Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rząd. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rząd. Pokaż wszystkie posty

31 maja 2015

Platforma umiera

Do I tury wyborów prezydenckich wszystko wyglądało dobrze. Mimo że poparcie dla Bronisława Komorowskiego zmniejszało się im bliżej rozstrzygnięcia mało kto wierzył, że może przegrać. Politykom Platformy trudno też uwierzyć, że to nie urzędujący jeszcze prezydent przegrał, ale że przegrała ich formacja. I to nie tylko wybory prezydenckie. Właśnie przegrywają wybory parlamentarne i swoją przyszłość.
W mało subtelny sposób, wręcz obcesowy, sekretarz generalny PO Andrzej Biernat po posiedzeniu zarządu partii podsumowującym wyniki wyborów odcinał się od przegranego prezydenta. To samo czynił inny członek Zarządu Sławomir Neumann. I pewnie wyrażali opinię większości zarządu partii. Ten ruch jasno pokazuje panikę jaka zapanowała w szeregach rządzących. Jakby zapomnieli, że władza nie jest im dana raz na zawsze.
Polityka sklejania różnych, często bardzo różnych środowisk od lewa do prawa, brak realizacji obietnic wyborczych i wreszcie zwykłe kumoterstwo w urzędach a także język tzw. elit politycznych ujawniony na nagraniach kelnerów musiało w końcu przynieść efekt buntu wyborców. Ci z kolei dostrzegli, że ani PiS taki straszny po 8 latach od rządu Jarosława Kaczyńskiego ani Platforma taka nowoczesna i skupiona na modernizacji kraju.
Niezastąpiony, jak się wydawało, Donald Tusk odszedł w najlepszym dla siebie momencie. Na swoją następczynię wskazał Ewę Kopacz. Sam ten fakt wskazuje, jakie mechanizmy kierują wewnętrznymi nominacjami. Z perspektywy Tuska to ruch całkowicie zrozumiały. Lojalna wobec Tuska posłanka z Radomia, bez znaczącej pozycji wewnątrz partii i bez sukcesów w ministerstwie zdrowia wydawała się idealnym liderem na czas, kiedy Tusk emigruje do Brukseli. Jej zadaniem było trwać i zachować silne struktury na czas kiedy Tusk wróci do kraju, by ponownie zaangażować się w krajową politykę. W międzyczasie dokonał eliminacji wszystkich znaczących postaci. Gdy dziś spojrzeć na elitę Platformy Obywatelskiej to nie ma tam żadnej istotnej, znaczącej, obdarzonej charyzmą postaci. No bo kto? Andrzej Biernat? Wolne żarty. Sławomir Neumann, który ma kłopoty ze sformułowaniem myśli? Hanna Gronkiewicz-Waltz, która utknęła w Warszawie na dobre i już raczej żadnej istotnej roli w krajowej polityce nie odegra? Reszta to postacie albo mało znane i niesamodzielne albo poobijane przez różne mniej lub bardziej dotykające ich afery jak choćby afera pistoletowa z Cezarym Grabarczykiem w roli głównej.
Jest jeszcze minister Grzegorz Schetyna. Jednak zmarginalizowany i publicznie przez Tuska upokorzony. Sprowadzony do roli chłopca na posyłki, po objęciu teki ministra spraw zagranicznych odżył. Jednak coraz częściej wymieniany jako zagrożenie dla przywództwa Ewy Kopacz jest na celowniku wewnętrznych harcowników, którzy zadbają by ambicje ministra w nadchodzących wyborach skończyły się co najwyżej na starcie do Senatu.
Inny problem Platformy to PiS. Partia, którą straszono przed każdymi wyborami. Dziś jasno widać, że ta retoryka trafia do niewielu. Poza tym spece od kampanii powinni z pokorą przyjąć wynik wyborów prezydenckich, posypać głowę popiołem i przyjąć kampanię Dudy jako szansę na naukę. Tak źle zrobionej przez Platformę i nie przemyślanej kampanii w Polsce nie było do ponad 25 lat. A PiS po lifitingu, z Jarosławem Kaczyńskim głęboko schowanym, okazał się dla wielu wyborców całkiem atrakcyjną ofertą. Na tyle atrakcyjną, że to w sztabie Andrzeja Dudy unoszono ręce do góry i to dwukrotnie. Dodatkowo, zwłaszcza teraz, po zwycięstwie Dudy Prawo i Sprawiedliwość nabrało wiatru w żagle i jako partia do jesiennych wyborów idzie z przekazem zmiany, której większość Polaków, także dotychczasowych wyborców PO po prostu oczekuje.
Kolejna przeszkoda z jaką musi się zmierzyć Ewa Kopacz i jej formacja to rodząca się właśnie nowa oferta, skierowana głównie do dotychczasowych wyborców Platformy. NowoczesnaPL z Ryszardem Petru to de facto Platforma Obywatelska. Jednak nowsza, bez obciążeń, bez milionów z budżetu państwa, bez skompromitowanych polityków, którzy przyzwyczajeni do krewetek i ośmiorniczek zapomnieli, że menu większości obywateli ich kraju to schabowy z ziemniakami i mizerią. To oczywiście nie znaczy, że liderzy NowoczesnejPL a zwłaszcza ich przywódca, bankowiec o uposażeniu więcej niż przeciętnym nie jada ośmiorniczek. Jednak ma tę przewagę, że jada je za swoje a nie na ministerialną kartę służbową. Petru ma szansę zebrać wyborców „wkurzonych” polityką trwania, jaką prezentuje Platforma od kilku lat. Ma szansę zebrać ten elektorat, który nie chce głosować na PiS, z obrzydzeniem patrzy na PO i dotychczas nie wiedział, mimo liberalnych przekonań i wartości, nie będąc zabarwiony lewicową estetyką i wierzący w siłę własnych rąk a nie państwowego rozdawnictwa, na kogo głosować. Ryszard Petru stwarza takiemu wyborcy alternatywę. I nawet jeśli ostatecznie nie przekroczy progu wyborczego, to ewentualny start jego formacji w wyborach parlamentarnych zabiera kilka punktów Platformie, której może zabraknąć by myśleć o tworzeniu jakiejkolwiek koalicji w następnym sejmie.
Wreszcie Kukiz i jego zmieleni. Największa niespodzianka wyborów prezydenckich, ale też największa niewiadoma przyszłych wyborów parlamentarnych. Nie wiadomo co Kukiz prezentuje i z jakim programem wystąpi. Same JOWy, pomijając ich absurdalność, to jednak mało. Nie wiadomo też, kto będzie z Kukizem w nowym Sejmie. Co nie zmienia faktu, że jeśli wprowadzi do parlamentu swoich ludzi, a sondaże dają mu obecnie nawet drugą pozycję, będzie współtworzył rząd. I to co wydawało się niemożliwe, czyli brak koalicjanta dla PiS właśnie powstaje. Można było sobie bowiem wyobrazić, że nawet przy zwycięstwie PiSu, Platforma będzie nadal rządzić. Ale gdy w sejmie znajdą się ludzie Kukiza, a PSL i zwłaszcza SLD będą walczyć jedynie o przetrwanie, to rząd PiSu i Kukiza jest więcej niż pewny. A gdy powstanie nowy rząd to można z dużą pewnością założyć, że zwłaszcza w zakresie badania afer, które targały życiem publicznym przez ostatnie 8 lat będzie się zajmował nimi skutecznie i dogłębnie. A to nie będzie sprzyjało ani politykom Platformy ani konsolidacji wokół nich nowych środowisk. Jest więcej niż pewne, że będzie to bolesna kuracja dla polityków PO.
Inna sprawa to postacie jakie Platforma w ostatnim czasie forsowała jako swoich liderów. Trudno bowiem za takich uznać zarówno Romana Giertycha jak i Michała Kamińskiego. Ludzie reprezentujący wrażliwość i estetykę pisowską stali się nagle nawróconymi wyznawcami geniuszu Ewy Kopacz i jej formacji. Przeciętnemu wyborcy trudno uwierzyć w taką przemianę, zwłaszcza, że przypadek Michała Kamińskiego może być rozpatrywany w kategoriach „skoku do korytu”, od którego temu politykowi trudno się oderwać. Doradca premier Kopacz i jednocześnie minister w jej kancelarii miał wyjątkowo duży udział w kampanii prezydenta Komorowskiego przed II turą. I jak się okazuje jego urok i medialna nadpobudliwość na wyborcę liberalnego nie działa jak w poprzednich kampaniach realizowanych dla prezesa Kaczyńskiego.
Ostatnia rzecz to skrzydła Platformy. Gdy wszystko się układa, partia zmierza do zwycięstwa głosów rozłamowych, podważających przywództwo jest mało lub wcale. Gdy zaś okręt zaczyna tonąć, a posłowie z dalszych ław zaczynają dostrzegać, że z odległych miejsc na liście nie ma szans na zdobycie mandatu, zaczyna się poszukiwanie dla siebie nowego miejsca w życiu. Jedni będą się łudzić, że może jakimś cudem w ich okręgu uda się zdobyć mandat jak 4 lata wcześniej, inni z kolei, będą podkreślać dzielące ich z przywództwem różnice, i szukać miejsca w PiS lub u Kukiza. Już podnoszą się głosy, że tzw. skrzydło konserwatywne w PO szuka możliwości wejścia na listy Prawa i Sprawiedliwości. Dla samej Platformy być może to niewielki uszczerbek ludzki i intelektualny, ale wizerunkowo to znacząca porażka. To sygnał dla potencjalnych wyborców, że Platforma się sypie. Że zaczyna przegrywać i że jesienią jest skazana na porażkę. A skoro opuszczają ją członkowie to dlaczego mają przy niej pozostać wyborcy?
Trudno dziś dostrzec jakikolwiek pomysł Platformy Obywatelskiej na wygraną w jesiennych wyborach. Prawdą jest, że od porażki w kampanii prezydenckiej minęło zaledwie kilkanaście dni. Nie można więc oczekiwać, że partia rządząca przedstawi natychmiast program utrzymania władzy a przede wszystkim dotychczasowego wyborcy. Jednak minimum jakie może dziś Platforma wykonać i co powinna zrobić, to zacząć realizować obietnice. W obiecywaniu nie mają sobie w końcu równych. W braku realizacji obietnic, również. I może to jest główny i najważniejszy problem, którego zadowoleni z życia, obrośnięci w przywileje przedstawiciele kasty rządzącej, w zadymionych gabinetach nie potrafią zrozumieć. I tu akurat trudno im się dziwić. Zza dymu cygar niewiele widać.

