02 lipca 2012

Co ważniejsze: dobro obywateli czy trwałość partii?


Stosunkowo łatwo jest dziś wskazać linię oddzielającą formacje polityczne popierające usankcjonowanie związków partnerskich od tych, które życie społeczne ograniczają jedynie do pożycia w związkach uświęconych węzłem małżeńskim. Z jednym wyjątkiem. Partia, od której najwięcej dziś zależy, Platforma Obywatelska, mimo wielu wyborczych obietnic, także związanych ze związkami partnerskimi stoi w rozkroku i nie podejmuje decyzji. Jej posłowie uczestniczą w pracach komisji sejmowych związanych z tworzeniem regulacji dotyczących związków a inni skutecznie je blokują.
Nie można mieć chyba złudzeń, że także w tej kadencji parlamentu koalicja rządowa nie zdobędzie się na jakiekolwiek rewolucyjne rozwiązanie w sferze światopoglądowej. Chyba nie ma co liczyć na dobre ustawodawstwo związane z in vitro (choćby projekt posłanki Kidawy-Błońskiej) ani też ostateczne rozstrzygnięcie jak mają wyglądać relacje i wzajemne zobowiązania osób, które nie chcą zawierać małżeństwa.
Dziś, ten podstawowy problem związany z niemocą stanowienia prawa dotyczącego związków partnerskich nazywa się Platforma Obywatelska. To ta formacja ma wszelkie instrumenty i siłę, aby skutecznie forsować prawo dobre dla własnych obywateli. Sęk w tym, że siła wynikająca z liczby mandatów posłów i senatorów w przypadku spraw światopoglądowych jest de facto słabością Platformy. I być może właśnie ten aspekt decyduje, że Donald Tusk Przewodniczący PO nie podejmuje działań zmierzających do normalizacji także w tej dziedzinie życia społecznego. Cierpią na tym przede wszystkim Ci, dla których sprawy in vitro, związków partnerskich, neutralności światopoglądowej są ważniejsze niż trwałość środowiska partii rządzącej. A skoro tak, to trudno też się dziwić, że dla Donalda Tuska ważniejsze jest utrzymanie władzy niż danie ludziom możliwości godnego życia poza małżeństwem. Choć chyba powinno być inaczej: przede wszystkim dobro obywateli nawet ponad trwałość formacji, która dała mu stanowisko premiera. 

27 czerwca 2012

W imieniu Bogu


W projektach Prawa i Sprawiedliwości dotyczących zabiegów sztucznego zapłodnienia kluczowa nie jest kwestia penalizacji. Ważniejsze i znacznie bardziej niebezpieczne jest traktowanie przez tę partię samych zabiegów in vitro jako niedopuszczalnych ze względów moralnych. Reguły życia na wzór nauki kościoła katolickiego mają bowiem stanowić o dopuszczalności leczenia niepłodności bądź nie. A to wyklucza jakąkolwiek merytoryczną dyskusję o sztucznym zapłodnieniu. Członkowie Prawa i Sprawiedliwości czerpiący swoją wiedzę o in vitro z niedzielnych kazań niewiele wiedzą o samej procedurze i też w niewielkim stopniu wykazują gotowość do samodzielnego myślenia. Wiara w słowa biskupów wyklucza bowiem jakąkolwiek rozmowę. Wyklucza również potrzebę refleksji nad zrozumieniem czym jest sztuczne zapłodnienie.
W tym należy doszukiwać się głównej tragedii ludzi starających się o własne dziecko. Projekt PiS w spawie in vitro zamyka bowiem wszelką dyskusję na temat leczenia niepłodności. Co gorsza, argumenty podnoszone przez posła Piechę przeciwko procedurze sztucznego zapłodnienia są po prostu kłamliwe i pozbawione jakichkolwiek znamion racjonalności. Politycy PiS zdają się całkowicie nie dostrzegać, że procedura in vitro służy dawaniu życia a nie pozbawianiu. Już samo to stawia większość przeciwników sztucznego zapłodnienia po stronie cywilizacji śmierci - określenia tak często przez nich nadużywanego wobec osób o odmiennym światopoglądzie. Paradoksalnie więc opowiadając się przeciwko in vitro zmierzają w kierunku zmniejszenia populacji Polaków, prowadzą do osobistych tragedii par nie mogących począć dziecka drogą naturalną i dodatkowo jeszcze chcą karać więzieniem i grzywnami osoby, dla których społeczna nauka kościoła nie jest podstawowym źródłem zachowań etycznych w życiu społecznym.
Ewentualne wprowadzenie zakazu stosowania in vitro w Polsce zgodnie z projektem PiSu niesie za sobą jeszcze jedno niebezpieczeństwo. I nie chodzi o zmniejszenie liczby par, które mogłyby cieszyć się własnym dzieckiem. I tak jest to dziś procedura ograniczona do osób posiadających odpowiednie środki finansowe oscylujące w zależności od kliniki i zastosowanej procedury wokół kilkunastu tysięcy. Ci, którzy będą pragnęli dziecka będą wykonywać zabiegi poza Polską i ustawowy zakaz nie przeszkodzi im w spełnieniu marzeń.  Podstawowym i zasadniczym niebezpieczeństwem jest próba regulacji życia społecznego wedle reguł określonych przez światopogląd katolicki. I tak o to, metoda leczenia, uznana i stosowana na świecie, staje się elementem walki ideologicznej wystawionym na sztandarze hipokryzji i obłudy dumnie niesionym przez nierozumnych posłów Prawa i Sprawiedliwości. De facto być albo nie in vitro w Polsce, stało się więc sprawą podstawową związaną z odpowiedzią na pytanie o zakres wolności i ingerencji w życie społeczne zachowań wynikających wprost z nauki kościoła a nie z prawa stanowionego przez ludzi i dla ludzi, nie obarczonego nakazem płynącym z wiary, ale z potrzeby służenia ludziom.
A dramat ludzi, dla których in vitro jest ostatnią szansą na własne dziecko nikogo w tej walce nie obchodzi. Bo chyba nikt nie ma złudzeń, że letnia ofensywa Prawa i Sprawiedliwości ma służyć komuś więcej jak tylko wzmocnieniu politycznej siły w środowisku osób niepłodnych z własnego wyboru. 

