śmiem twierdzić, że nawet reforma emerytalna nie jest przysłowiowym gwoździem do trumny. Przy przychylnych mediach, sympatii jaką Tusk potrafi wzbudzać znów mógłby oczarować publikę i liczyć na dobry wynik. Tym bardziej, że przecież wybory to tak naprawdę pieśń przyszłości. Zdawać by się mogło, że odległej.
Dziś, największym zagrożeniem dla trwałości Platformy jest ona sama. Nie ma większego sensu jakakolwiek analiza skąd są i jakie polityczne ścieżki przeszli najważniejsi liderzy PO. Sam Przewodniczący zaliczył wszak kilka ugrupowań. Jednak to co w Platformie zmieniło się na dobre, a co kilka lat temu wydawało się jej siłą, a dziś okazuje się słabością, to zróżnicowanie światopoglądowe. Dość skrzętnie i skutecznie udawało się partii rządzącej ukrywać wszelkie różnice. W każdym razie, jeśli nawet gdzieś toczyła się dyskusja między platformianymi tzw. konserwatystami a liberałami, to nigdy nie miała ona charakteru dyskusji ostatecznej i raczej wydawała się być jedynie drobną sprzeczką w łonie rodziny. Publicznie pokazywaną by zaraz potem szybką ją wygasić i dalej czarować wyborczymi hasłami dla każdego.
Obecne wystąpienia posła Żalka, śmiałe i twarde przedstawianie własnych postulatów przez Jarosława Gowina to jednak coś więcej, aniżeli jedynie pokrzykiwania słabszej części PO w obronie wartości, na których im zależy.
Klauzula sumienia dla aptekarzy czy ostatnio w zasadzie skuteczne zablokowanie na dłuższy czas prac nad ustawami regulującymi procedury zapłodnienia in vitro przez posła Żalka to nie tylko próba budowania własnej pozycji i wyjścia z cienia. Poseł Żalek nie jest posłem pierwszy raz. To jego kolejna kadencja. Dyskusja o uregulowaniu zapłodnienia in vitro trwa już prawie od sześciu lat zaś sprawa sumienia aptekarzy również nie jest rzeczą nową. Powstaje więc pytanie czemu akurat teraz poseł Żalek uznał, że nadszedł moment, w którym należy tak bardzo akcentować odmienność. Odmienne stanowisko od tego jakie prezentują władze klubu i sam Premier. Oczywiście nie odmawiam posłom konserwatywnym Platformy odwagi. Nie wykluczam również, że kierują się w swoim postępowaniu dobrem publicznym. Ale też trudno mi w to uwierzyć. Pomijam aspekt merytoryczny, bo zarówno w sprawie in vitro jak i klauzuli sumienia dla aptekarzy stoję po drugiej stronie barykady. Skłaniam się ku poglądowi, że w samej Platformie wiedzą już, że za najdalej trzy lata trudno będzie powtórzyć wyborczy wynik sprzed roku. To oznacza, że wielu z obecnych ponad 200 posłów PO nie zasiądzie ponownie w ławach poselskich. Dla wielu z tych ludzi będzie to oznaczało nie tylko utratę prestiżu społecznego związanego z pełnieniem mandatu. Przede wszystkim będzie to utrata intratnej pozycji zawodowej, dobrej, stałej pensji i innych życiowych udogodnień, takich jak darmowe przeloty, przejazdy komunikacją miejską czy koleją, na które parę lat temu złorzeczył sam Tusk.