08 maja 2015

KPH ZABIEGA O RÓWNY DOSTĘP DO IN VITRO

Premier Ewa Kopacz jeszcze niedawno z przekonaniem mówiła o konieczności i chęci zakończenia w tej kadencji parlamentu prac nad ustawą o leczeniu niepłodności, powszechnie zwaną ustawą o in vitro. I dobrze. Ta dziedzina medycyny wymaga pilnego uregulowania. Jednoznacznego i korzystnego dla osób starających się o potomstwo. Wszystkich osób, a nie, na co zwraca uwagę Kampania Przeciw Homofobii, jedynie dla małżeństw i konkubentów heteroseksualnych.

Zgodnie z interpretacją prawną przeprowadzoną przez KPH z procedury in vitro wykluczone są kobiety samotne i kobiety pozostające w związkach tej samej płci. To właściwie regres w stosunku do obecnej, nieuregulowanej sytuacji. Zgodnie bowiem z intencjami projektodawcy, jedynie małżeństwa i potwierdzone pisemnie związki heteroseksualne będą mogły korzystać z inseminacji czy in vitro.

To dość kuriozalna sytuacja bowiem wykluczająca z możliwości skorzystania z procedury sztucznego zapłodnienia osoby, które ze względu na charakter związku bądź nieumiejętność lub niechęć tworzenia relacji z inną dorosłą osobą nie mogą posiadać dzieci. Ustawodawca tym samym uznaje, że kobiety samotne lub będące w związkach homoseksualnych będą złymi matkami. Zważywszy na liczbę kobiet samotnie wychowujących dzieci a także kobiety żyjące w związkach jednopłciowych i wychowujących dzieci to dość śmiała teza.

W tym wszystkim niestety widać więcej polityki niż troski o dobro starających się o dziecko. Można mieć jedynie nadzieję, że w pracach nad ustawą poprawki zgłoszone przez KPH zostaną poważnie potraktowane zaś sama ustawa nie będzie ograniczać procedury jedynie do związków heteroseksualnych.

26 października 2012

Seksistowskie oświadczenie


Kongres Kobiet wydaje oświadczenie w obronie ministry Joanny Muchy. Uznaje, że ataki na ministrę mają podtekst seksistowski. Bardziej ośmieszyć panie z Konkresu Kobiet już się nie mogły. Właśnie tym oświadczeniem dają dowód wszystkim przeciwnikom równości płci, że nieważne są kompetencje, wiedza, umiejętności, doświadczenie tylko płeć. W imię źle rozumianej solidarności kobiecej dokonują gwałtu na zdrowym rozsądku.
Ministra Mucha nie ma dobrych notowań. Niestety nie jest to ani przypadek ani zła wola opinii publicznej. Kilkoma swoimi publicznymi wypowiedziami dała wyraźny sygnał, że pojęcie o sporcie ma znikome. I trudno się dziwić. Polityka kadrowa Donalda Tuska jest dość zadziwiająca. W poprzednim rządzie ministrem infrastruktury był choćby Cezary Grabarczyk, który w gabinecie cieni PO przed 2007 rokiem odpowiadał za sprawiedliwość. Teraz ministrem sprawiedliwości nie mógł być zbierający dobre noty Kwiatkowski tylko został nim filozof Gowin. Ministra Mucha dotychczas kojarzona ze sprawami zdrowia – ni stąd ni zowąd została ministrą od sportu. Przypomnieć wypada, że nawet wśród posłów sportowców z PO budziło to zdziwienie.
Trzeba też przyznać, że zarówno ministra Mucha jak i cały rząd Tuska obdarzony był sporym kredytem zaufania mediów. W końcu wyborcy dali jasny sygnał, kogo chcą po raz kolejny widzieć na fotelu premiera. Jednak prawem opozycji, ale też demokratycznej opinii publicznej jest możliwość wyrażania, czasem niepochlebnych, czasem może nawet na wyrost, opinii na temat ministrów, których sprawowana funkcja przerasta.
Joannę Muchę sprawy sportu najwyraźniej przerosły. Pomyłki związane z piłkarskimi rozgrywkami, fryzjer zatrudniony w ministerstwie, wpadka z wyjaśnieniem problemów hokeja, ze Stadionem Narodowym, słabe wyniki polskich sportowców na Olimpiadzie i na mistrzostwach Europy, mętne i ostatecznie nieprawdziwe, co łatwo wykazał TVN, tłumaczenia w sprawie przeniesienia piłkarzy rosyjskich z Bristolu w czasie ME czy też wypowiedź o tzw. dyrektywach prezydenta dotyczących nocnych lotów (w Polsce prezydent nie ma takich prerogatyw) – to wszystko tworzy klimat wokół ministerstwa sportu. Trudno oczywiście winić ministrę Muchę za słabe wyniki na Olimpiadzie czy naszych piłkarzy na ME. Jednak za głupie wypowiedzi, brak wiedzy – jak najbardziej. Niestety, najwyraźniej ministra Mucha uległa bądź urokowi premiera Tuska i nie potrafiła mu odmówić, lub też dała sobie wmówić, że w rządzie Platformy Obywatelskiej funkcję ministra może pełnić nawet koń, więc i dla Muchy znajdzie się miejsce.
Gabinet Cieni Kongresu Kobiet, na czele którego stoi skądinąd parlamentarzystka Platformy Obywatelskiej, co jak rozumiem w żaden sposób nie przeszkadza, gdy chodzi o obronę ministra z PO, popełnia zasadniczy błąd w ocenie zdolności i umiejętności ministry Muchy. Stosuje jednocześnie całkowicie nieuczciwe argumenty uznając, że wartością samą w sobie jest płeć a nie kompetencje. Przyjmując takie założenia, trudno podjąć jakąkolwiek rzetelną ocenę działań Joanny Muchy, bowiem żelaznym kontrargumentem dla jakiejkolwiek rzetelnej i uzasadnionej krytyki będzie argument o charakterze seksistowskim. A z taką argumentacją nie da się polemizować. To trochę jak z tym słynnym sformułowaniem prezesa Kaczyńskiego wypowiedzianym z mównicy sejmowej:”nie przekonają nas, że czarne jest czarne, a białe jest białe”. Z oświadczeniem Kongresu Kobiet jest podobnie. Krytycy ministry Muchy będą mówić o jej błędach i wpadkach, a Kobiet Kongres, że to seksizm. I pozostaje tylko pytanie, czy naprawdę paniom z Kongresu Kobiet chodzi o to, by ostatecznym kryterium oceny polityków była płeć?

07 października 2012

No i stało się ...


To, co wydawało się niemożliwe jeszcze kilka tygodni temu staje się coraz bardziej realne. PiS odzyskuje w sondażach poparcie. Skazany na bycie wiecznym drugim, nagle, po ostatnim sondażu, wysuwa się na czoło i uzyskuje solidną przewagę. Dla działaczy Platformy, którym po niezłych sondażach zaraz po ujawnieniu afery Amber Gold, skandalach związanych z nepotyzmem wydawało się, że nic im nie zaszkodzi, ostatnie wyniki muszą być jak zimny prysznic. Oczywiście z jednego sondażu nikt jeszcze nie będzie robił tragedii, tym niemniej może to być zapowiedź problemów jakie mogą dotknąć partię rządzącą.
Mniejsza o sondaże. Są zawsze i jedynie tylko barometrem aktualnych sympatii partyjnych. To co jest kluczowe dla systemu demokratycznego, to oczywiście wynik wyborów. Z tego punktu widzenia partia Tuska ma jeszcze spokojne ponad dwa lata rządzenia. Chyba, że sondaże na tyle szybko zaczną spadać, iż pod naciskiem tylnich szeregów w ławach sejmowych Donald Tusk będzie zmuszony do przeprowadzenia wcześniejszych wyborów byle tylko uratować cokolwiek z rozpadającej się partii zagrożonej wręcz rozpadem, jak to miało miejsce w przypadku AWSu. Oczywiście analogia jest zbyt daleko idąca a też jeden sondaż, niezależnie jak dobry dla PiSu nie musi wieścić dramatycznych konsekwencji dla Platformy Obywatelskiej. Tym niemniej Donald Tusk musi się też liczyć z takim scenariuszem, który wcale nie należy jedynie do kategorii science fiction.
Problemem Tuska zdaje się być dziś nie tyle nadaktywność publiczna Jarosława Kaczyńskiego i PiSu, ale raczej czas, w którym wyborcy zaczęli żądać od premiera wyłożenia kart na stół i głośno krzyczą sprawdzam. Liczne obietnice o zielonej wyspie, pracy dla każdego, także tych co zdążyli w czasach prezesa wyemigrować, mniej różnego rodzaju służb inwigilujących obywateli, realizacja obietnic zmian światopoglądowych – wszystko to po ponad pięciu latach rządów Tuska i Platformy Obywatelskiej - z grubsza rzecz ujmując - okazało się zwykłą iluzją tworzoną na potrzeby publiki. Donald Tusk nie zrobił nic, aby zmienić Polskę, uczynić życzliwszą dla obywateli, a dodatkowo jego ludzie okazali się równie, jeśli nie bardziej, podatni na błyskotki władzy, jak każda inna ekipa w tym kraju rządząca przed Platformą. Do tego doszły jeszcze problemy z synem za co akurat samego Tuska trudno winić.
Trudno już dziś przewidywać, czy sondaż, w którym PiS zyskuje przewagę to stały trend. Być może drugie expose Donalda Tuska zaplanowane na 12 października odmieni rysującą się tendencję. Niemniej pomijając absurdalność samego pomysłu z drugim expose (bo nie wiadomo jak traktować pierwsze wygłoszone wszak niecały rok temu) to jest to chyba ostatni już dzwonek dla wprowadzenia w życie zmian zapowiadanych ze swadą przez Tuska przy każdym kolejnym wystąpieniu publicznym. Pytanie otwarte jakie pozostaje, to czy po raz kolejny wyborcy dadzą się omamić słowom Tuska bez uzyskania choćby namiastki potwierdzającej, że Platformie zależy jeszcze na czymś poza utrzymaniem władzy. Przewodniczącemu Platformy trudno będzie bowiem po raz kolejny użyć argumentów z jego politycznego słownika popartego słowami: zaufanie, razem, miłość. Dziś, zważywszy na ponad pięcioletnie doświadczenie rządów Tuska, słowa te utraciły magiczną moc. Po raz kolejny premierowi nie uda się dotrzeć do niezdecydowanych wyborców słodkimi słowami i straszeniem zagrożeniem płynącym ze strony PiSu. Pamięć ludzka jest ulotna, a i sam Tusk nie daje już tej świeżości, wiary, że może odmienić oblicze Polski i że poza tym, iż jest młodszy i gra w piłkę coś jeszcze różni go od Jarosława Kaczyńskiego.
Do tego mogą, choć nie muszą rzecz jasna, dojść problemy wewnętrzne. Im gorsze wyniki Platformy tym wewnętrzne różnice będą się wyostrzać i wyraźnie dzielić, do dziś mimo wszystko skonsolidowaną wewnętrznie partię, która sprawnie, co trzeba oddać, radziła sobie z programowymi różnicami. Nie jest przecież tajemnicą, że choćby w sprawach światopoglądowych takie postacie jak Małgorzata Kidawa-Błońska czy Bartosz Arłukowicz z jednej strony a z drugiej Jarosław Gowin czy Jacek Żalek to dwa zupełnie odmienne polityczne światy. Do tego dochodzą jeszcze podziały wzajemnych sympatii, z których przy słabszym premierze zechce skorzystać odstawiony na boczny tor Grzegorz Schetyna, czujący, że właśnie teraz może nadejść jego czas. Zważywszy na publiczne poniżanie i rany jakich zaznał od Tuska ten polityk, to trudno oczekiwać, że będzie wsparciem dla słabnącego premiera. Już dziś notowania rządu są na wyjątkowo niskim poziomie co tylko dowodzi, że eksperyment z ministrami, którzy autorytet czerpią jedynie z nominacji Tuska nie zdaje egzaminu.
Premier Tusk musi sobie zdawać sprawę z powagi sytuacji. Jeśli za planowanym drugim expose nie pójdą konkretne działania, to przy nadchodzącej drugiej fali kryzysu, rosnącym społecznym niezadowoleniu, błędach w komunikacji z obywatelami, los jego rządu a przede wszystkim formacji może być przesądzony. Wówczas Donald Tusk, który miał szansę wpisać się do historii Polski złotymi zgłoskami będzie pamiętany jako ten, który nie tylko przegrał szansę na rozwój, ale jeszcze przyczynił się do powrotu PiSu do władzy. I choć, jak zauważą sceptycy, jeden sondaż nic jeszcze nie znaczy, to chyba też przyznają, że mając takie instrumentarium i możliwości jak Donald Tusk, podobny sondaż w rękach naprawdę dobrego premiera nie miałby szansy realizacji. 

02 października 2012

Bez znaczenia, ale wcale nie śmieszne


Nominacja prof. Piotra Glińskiego to w zasadzie polityczny ruch bez większego znaczenia dla obecnego układu politycznego. Tylko wyjątkowo naiwni mogą wierzyć, że nominacja PiS może osiągnąć sukces. Nie może i nie osiągnie. Przewaga koalicji rządzącej jest zdecydowana, skonsolidowana i nic nie wskazuje, by Platforma i PSL miały z władzy zrezygnować. Nie jest to jednak kandydatura śmieszna, a w każdym razie nie mniej niż kandydatura Donalda Tuska obejmującego funkcję premiera w 2007 roku.
Tradycje wskazywania premierów, gabinetów cieni mamy w Polsce dobrze zakorzenioną. Z ostatnich tego typu ruchów można wspomnieć choćby premiera z Krakowa i rząd cieni Platformy, który prześmiewczo ówczesny premier Kazimierz Marcinkiewicz nazywał gabinetem cieniasów. Dwa lata później, a pewnie ciut wcześniej już nie był skłonny do szyderczych uśmiechów, bo Platforma wybory wygrała a premier Marcinkiewicz przegrał nie tylko premierostwo z Jarosławem Kaczyńskim, ale też  rozdrobnił swój autorytet prezentując się w plotkarskich czasopismach u boku znacznie młodszej partnerki i wcześniej przegrywając wybory w Warszawie.
Jeśli porównujemy dorobek naukowy choćby profesora Glińskiego i obecnego premiera, to chyba nie można mieć złudzeń, po czyjej stronie jest przewaga. Oczywiście niezbędne w polityce jest doświadczenie. I to przemawia za Donaldem Tuskiem. Jednak jeśli zważyć na to, że Tusk nie pełnił w zasadzie żadnej poważnej, wykonawczej  funkcji w państwie przed objeciem funkcji premiera (zarówno w administracji rządowej jak i samorządowej), to przewaga przewodniczącego PO, także w tej materii nie wydaje się tak oczywista.
Trudno przesądzać jednoznacznie co kierowało Jarosławem Kaczyńskim przy wyborze prof. Glińskiego. Nie zmienia to jednak faktu, że personalnie był to ruch całkiem udany. Po pierwsze, Kaczyńskiemu znów udało się przykuć uwagę mediów i stworzyć wrażenie budowania realnej alternatywy wobec rządu, a po drugie, pokazał całkowicie inne oblicze PiSu. Twarz prof. Glińskiego to jednak zupełnie inne oblicze, aniżeli to, do jakiego przyzwyczaiło nas Prawo i Sprawiedliwość w ostatnich latach. Na ile prawdziwe, to już inna sprawa. W każdym razie produkt pod nazwą Gliński jest propozycją znacznie szerszą, aniżeli premier Kaczyński po raz drugi. I przede wszystkim bardziej „zjadliwą”.
To co może zniszczyć plan Kaczyńskiego, to przede wszystkim próba wyśmiania tej kandydatury. Zważywszy na silną pozycję parlamentarnego układu koalicji rządzącej a także przychylność mediów, utrzymanie powagi zgłoszonej kandydatury będzie niezwykle trudne. Co by nie mówić, Jarosławowi Kaczyńskiemu będzie też trudno, nawet przez pryzmat postaci Glińskiego udowodnić widzom prezentowanego spektaklu, że oprócz głównego aktora zmienia się też całe tło statystów. Tym bardziej, że chyba mało kto jest w stanie uwierzyć, że to kandydat niezależny, którym niczym kukiełką na sznurkach nie steruje sam prezes.
Niezależnie od ostatecznego efektu zgłoszonej kandydatury, trzeba przyznać, że Jarosław Kaczyński znów jest motorem kolejnej debaty politycznej. I znów to prezes PiS próbuje wyznaczać reguły narracji. Szkoda tylko, że to w sumie po raz kolejny debata o niczym. Zupełnie bez znaczenia, jak kandydatura Cymańskiego zgłoszona przez Solidarną Polskę. Ale wcale nie jest powiedziane, że śmiejący się dziś, nie zdziwią się za ponad dwa lata, tak jak zdziwił się Jarosław Kaczyński w 2007 roku.