Poseł Żalek zaczął więc budować swoją publiczną pozycję. Były działacz UPR, LPR i PiS a obecnie PO jak wielu podobnie mu myślących uznał, że czas najwyższy na szukanie własnego kapitału, który przy spadających sondażach Platformy, słabnącej pozycji Tuska może być niezbędny do wypracowania sobie dobrej pozycji na liście kandydatów w przyszłych wyborach bądź stanowić dobry kapitał dla jakiegoś transferu lub budowania nowej platformy wyborczej. Sęk w tym, że takich jak Żalek jest w PO więcej. Schowanych dotychczas w drugim szeregu, niewidocznych, słowem żadnych. Ale to właśnie oni są najbardziej niecierpliwi i najszybciej odczuwają wszelkie wewnętrzne turbulencje. I to właśnie od nich zacznie się proces erupcji PO. Początkowo dość niemrawe i szybko wyciszane wewnętrzne różnice już dziś zaczynają osiągać rezultaty spraw stawianych niemalże na „ostrzu noża” i urastają do rangi spraw wagi państwowej. Dryfujący na granicy większości parlamentarnej Tusk zdaje się być w tych sporach partnerem słabym. Mimo ogromnego sukcesu i przede wszystkim świadomości, że sukces wyborczy był głównie jego dziełem musi też mieć poczucie coraz mniej trwałych relacji w samej PO. Bagatelizowane przez lata, odsuwane na drugi plan różnice światopoglądowe powoli stają się obciążeniem i balastem dla partii rządzącej a nie motorem debat i wypracowywania dobrych rozwiązań dla Polski.
Warto więc śledzić poczynania takich posłów jak Żalek, bo to oni są najlepszym wskaźnikiem aktualnych nastrojów w klubie i w partii. Słowem, im głos posła „Żalka” będzie ostrzejszy tym wyraźniejszy będzie koniec Platformy. Im bardziej spór światopoglądowy będzie dzielił tym trwalsze i silniejsze podziały. Sęk w tym, że chyba nikomu już nie zależy na sklejaniu partii, która rządzi drugą kadencję. Bo chyba nawet samym działaczom PO trudno uwierzyć, że to co wydawało się niemożliwe przed ubiegłorocznymi wyborami uda się powtórzyć po raz trzeci. A wówczas dla wielu z nich zabraknie miejsc nawet w ławach opozycji.
Wbrew pozorom przejście Łukasza Gibały wraz ze współpracownikami z Platformy do Ruchu Palikota i spadające sondaże (choć wciąż wysokie) wcale nie musiały oznaczać, że Donald Tusk powinien odczuwać jakikolwiek niepokój. Nawet jeśli jego partia jest mniejsza niż w rzeczywistości - bo przecież nikt się nie przyzna czy martwe dusze jak w gorzowskiej Platformie, to zjawisko powszechne czy tylko wypadek przy pracy – Premier nie miał żadnych powodów by obawiać się o własną pozycję czy też o trwałość ugrupowania, któremu przewodzi prawie od zawsze. Śmiem twierdzić, że nawet reforma emerytalna nie jest przysłowiowym gwoździem do trumny. Przy przychylnych mediach, sympatii jaką Tusk potrafi wzbudzać znów mógłby oczarować publikę i liczyć na dobry wynik. Tym bardziej, że przecież wybory to tak naprawdę pieśń przyszłości. Zdawać by się mogło, że odległej.
Dziś, największym zagrożeniem dla trwałości Platformy jest ona sama. Nie ma większego sensu jakakolwiek analiza skąd są i jakie polityczne ścieżki przeszli najważniejsi liderzy PO. Sam Przewodniczący zaliczył wszak kilka ugrupowań. Jednak to co w Platformie zmieniło się na dobre, a co kilka lat temu wydawało się jej siłą, a dziś okazuje się słabością, to zróżnicowanie światopoglądowe. Dość skrzętnie i skutecznie udawało się partii rządzącej ukrywać wszelkie różnice. W każdym razie, jeśli nawet gdzieś toczyła się dyskusja między platformianymi tzw. konserwatystami a liberałami, to nigdy nie miała ona charakteru dyskusji ostatecznej i raczej wydawała się być jedynie drobną sprzeczką w łonie rodziny. Publicznie pokazywaną by zaraz potem szybką ją wygasić i dalej czarować wyborczymi hasłami dla każdego.
Obecne wystąpienia posła Żalka, śmiałe i twarde przedstawianie własnych postulatów przez Jarosława Gowina to jednak coś więcej, aniżeli jedynie pokrzykiwania słabszej części PO w obronie wartości, na których im zależy.