11 września 2012

Nieistotny news


Informacja o wejściu Joanny Kluzik-Rostkowskiej do rządu w zasadzie może elektryzować jedynie entuzjastów politologii śledzących z uwagą życie publiczne w Polsce. Zapowiedziany udział byłego aniołka prezesa Kaczyńskiego w pracach rządu Tuska jest bowiem wydarzeniem kompletnie bez żadnego znaczenia.
Po raz kolejny jednak, odpowiedzialni za wizerunek premiera, w kontekście rozpalającej emocje afery Amber Gold, expose Kaczyńskiego i oczekiwanego przedstawienia lada moment kandydata PiS na premiera, sięgają po temat zastępczy, aby przejąć inicjatywę w publicznym dyskursie. Skierowanie dyskusji na zastanawianie się czy Kluzik-Rostkowska będzie dobrym wiceministrem finansów, to de facto odsuwanie dyskursu od spraw, które w kontekście kolejnej fali kryzysu, wciąż badanego i nie do końca jasnego i zrozumiałego udziału syna premiera w aferze Amber Gold oraz porażającego nepotyzmu koalicji PO-PSL mogą szybko zmieść premiera z zajmowanego od kilku lat wygodnego fotela.
Trzeba przyznać, że biorąc pod uwagę dotychczasowe doświadczenie jak i wykształcenie Joanny Kluzik-Rostkowskiej, trudno przejść obojętnie nad zgłoszoną propozycją. Niewątpliwie Kluzik-Rostkowska należy do odważnych polityków (choćby wypowiedzi dotyczące in vitro w czasach wspólnych rządów PiS i LPR). Niewątpliwie decyzja o stworzeniu własnej partii również wymagała publicznej i przede wszystkim politycznej odwagi. Późniejsze decyzje pokazują jednak, że była dziennikarka i pracowniczka kliku ministerstw jakby zatraciła gen odpowiedzialności za politycznych przyjaciół, tym niemniej z politycznego punktu widzenia straciła niewiele. Pozostała w Sejmie i dobrze zasłużyła się w uzyskaniu przez partię Tuska kolejnego, wyborczego sukcesu.
Nie bardzo wiadomo jaką rolę może pełnić Joanna Kluzik-Rostkowska w ministerstwie finansów. Wiara w to, że może być ciepłą twarzą rządu łagodzącą skutki kryzysu i tłumaczącą konieczność zaciskania pasa a tym samym nakładania kolejnych danin na podatników jest raczej mało wiarygodna. Ani Joanna Kluzik-Rostkowska nie jest drugim Jackiem Kuroniem, ani też mało kto wierzy jeszcze sympatycznym twarzom, gdy z jednej strony zapowiadane od lat reformy finansów nie są odczuwalne przez zwykłego obywatela, a z drugiej rząd i partia, które miały obniżać podatki robią coś zupełnie odwrotnego. Do tego jeszcze tracą na wiarygodności dosłownie traktując własne hasło wyborcze i wprowadzając w życie słowa o lepszym życiu jedynie dla siebie i swoich bliskich.
Joanna Kluzik-Rostkowska jest więc niczym innym jak jedynie rzuconą na pożarcie kaczką, która ani nie zmieni obrazu rządu ani też nie odmieni jego oblicza. Ot, jeszcze jedna, mało ważna informacja i mało istotna roszada w rządzie Tuska. Choć chwilę jeszcze pewnie pożyje…

30 sierpnia 2012

Spocony premier

Zapowiedzi o nowym otwarciu to nic innego jak tylko próba zamknięcia sprawy Amber Gold i problemu nepotyzmu wśród koalicjantów jaki ujawniają w ostatnich miesiącach media. Premier Tusk może dokonać kliku zmian personalnych w ławach rządowych, zmienić kilku prezesów spółek Skarbu Państwa, zapowiedzieć zaciskanie pasa i obiecać reformy. Po raz kolejny usłyszymy to samo, co Donald Tusk zapowiada od ponad pięciu lat. Słowem nic nowego.

Plan Tuska jest więc tyleż prosty, co jak pokazuje historia skuteczny. Gdy jakaś trudna sprawa zaczyna parzyć premiera i otaczające go środowisko polityczne, wówczas pojawia się temat zastępczy. W przypadku największych rządowych wpadek premier sięgał do narzędzia rządowej miotły. Tak postąpił, gdy na jaw wyszły sprawy związane z tzw. aferą hazardową. W zasadzie poza Sawicką i Chlebowskim główni bohaterowie tamtych wydarzeń mają się dobrze. Sprawę jednak, wobec szybkiej reakcji premiera skutecznie udało się zatuszować, rozmyć a ekipa rządowa wyszła z niej praktycznie bez szwanku. Podobny mechanizm premier będzie realizował w przypadku zdarzeń związanych z Amber Gold i zjawiskiem nepotyzmu w szeregach PO. O ile w przypadku tego drugiego problemu sprawa wydaje się prostsza, o tyle co powie Marcin P. może być dla premiera i samej Platformy znacznie trudniejsze do zakopania pod dywanem zmian rządowo-parlamentarnych.

O nepotyzmie, który jest nowotworem polskiej demokracji media będą zapewne pisać jeszcze nie raz. Premier ma jednak w tym przypadku solidny argument, który usprawiedliwia jego brak reakcji. Podobnie postępują wszystkie partie – nawet te, które dziś skutecznie atakują PO za brak nadzoru nad własnymi działaczami. Choć raczej należałoby mówić o skutecznej polityce personalnej obliczonej na zawłaszczenie każdej, nawet najmniejszej przestrzeni życia publicznego „dla swoich”. Jeśli więc PiS czy SLD czy jakakolwiek inna partia pokazuje skandaliczne działania PO, to premier może zawsze użyć argumentu, że partie te równie skutecznie w czasie własnych rządów zawłaszczały publiczny majątek.

W końcu również wypowiedzi Marcina P., oszusta i złodzieja, staną się z czasem mniej wiarygodne niż zapewnienia premiera o uczciwości intencji w działaniu wszystkich organów państwa przy próbie wyjaśnienia sprawy Amber Gold. Na to wszystko, z końcem wakacji, premier wrzuci klika kontrowersyjnych reform, wróci sprawa in vitro i związków partnerskich, Jarosław Kaczyński i kilku jego wyznawców ujawni swe mądrości na łamach Gazety Polskiej i sprawy dziś trudne dla rządu Tuska w zasadzie pozostaną zamknięte.

Na korzyść premiera przemawia czas i rozmydlanie problemów. Podrzucanie mediom nowych politycznych celebrytów w rodzaju ministry Muchy, skupianie uwagi „widzów” na tematach, w których premier nie występuje w roli ofiary, ale recenzenta.


Pozostaje jedynie pytanie, czy premier jest nadal wiarygodny. Większość jego zapowiedzi programowych okazała się całkowicie bez pokrycia. Ile razy można bowiem obiecywać rozwiązanie spraw związanych ze sztucznym zapłodnieniem, związków partnerskich, reformy emerytalnej górników, obniżenia podatków, wolności obywatelskich, nowych autostrad, szybkich i schludnych kolei, kompetentnych urzędników czy zmian w systemie oświaty. W końcu nawet wyborcy PO zaczną porównywać słowa Tuska z rzeczywistością. I to może być główne zmartwienie premiera. W końcu tych, którzy zaczną sprawdzać, może być na tyle dużo, że zachowanie obecnej pozycji hegemona na scenie politycznej, okaże się niemożliwe nawet dla Platformy Obywatelskiej. Wydaje się, że wyborcy PO są w stanie znieść wiele, ale chyba nie to, że premier przez dwie kadencje „nabijał ich w butelkę”. Biorąc więc pod uwagę dokonania rządów Tuska i efekty jego działań, premier ma prawo być spocony. 

27 lipca 2012

Nie rzucim spółek, agencji, ministerstw


Kandydat na nowego ministra rolnictwa, poseł Stanisław Kalemba, ma kłopot. Okazuje się, że jego syn jest zatrudniony w Agencji Rynku Rolnego podległej ministerstwu rolnictwa. W zasadzie nie powinno to dziwić. Parafrazując słowa premiera Pawlaka, każdy z działaczy ludowych ma rodzinę, matkę, brata, syna, córkę i mnóstwo krewnych, którzy muszą przecież gdzieś pracować. A że w agencjach i spółkach Skarbu Państwa… to chyba nie powinno dziwić.
Nie można z góry odmówić rodzinom i znajomym członków PSL kompetencji. To byłoby nadużycie i też chyba niesprawiedliwa ocena. Zresztą nie o to chodzi w aferze wywołanej taśmami, chyba już dziś śmiało można mówić, Serafina. Rzecz dotyczy sprawy tak banalnej i prostej, że aż, jak się okazuje, niewykonalnej od ponad dwudziestu lat niepodległej Polski. Uczciwych zasad realizacji polityki państwa, którą tworzy się między innymi przez odpowiednie kryteria doboru służby cywilnej i kadr na wszystkich szczeblach administracji państwowej.
Działacze PSLu, ale też i Platformy Obywatelskiej zapomnieli, że państwo to nie „dojna krowa” mająca zapewnić lepszy byt tylko wybrańcom z odpowiednią legitymacją partyjną. Trzeba przyznać, że hasło Platformy z kampanii wyborczej „By żyło się lepiej” adekwatnie pasuje do sytuacji, która dotyczy jej członków i działaczy PSLu. Złośliwie można zakładać, że im rzeczywiście żyje się lepiej. Trudno też uwierzyć, że konkursy jakie są organizowane na stanowiska w administracji publicznej mają charakter całkowicie transparentny i są przeprowadzane z założeniem wyboru najlepszego kandydata. Opisywane przez Gazetę Stołeczną zjawisko „ustawiania” konkursów w poprzedniej kadencji samorządowej Hanny Gronkiewicz-Waltz na stanowiska dyrektorów urzędu miasta jasno pokazały jakie mechanizmy rządzą wyborem najlepszego pracownika. W skrócie: warunki konkursu są tak skonstruowane, że spełnia je jedynie słuszny kandydat, a ponadto w komisji konkursowej są również osoby, które mogą zagwarantować wybór właściwej osoby. Jeśli zaś konkurs może się okazać zbyt dużą trudnością, to przecież nie musi być przeprowadzony. Ostatecznie konkurs można unieważnić, jeśli okaże się, że wygrała niewłaściwa osoba (autor wpisu odczuł to na własnej skórze). Można z dużą dozą prawdopodobieństwa przyjąć, że podobne praktyki dotyczą większości podmiotów, urzędów i wszelkich instytucji, na które skarb państwa ma jakiekolwiek oddziaływanie i wpływ.
Skoro opisane wyżej mechanizmy są standardem, to też nie należy się dziwić, że minister Kalemba nie pojmuje problemu, z którego musi się tłumaczyć. Sęk w tym, że tak jak synowi pana Kalemby trudno zarzucić brak profesjonalizmu i innym synom działaczy PSLu opisanym przez gazetę.pl w artykule „Marszałek Struzik (PSL), jego współpracownicy i ich dzieci. Seul, Pekin, Ankara...” (bo niby jak to ma zweryfikować zwykły człowiek?), tak trudno uwierzyć, że stanowiska, które objęli zawdzięczają tylko swoim mniej lub bardziej widocznym talentom. Trudno też uwierzyć, że w państwowej firmie, szef-ojciec będzie równie wymagający wobec własnego syna jak wobec innych pracowników. A z tym mamy do czynienia w przypadku kandydata Kalemby. Ten z kolei zdaje się nie rozumieć istniejącego konfliktu. W końcu po kilku latach u władzy, przyzwyczajenie i funkcjonujące mechanizmy mogły tworzyć wrażenie, że państwo to dobrze funkcjonujący interes rodzinny zakłócany jedynie, mniej więcej co cztery lata, wyborami.

02 lipca 2012

Co ważniejsze: dobro obywateli czy trwałość partii?


Stosunkowo łatwo jest dziś wskazać linię oddzielającą formacje polityczne popierające usankcjonowanie związków partnerskich od tych, które życie społeczne ograniczają jedynie do pożycia w związkach uświęconych węzłem małżeńskim. Z jednym wyjątkiem. Partia, od której najwięcej dziś zależy, Platforma Obywatelska, mimo wielu wyborczych obietnic, także związanych ze związkami partnerskimi stoi w rozkroku i nie podejmuje decyzji. Jej posłowie uczestniczą w pracach komisji sejmowych związanych z tworzeniem regulacji dotyczących związków a inni skutecznie je blokują.
Nie można mieć chyba złudzeń, że także w tej kadencji parlamentu koalicja rządowa nie zdobędzie się na jakiekolwiek rewolucyjne rozwiązanie w sferze światopoglądowej. Chyba nie ma co liczyć na dobre ustawodawstwo związane z in vitro (choćby projekt posłanki Kidawy-Błońskiej) ani też ostateczne rozstrzygnięcie jak mają wyglądać relacje i wzajemne zobowiązania osób, które nie chcą zawierać małżeństwa.
Dziś, ten podstawowy problem związany z niemocą stanowienia prawa dotyczącego związków partnerskich nazywa się Platforma Obywatelska. To ta formacja ma wszelkie instrumenty i siłę, aby skutecznie forsować prawo dobre dla własnych obywateli. Sęk w tym, że siła wynikająca z liczby mandatów posłów i senatorów w przypadku spraw światopoglądowych jest de facto słabością Platformy. I być może właśnie ten aspekt decyduje, że Donald Tusk Przewodniczący PO nie podejmuje działań zmierzających do normalizacji także w tej dziedzinie życia społecznego. Cierpią na tym przede wszystkim Ci, dla których sprawy in vitro, związków partnerskich, neutralności światopoglądowej są ważniejsze niż trwałość środowiska partii rządzącej. A skoro tak, to trudno też się dziwić, że dla Donalda Tuska ważniejsze jest utrzymanie władzy niż danie ludziom możliwości godnego życia poza małżeństwem. Choć chyba powinno być inaczej: przede wszystkim dobro obywateli nawet ponad trwałość formacji, która dała mu stanowisko premiera. 

06 czerwca 2012

Mistrzowie promocji


Zwykle politycy z pompą godną lepszej sprawy nie odmawiają sobie przyjemności otwierania, przecinania wstęg i tym podobnego teatru, gdy uda im się wykończyć jakąkolwiek, nawet najmniejszą inwestycję. W 2009 roku Marszałek Województwa Mazowieckiego otwierał nowo wybudowaną drogę z Goślic do Ciółkowa zaraz po tym, gdy kilka dni wcześniej ten sam odcinek otwierał jego zastępca z Platformy Obywatelskiej. Tym razem, mimo że inwestycja ma charakter znacznie większy, minister Graś poinformował, że Premier nie planuje hucznego otwarcia A2. To wcale nie znaczy, że nie zobaczymy Premiera na A2. Zobaczymy, kiedy autostrada będzie nie tylko przejezdna, ale i bezpieczna, czyli de facto ukończona.
Trzeba przyznać, że nasze ustawodawstwo to chyba ewenement na skalę światową. Aby uczynić możliwym przejazd z zachodu na wschód Polski (ściślej rzecz biorąc do Warszawy), ustawodawca przyjął nowelizację ustawy o szczególnych zasadach przygotowania i realizacji inwestycji w zakresie dróg publicznych. W dużym skrócie sprowadza się ona do tego, że dla umożliwienia przejazdu oddaną do ruchu drogą obniża się jej standard. Nadzór budowlany dopuszcza więc do ruchu na trasie, która nie jest ukończona bądź prace wciąż jeszcze trwają bądź zaraz zostaną ukończone. Oczywiste jest (i też nikt tego nie ukrywa), że owa nowelizacja jest wprost związana z EURO2012. W końcu pozwolenie na użytkowanie takiej drogi będzie wydawane wyłącznie do 30 czerwca br. W przypadku A2 oznacza to, że będzie co prawda przejezdna, ale prędkość dopuszczalna wyniesie 70 km/h a po mistrzostwach trzeba będzie ją dokończyć. Pomijając fakt, że 70 km/h na autostradzie nie jest prędkością zawrotną, to większe obawy trzeba wiązać z bezpieczeństwem ruchu drogowego i ewentualnymi dodatkowymi kosztami związanymi z eksploatacją A2 w czasie mistrzostw, gdy droga jest wciąż do końca nie ukończona, aniżeli komfortem użytkowników tejże. To w rzeczy samej nie stanowi w skali budżetu państwa problemu, którym dziś rządzący zaprzątaliby sobie głowę. A2 zgodnie z zapowiedziami, choć i oczywiście skutecznym straszeniem, że może się jednak nie udać, oddano. Nie ma się też co oszukiwać, że więcej w tym wszystkim było teatru i budowania napięcia na zasadzie „uda im się, czy nie uda”. Dziś, z perspektywy kilkunastu tygodni „walki” rządu na froncie autostradowym widać, że cała ta akcja była dobrze przemyślaną grą pozorów, której efektem miało być odtrąbienie sukcesu i wielka ulga społeczna jak wspaniały mamy rząd, który „dał radę”. Niewątpliwie Premierowi udało się też skutecznie przykryć poważniejsze wpadki. Troska całego narodu o oddanie A2 pozwoliła zapomnieć o planach i mapkach dróg jakimi skutecznie mamiono nas przed mistrzostwami. Plany były w końcu znacznie większe. W tym miejscu warto wspomnieć choćby o planach związanych z A1 czy A4, o drogach ekspresowych. Jeśli by więc podsumowywać skuteczność rządu na froncie walki z budową dróg przed EURO2012 i porównywać z planami jakie prezentowano, to radość z A2 może być trochę jak śmiech przez łzy. Cieszymy się, dziękujemy i znów z poczuciem, że ktoś robi z nas wała.
A jeśli ktoś myśli, że Premier pozwoli nam zapomnieć o sobie i nie będzie robił cyrku z otwieraniem A2, to jest w błędzie. Będzie i cyrk i wstęga i szampan, gdy w ciągu 9 miesięcy po mistrzostwach droga zostanie ponownie oddana do użytku. Żal jedynie, że tych wstęg nie będzie więcej. Choć z drugiej strony, znając możliwości promocji rządu Tuska, nie można wykluczyć, że wstęga będzie przecięta dwukrotnie. W końcu każda autostrada ma swój początek i koniec. Marszałek Struzik i jego koledzy z PO pokazali, że każdą drogę można otwierać dwa razy. A że to głupie … kto by się przejmował detalami.