Klauzula sumienia dla aptekarzy czy ostatnio w zasadzie skuteczne zablokowanie na dłuższy czas prac nad ustawami regulującymi procedury zapłodnienia in vitro przez posła Żalka to nie tylko próba budowania własnej pozycji i wyjścia z cienia. Poseł Żalek nie jest posłem pierwszy raz. To jego kolejna kadencja. Dyskusja o uregulowaniu zapłodnienia in vitro trwa już prawie od sześciu lat zaś sprawa sumienia aptekarzy również nie jest rzeczą nową. Powstaje więc pytanie czemu akurat teraz poseł Żalek uznał, że nadszedł moment, w którym należy tak bardzo akcentować odmienność. Odmienne stanowisko od tego jakie prezentują władze klubu i sam Premier. Oczywiście nie odmawiam posłom konserwatywnym Platformy odwagi. Nie wykluczam również, że kierują się w swoim postępowaniu dobrem publicznym. Ale też trudno mi w to uwierzyć. Pomijam aspekt merytoryczny, bo zarówno w sprawie in vitro jak i klauzuli sumienia dla aptekarzy stoję po drugiej stronie barykady. Skłaniam się ku poglądowi, że w samej Platformie wiedzą już, że za najdalej trzy lata trudno będzie powtórzyć wyborczy wynik sprzed roku. To oznacza, że wielu z obecnych ponad 200 posłów PO nie zasiądzie ponownie w ławach poselskich. Dla wielu z tych ludzi będzie to oznaczało nie tylko utratę prestiżu społecznego związanego z pełnieniem mandatu. Przede wszystkim będzie to utrata intratnej pozycji zawodowej, dobrej, stałej pensji i innych życiowych udogodnień, takich jak darmowe przeloty, przejazdy komunikacją miejską czy koleją, na które parę lat temu złorzeczył sam Tusk.
Poseł Żalek zaczął więc budować swoją publiczną pozycję. Były działacz UPR, LPR i PiS a obecnie PO jak wielu podobnie mu myślących uznał, że czas najwyższy na szukanie własnego kapitału, który przy spadających sondażach Platformy, słabnącej pozycji Tuska może być niezbędny do wypracowania sobie dobrej pozycji na liście kandydatów w przyszłych wyborach bądź stanowić dobry kapitał dla jakiegoś transferu lub budowania nowej platformy wyborczej. Sęk w tym, że takich jak Żalek jest w PO więcej. Schowanych dotychczas w drugim szeregu, niewidocznych, słowem żadnych. Ale to właśnie oni są najbardziej niecierpliwi i najszybciej odczuwają wszelkie wewnętrzne turbulencje. I to właśnie od nich zacznie się proces erupcji PO. Początkowo dość niemrawe i szybko wyciszane wewnętrzne różnice już dziś zaczynają osiągać rezultaty spraw stawianych niemalże na „ostrzu noża” i urastają do rangi spraw wagi państwowej. Dryfujący na granicy większości parlamentarnej Tusk zdaje się być w tych sporach partnerem słabym. Mimo ogromnego sukcesu i przede wszystkim świadomości, że sukces wyborczy był głównie jego dziełem musi też mieć poczucie coraz mniej trwałych relacji w samej PO. Bagatelizowane przez lata, odsuwane na drugi plan różnice światopoglądowe powoli stają się obciążeniem i balastem dla partii rządzącej a nie motorem debat i wypracowywania dobrych rozwiązań dla Polski.
Warto więc śledzić poczynania takich posłów jak Żalek, bo to oni są najlepszym wskaźnikiem aktualnych nastrojów w klubie i w partii. Słowem, im głos posła „Żalka” będzie ostrzejszy tym wyraźniejszy będzie koniec Platformy. Im bardziej spór światopoglądowy będzie dzielił tym trwalsze i silniejsze podziały. Sęk w tym, że chyba nikomu już nie zależy na sklejaniu partii, która rządzi drugą kadencję. Bo chyba nawet samym działaczom PO trudno uwierzyć, że to co wydawało się niemożliwe przed ubiegłorocznymi wyborami uda się powtórzyć po raz trzeci. A wówczas dla wielu z nich zabraknie miejsc nawet w ławach opozycji.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