29 maja 2012

Poczujcie się jak...w kraju analfabetów

Premier Donald Tusk zaangażował się w promocję Polski przed Mistrzostwami Europy. Na swoim videoblogu ściskając w ręku materiał przygotowany dla kibiców z całej Europy wypowiedział hasło, które ma być zrozumiałe dla obcokrajowców i zachęcać zagranicznych turystów do przyjazdu do Polski: Feel like at home. Problem w tym, że Premier przytoczył słowa promujące Polskę, które napisane są z błędem. Prawidłowo po angielsku sformułowanie Poczuj się jak w domu powinno brzmieć: Feel at home. Na kampanię promocyjną z błędnie napisanym angielskim idiomem polski rząd wydał 1 milion złotych.




A wystarczyło, aby tuzy rządowej promocji sięgnęły do najprostszych narzędzi dostępnych dla każdego w internecie. Na stronie idioms.thefreedictionary.com sformułowanie Feel at home daje następującą odpowiedź: to feel as if one belongs; to feel as if one were in one's home; to feel accepted. I liked my dormitory room. I really felt at home there. We will do whatever we can to make you feel at home.
Przy wprowadzeniu do wyszukiwarki internetowego słownika sformułowania Feel like at home, które znajduje się na oficjalnych materiałach promujących EURO2012 uzyskujemy odpowiedź: Phrase not found in the Dictionary and Encyclopedia. Co oznacza, że przytoczona fraza nie została znaleziona!


Megasłownik.pl na hasło Feel at home daje następującą odpowiedź: czuć się jak u siebie w domu. Czyli dokładnie to, o co zapewne chodziło Premierowi, gdy na swoim videoblogu zachęcał rodaków, aby z otwartymi rękoma przywitali gości z całej Europy. Skądinąd przy wpisaniu frazy Feel like at home, którą Premier wygłosił, pojawia się analogiczna odpowiedź jak wcześniej: szukanego słowa nie ma w MEGAsłowniku.


Podobne rezultaty daje internetowy słownik dictionary.cambridge.org. Angielski idiom Feel at home tłumaczony jest tak: to feel comfortable and relaxed. By the end of the week she was beginning to feel at home in her new job. Słowem: poczuj się jak w domu.
Przy wpisaniu Feel like at home odpowiedź była następująca: feel like at home was not found. Co oznacza tylko tyle, że odpowiedzi nie znaleziono.


Cóż - błędne tłumaczenie słów Poczuj się jak w domu można by nawet uznać za zabawne. Jednak zważywszy, że wydano na materiały promocyjne ponad milion złotych (billboardy, spoty radiowe i telewizyjne, ulotki, plakaty itp.), są one sygnowane nazwiskiem samego premiera, który ze swadą ogłasza przed kamerami TV rozpoczęcie akcji i wypowiada słowa Feel like at home, to już nie żart. I można oczywiście zakłamywać rzeczywistość i wmawiać sobie, że przecież słowa promujące Mistrzostwa Europy w Polsce będą zrozumiane przez zagranicznych gości. Ale też chyba nie wypada, aby na oficjalnych materiałach firmowanych przez samego Premiera znajdowały się błędy językowe. Bo to ani poważne, ani chwały Polsce nie przynosi. Co najwyżej daje asumpt do kolejnych szyderczych komentarzy. Gorzej, że tym razem zagranicznym dziennikarzom. Nie dość, że nie potrafimy budować autostrad, nasze pociągi się rozbijają, to jeszcze z pisaniem w obcych językach mamy problemy. Oby przynajmniej Polscy piłkarze podczas mistrzostw Europy trafiali do właściwej bramki, bo to co zrobił Premier, to samobój.

28 maja 2012

To się opłaci

Administracja państwowa wydała milion złotych na promocję EURO2012. To nie są pieniądze wyrzucone w błoto. To inwestycja, która powinna się zwrócić.
Nie zżymam się, gdy słyszę ile Polski rząd wydał na reklamę mistrzostw Europy w naszym kraju. Sądzę, że to wydatek niewielki w kontekście spodziewanych zysków w przyszłości. Śmiało można bowiem założyć, że dobra opinia, dobre recenzje gości z Europy mogą w przyszłości przełożyć się na liczbę turystów, którzy wrócą do Polski już nie w celach stricte sportowych związanych z wydarzeniami sportowymi o charakterze europejskim.
Zakładając, że jest nas 38 milionów to wkład każdego Polaka w promocję kraju jest na poziomie 2,6 gr. Sądzę, że jednostkowo to niewiele w pokazanie Polski jako kraju wartego ponownych odwiedzin. Zważywszy, że wciąż jesteśmy w tyle za Europą w zakresie autostrad, dobrego transportu kolejowego to może chociaż gospodarzami okażemy się godnymi imprezy jaka odbędzie się w Polsce i na Ukrainie w czerwcu 2012.
Muszę też przyznać, że hasło „Feel like at home” jest również trafione. Choć zważywszy na wyżej wspomniane trudności niektórym naszym zagranicznym gościom może być naprawdę trudno poczuć się jak w domu. To oczywiście złośliwość, ale taka na którą rząd Donalda Tuska pracował przez ostatnich 5 lat. Skoro jednak wciąż mamy braki w infrastrukturze, wciąż gonimy Europę to może przynajmniej w robieniu dobrego wrażenia będziemy liderami. Póki co zapowiada się nieźle. A że drogi rozjechały się z planami, to w końcu jak mawia minister infrastruktury: nie drogi grają na mistrzostwach.

23 maja 2012

Potrzebuję od rządu normalności. Czy mam paranoję?

W przeciwieństwie do Janiny Paradowskiej (Paranoja w stanie wrzenia, Polska the Times) nie oczekuję od władzy doglądania budowy każdej autostrady, wizyt w szpitalach i na boiskach, które mają być areną EURO2012. Nie oczekuję również, że Premier będzie podróżował tymi samymi pociągami co każdy Polak. Oczekuję jedynie, że rząd będzie wobec mnie uczciwy a składane przed wyborami obietnice nie będą się tak znacząco rozmijać z rzeczywistością.




Należę do chóru krytyków ostatnich gospodarskich wizyt po Polsce premiera Tuska. Co więcej, ja również szukałem analogii w PRLu. Jakoś same się narzucały i chyba, biorąc pod uwagę wypowiedzi premiera, sprawiały mu - co zadziwia - więcej radości aniżeli przykrości. Oczywiście nie chodzi o czynienie przykrości premierowi. To raczej próba pokazania, że czas wiary i traktowania wszystkiego co robi premier i jego rząd z nabożną czcią, po prostu się skończył. Oczywiście, można, jak czyni to publicystka Polityki i Polski the Times, dokonywać intelektualnego gwałtu i wmawiać sobie, że wizyty premiera przynoszą zbawienny ładunek dodatkowych sił wśród pracowników krzątających się przy budowie A2. Można też, z pozycji wszechwiedzącej narratorki dezawuować opinie o PRLu komentatorów, którzy w dorosłość wchodzili po '89 roku. Nie zmienia to jednak faktu, że analogie narzucają się same, a na samym końcu chodzi nie wszak o pokazanie zatroskania losem EURO a jedynie o propagandę sukcesu. To mechanizm stary jak świat a już meldunki poszczególnych ministrów o gotowości resortów do mistrzostw Europy to nic innego jak tylko kpina z ludzi myślących.
Nie potrzebuję wiedzieć, że premier lata helikopterem, wizytuje szpital, jedzie pociągiem. Potrzebuję przejezdnej autostrady, potrzebuję dostać się do szpitala bez zbędnej kolejki, potrzebuję czystych i nie spóźniających się pociągów. Potrzebuję normalności, która jest standardem a nie wyjątkiem za sprawą akurat wizyty premiera. Jeśli już premier czuje potrzebę doglądania, to zamiast wizytować wrocławski szpital powinien udać się do tych placówek, których limit wizyt u wielu specjalistów na ten rok już się wyczerpał. Premier powinien porozmawiać choćby z małymi pacjentami i ich rodzicami z Piły czy Poznania. To naprawdę może pozwolić wrócić na ziemię zadowolonym z siebie wysokim urzędnikom a i widok jest lepszy niż z wygodnej kabiny rządowego helikoptera.
Warto, aby władza interesowała się inwestycjami, zwłaszcza a może raczej w szczególności tymi, za które płaci z naszych podatków. Nie odmawiam też rządowi prawa do chwalenia się ukończonymi autostradami, wybudowanymi stadionami. Nie mam też nic przeciwko, gdy media będą nas zasypywać informacjami o kolejnych przecinanych wstęgach. Ale proszę mi nie kazać wierzyć, że wszystko jest w porządku i klaskać na widok premiera, gdy ani wstęg nie widać, ani autostrad, a nad głową mam jedynie rządowy helikopter. 

19 maja 2012

Lot nad A2


Oglądając relację z lotu Premiera i ministra transportu nad niewybudowanymi fragmentami autostrady A2 odnoszę wrażenie, że wysocy urzędnicy państwowi po prostu sobie z nas zakpili. Inaczej nie potrafię sobie tego wytłumaczyć. Trudno bowiem uwierzyć, aby w niepodległej Polsce poważni politycy, wybrani w demokratycznych wyborach sięgali do metod rodem z PRL i chwytali się sztuczek tak często obśmiewanych w komediach Barei. Oto bowiem nasza władza umiłowana pokazuje całej Polsce porażkę inwestycyjną jaką poniosła. Nie chwalą się bowiem kolejnym oddanym do użytku odcinkiem, tylko pokazują właśnie niewybudowane. Tego nawet w „Misiu” nie było. 


Nie przekonują mnie argumenty, że Premier osobiście nadzoruje budowę. Nie przemawia do mnie stwierdzenie, że dzięki temu „pańskie oko konia tuczy” i tym samym na budowie praca będzie wrzeć. Kto w to wierzy najdelikatniej rzec ujmując jest naiwny. Po pierwsze, praca na A2 nie wrze. Po drugie, z faktu, że Premier przeleci się helikopterem budowlańcy więcej nie wybudują. Po trzecie, stosowanie tak prymitywnych sztuczek PR-owskich u znających instrumenty marketingu wzbudza raczej uśmiech politowania aniżeli przekonanie, że ściągnięte brwi Premiera z wysokości kilku kilometrów zrobią piorunujące wrażenie na wykonawcach i oglądających lot premiera widzów kilku telewizji. 


Po co więc cały ten spektakl? Ano właśnie. Być może ostatnia zła passa ministerstwa transportu i GDDKiA związana z wystąpieniem choćby Marka Szymczaka podczas sejmowej podkomisji czy nagrodami dla nadzorujących budowę A2 urzędników przelała „czarę goryczy” i odpowiedzialni za wizerunek rządu uznali, że czas użyć najpoważniejszej w ich arsenale broni. Samego Premiera Tuska, który tak jak w kampanii ratował wynik Platformy tak teraz wycieczkami helikopterem próbuje ratować resztki powagi własnego rządu. Rządu, którego prestiż jest coraz mniejszy a sondaże ugrupowania rządzącego lecą w dół z każdym tygodniem. Premier wie, że duża część naszego narodu lubi takie pokazowe spektakle. Dlatego lotu nad A2 nie kierował do dziennikarzy, opozycji a nawet własnych szeregów. Zapewne bez entuzjazmu, ale z poczuciem misji, z powagą godną lepszej sprawy, Premier cynicznie udaje, że nadzoruje, pilnuje i robi wszystko by A2 powstała a przynajmniej była przejezdna. I choć wie, że od tego jednego lotu niewiele zależy i zapewne ma świadomość, że czekają kibiców męczące objazdy to wszak znajdzie się kilku, którzy zakrzykną, że robił wszystko by się udało. A nawet jeśli nikt nie uwierzy w intencje Premiera, to przecież lepiej by śmiano się z mało poważnego lotu, aniżeli czepiano nagród dla urzędników za niewybudowaną autostradę i podnoszono problem z padającymi przedsiębiorstwami ludzi takich jak Marek Szymczak – tracących nomen omen na budowie A2.

18 maja 2012

Rząd zabija przedsiębiorców


Przykład przedsiębiorcy Marka Szymczaka jest tylko fragmentem problemu większości polskich przedsiębiorców. Nic ich bowiem tak skutecznie nie zabija jak VAT od niezapłaconych faktur. Wszyscy wiedzą, że zmorą polskich przedsiębiorców jest ta danina wobec fiskusa. I wszyscy pozostają głusi na podnoszone przez środowiska gospodarcze propozycje rozwiązania tego problemu. I trudno się dziwić. To łatwe i szybkie pieniądze dla budżetu. A poza tym na przyznane i szokujące premie dla pracowników GDDKiA nadzorujących niewybudowaną autostradę A2 skądś trzeba brać środki. Gorzej jeśli zabraknie w końcu przedsiębiorców zabitych należnościami wobec US i ZUSu. Tym jednak rząd zdaje się nie zaprzątać głowy. Póki co.
Marek Szymczak wykonywał pracę do jakiej się zobowiązał. Za to oczekiwał należnej mu i zgodnej z umową z DSS gratyfikacji finansowej. Niestety zapłaty nie otrzymał. Ale VAT od wystawionych faktur musi uregulować. Państwo polskie nie ukarze, przynajmniej nie szybko a najpewniej wcale, niesolidnego wykonawcę autostrady A2. Polskie organy skarbowe dopadną uczciwego przedsiębiorcę, który wykonywał sumiennie zlecone mu prace i zatrudniał 200 osób. Wcześniej czy później, większość przedsiębiorców okradzionych z dochodu przez niesolidnego zamawiającego a z drugiej ściganych przez państwo, musi przegrać. Szymczak również przegrał. Jego emocjonalny apel podczas sejmowej podkomisji był tak naprawdę jedynie „wołaniem na puszczy”.
Dziś, przedsiębiorca w przypadku niezapłaconej faktury jest karany po wielokroć. Po pierwsze, nie dostaje należnego wynagrodzenia. Po drugie, musi pozostać w porządku z fiskusem, a po trzecie nikt mu nie zwróci wykorzystanego towaru i czasu jaki poświęcił na wykonanie określonych prac. I nawet funkcjonująca od niedawna tzw. ulga na złe długi sprawy nie załatwia. Lepszym rozwiązaniem są choćby stosowane skutecznie i z troską o przedsiębiorcę (a tym samym miejsca pracy jakie organizuje) regulacje niemieckie. W Niemczech przedsiębiorca odprowadza podatek dopiero po otrzymaniu zapłaty. Proste – tak, ale wymagające od państwa i reprezentujących go urzędników traktowania przedsiębiorców jak partnerów a nie jak potencjalnych złodziei, których można dobić dodatkowymi obciążeniami fiskalnymi.
Właściwie niewiele trzeba, aby podobnych do Marka Szymczaka przedsiębiorców nie zabijały przepisy. W Polsce można budować szybciej, taniej i lepiej. Wystarczy, jeśli państwo nie będzie przeszkadzać, stwarzać barier i będzie traktować swoich obywateli jak partnerów a nie potencjalną skarbonkę niezależnie od kosztów jakie z tym się wiążą. A dziś są one w całości przerzucone na przedsiębiorców.

13 czerwca 2009

Narodziny religii trwania

Platforma Obywatelska zanotowała kolejny wyborczy sukces. W PE będzie ją reprezentowało 25 parlamentarzystów. Miarą jej sukcesu nie jest jednak zachwycający plan reform czy wybitne osiągnięcia polityki zagranicznej skutkujące niespotykanymi dotychczas w powojennej demokracji wynikami. Sukces Platformy opiera się na kilku prostych zasadach sprowadzających się do nieśmiertelnych słów komunistycznego klasyka Władysława Gomułki: ”raz zdobytej władzy, nie oddamy nigdy!”.

Po pierwsze, kasa misiu, kasa


Jednym ze sztandarowych haseł z jakimi występowała Platforma był sprzeciw wobec dotacji dla partii z budżetu państwa. Liderzy PO wychodzili z założenia, że obywatel Polski nie może utrzymywać partyjnej biurokracji. Mniejsza o argumentację jaką przytaczano dla zobrazowania konieczności zmian w polityce finansowania partii politycznych, fakt jednak pozostaje bezsporny, że w 2005 roku zdecydowano o przyjęciu publicznych pieniędzy. Z perspektywy czasu widać, że potrafiono w PO wykorzystać skutecznie środki przyznane z budżetu państwa.


W tej kadencji Sejmu kwota dotacji jaką przyjmie partia rządząca wyniesie ponad 100 mln złotych. W samym 2009 roku będzie to blisko 40 milionów złotych. Nikt chyba nie ma wątpliwości, że główny demiurg politycznych posunięć PO – Grzegorz Schetyna, potrafi skutecznie wykorzystać przyznane partii środki i dobrze rozumie, że bez pieniędzy jego partia nie będzie skutecznie rywalizować. Sama twarz Tuska, o czym przekonał się w 2005 roku, nie wystarczy. Towar, jakim jest lider Platformy, musi mieć dobre i bogate opakowanie, atrakcyjne dla wyborcy.


Nie jest jednak najważniejsze ile pieniędzy wyciągnie z budżetu Platforma. Ważne jest to, że wielkość środków jakie przyjmuje powoduje ogromne różnice w dostępie do wszelakich nośników promocji i reklamy partyjnego szyldu. Im większe różnic e na koncie partyjnym pomiędzy PO a innymi partiami, tym większe możliwości na utrzymanie przewodniej roli Platformy w życiu publicznym.


Jedyne, ewentualne zagrożenia dla wiecznej dominacji Platformy, jakie mogłoby się zrodzić istnieją poza Sejmem. Dziś bowiem, wśród partii opozycyjnych, aktywnych w życiu parlamentarnym, nie ma realnej siły mogącej zagrozić teamowi Tuska i Schetyny. Jest to jednak zagrożenie, póki co, tylko w formule życzeniowej. Nie ma bowiem równie silnej struktury, równie bogatej, dysponującej praktycznie niekończącymi się źródłami finansowymi.


Stąd trudno uwierzyć, w prawdziwość tez działaczy PO o chęci zrezygnowania z partyjnych dotacji. Nie wierzę, by  chcieli zrezygnować z pieniędzy, które dają im poczucie trwania i finansowej stabilizacji, nawet gdyby miały nadejść trudne czasy, czyli to, co wydaje się dziś nieprawdopodobne: PO oderwana od koryta władzy. Pieniądze pozwalają liderom Platformy tworzyć wizualną rzeczywistość jak nikomu w Polsce, a tym samym utrwalać władzę bezwzględną.


Po drugie, wsadzać swoich gdzie się da


Kolejnym hasłem ze sztandarów wyborczych PO, było zlikwidowanie synekur płynących z obsady państwowych spółek skarbu państwa. Zmiany te, wszędzie tam gdzie rządzi PO, miały objąć również samorządy. Nic takiego jednak się nie dzieje. Tak jak poprzednicy, ich następcy z Platformy skutecznie zawłaszczają wszystkie możliwe do obsady stanowiska nie bacząc na dość cichą, lecz jednak krytykę, płynącą czasami z mediów elektronicznych. Nawet wówczas, gdy ministrowi Gradowi (główny macher Tuska od obsady spółek) wymknie się w wywiadzie radiowym, że co innego mówi się w kampanii a co innego robi się po dojściu do władzy. Nie jest to dokładny cytat z ministra, ale ducha wypowiedzi chyba zachowałem.


Nie inaczej dzieje się w spółkach samorządowych a także przy obsadzie stanowisk urzędniczych. Weźmy na ten przykład Warszawę, gdzie skala zjawiska i bezczelność w ramach obsadzania „swoimi” osiągnęła wymiary dotychczas niespotykane. Mechanizmy jakie stosowano, aby zagwarantować pracę działaczom PO, szczegółowo opisywała warszawska prasa. W związku z tym warto jedynie przypomnieć słowa z programu PO z 2006 roku, z jakimi do wyborów prezydenckich szła Gronkiewicz-Waltz, kandydatka na Prezydenta Warszawy, a wraz z nią cała Platforma. Brzmiały one następująco: „Są one (spółki miejskie - przyp.aut.) swoistą nagrodą dla lojalnych partyjnych funkcjonariuszy rządzącej partii, którzy obejmują w nich dobrze płatne posady prezesów, członków zarządów i rad nadzorczych”. Co z hasła pozostało? Pusty frazes, o którym nie pamiętają ani autorzy programu PO, ani, co chyba smutniejsze, wyborcy.


Dobrze uposażony działacz PO, to oddany sprawie i „kupiony” wyznawca jedynie słusznej religii trwania. Kto bowiem będzie występował przeciwko swoim darczyńcom? Kto ośmieli się podnieść rękę na tego kto karmi, żywi i broni? Nikt. Dlatego dobrze uposażona armia działaczy, wyposażona w stały i stabilny żołd, za który wymaga się jedynie wierności i przytakiwania gotowa jest do walki i marszu za swym światłym przywództwem nawet w otchłań, tym bardziej, że wróg lichy i bez uposażenia. Ryzyko porażki niewielkie, a z każdą nową batalią łupy coraz większe. Zysk jest obustronny. Partia zyskuje oddanych i nijakich wyznawców bez słowa wykonujących każde polecenie, a zainteresowani podstawową stabilizację i brak troski o jutro. Wszystkim więc zależy, aby słońce Peru trwale świeciło i ogrzewało nowe pola dla zaspokojenia aktywności i apetytów swych wyznawców.


Po trzecie, póki PiS żyje, my żyjemy


Zadziwiające są wyniki badań sondażowych, z których wynika, że z grubsza ujmując mniej więcej 20% populacji Polaków popiera rząd premiera Tuska, zaś ponad 50% popiera partię, którą kieruje tan sam Tusk. Wyniki te są jednak zadziwiające jedynie pozornie. Gdyby przyjrzeć się decyzjom jakie podejmowali wyborcy w 2006 i 2007 roku widać będzie z nich jasno, że wybór partii Tuska to raczej negatywna decyzja o nie popieraniu PiS-u. Czy to wystarcza, aby dobrze rządzić? Niekoniecznie, ale wystarcza, aby trwać u władzy. I właśnie z polityką trwania mamy obecnie do czynienia.


Gdyby spróbować wymienić hasłowo choć jedną znaczącą zmianę jaka jest udziałem rządu PO-PSL to należałoby oddać się głębokim rozmyślaniom a i to nie zagwarantowałoby sukcesu. Oczywiście, po rządach PiS-u, nawet tak banalne sprawy jak normalizacja stosunków z naszymi najbliższymi sąsiadami czy Unią Europejską, muszą budzić powszechne uznanie, jednakże od większości rządowej mającej w zasadzie bezwzględną władzę (poczynając od samorządów a skończywszy na rządzie) można przecież i powinno się wymagać więcej.


Trudno jednak dziwić się Tuskowi i Jego ekipie, że we wszelkich działaniach zachowuje daleko idącą wstrzemięźliwość. W końcu samo bycie antyPiS-em gwarantuje zwycięstwo. Udawanie rządzenia z rozbudowanym teatrem zachowań, Palikotem zwracającym uwagę Polaków na sprawy bez znaczenia pozwala uniknąć rzeczywistej debaty o polskich drogach, służbie zdrowia czy reformie KRUS-u. Bądźmy jednak sprawiedliwi. Nie można winić Tuska za małość braci Kaczyńskich i ich partii. W końcu to nie on stworzył PiS a poniekąd poseł do PE z Platformy Jerzy Buzek. Tuska można jedynie chwalić za umiejętne wykorzystanie słabości PiS i umiejętne rozgrywanie ludzkich emocji podszytych strachem możliwości powrotu Kurskich, Lepperów i Giertychów do władzy.


Co więcej, twierdzę, że w dobrze rozumianym interesie samego Tuska jest podgrzewanie konfliktów z Kaczyńskimi i dalsze pogłębianie polaryzacji polskiej sceny politycznej. Stworzenie dwubiegunowego systemu partyjnego, być może z jakimiś drobnymi przystawkami w postaci PSL-u i SLD, scementuje system partyjny na tyle mocno, że władza Platformy Obywatelskiej na długie lata pozostanie niezagrożona. Brak alternatywy jest w tej chwili największą siłą Tuska.


Z czym więc będzie się kojarzył premier Tusk? Niewątpliwie wyróżnikiem będzie umiejętność trwania przy władzy, której dotychczas brakowało wszystkim jego poprzednikom. Z perspektywy samego premiera i popierających go zastępów partyjnych działaczy to sytuacja wymarzona. Dla Polski, to jednak utrata kolejnych lat i szansy na trwały, cywilizacyjny skok. Obyśmy tylko nie doczekali czasów, kiedy refleksja opinii publicznej w ocenie rzeczywistej wartości Tuska i Platformy Obywatelskiej przyjdzie zbyt późno a religia trwania przerodzi się w demokratyczny terror z jednym aktorem o różnych twarzach.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...