24 czerwca 2012

Mieczem wojujesz od miecza giniesz


Działaczom PiSu wszystko kojarzy się z tragedią smoleńską. To jest praprzyczyna wszechrzeczy i to jest cezura nowego, świeckiego kalendarza. Świat dzieli się na ten sprzed i po tragicznym wypadku z 10 kwietnia 2010 roku. Nie dziwi więc, że Adamowi Hoffmanowi w programie Moniki Olejnik 7 dzień tygodnia, profesjonalnemu, rodzinnemu i dynamicznemu jak sam o sobie pisze na stronie internetowej, słowa Wojewódzkiego i Figurskiego przywołują obrazy sprzed dwóch lat. Za tym idzie cała litania zdarzeń tragicznych takich jak zabójstwo w biurze poselskim Prawa i Sprawiedliwości i wizyta w biurze Tomaszewskiego człowieka z repliką broni.  Narracja jaką przyjmują sympatycy i członkowie PiS dla opisu rzeczywistości, do niektórych zdarzeń pasuje jednak jak pięść do nosa. Tak jest choćby z ostatnim wydarzeniem jakie miało miejsce w Łodzi w biurze Jana Tomaszewskiego.
Trzeba przyznać, że budowanie w świadomości Polaków wielkości Lecha Kaczyńskiego zaraz po tragicznym wypadku, entuzjastom Jego publicznej działalności, nie wychodzi. Polacy szczęśliwie pamiętają, że był słabym Prezydentem Warszawy i jeszcze gorszym Prezydentem Polski. I może stąd ta irytacja i budowanie martyrologii za wszelką cenę. Skądinąd skutecznie wykorzystywanej w bieżącej polityce.
Zresztą w zewnętrznym opisie jaki fundują członkowie Prawa i Sprawiedliwości odbywa się codzienna walka z siłami zła utożsamianymi już nie tylko z PO, ale przede wszystkim tzw. mediami mainstreamowymi. I sporo w tym racji. Coraz wyraźniej widać sympatie polityczne dzielące dziennikarzy większości mediów. To z kolei przekłada się na obraz jaki budowany jest w głównych dziennikach poszczególnych telewizji czy redakcji prasowych. Inna sprawa, że chyba tylko dziennikarka sympatyzującej z PiS redakcji Gazety Polskiej występuje na spotkaniach i wiecach tej partii, co w innych redakcjach jest nie do pomyślenia. To jednak działaczom PiS trudno dostrzec. Stąd być może wszelka krytyka kogokolwiek z legitymacją bądź błogosławieństwem PiSu jest traktowana jak atak, nagonka i tylko taki opis jest traktowany jako prawdziwy. Nie dziwi więc, że słowa krytyki i fala oburzenia na występy i słowo pisane Jana Tomaszewskiego wzbudza w Hoffmanie tylko jedno skojarzenie. To medialny lincz wynikający z obłudy i zgody mediów mainstreamowych na obrażanie zmarłego Prezydenta. Dlatego też ten „dynamiczny, profesjonalny, rodzinny” rzecznik prasowy nie dostrzega wypowiedzi zawieszonego w klubie PiS oddanego wyznawcy Jarosława Kaczyńskiego. Hoffman tym samym uznaje za dopuszczalne chamskie dowcipy Tomaszewskiego wobec ministry sportu, prymitywne i wulgarne wpisy na blogu, chamskie wypowiedzi dla mediów. Jan Tomaszewski, były członek PRON, z dumą mówiący o wspieraniu reżimu generała po incydencie w biurze poselskim urasta do rangi kolejnego symbolu Prawa i Sprawiedliwości.
Wypadek z człowiekiem z atrapą broni w biurze posła Tomaszewskiego jest wydarzeniem zasługującym na jednoznaczną negatywną ocenę. Dobrze, że policja szybko ujęła sprawcę tej prowokacji. Jednocześnie snucie przez Hoffmana dywagacji, że praprzyczyną tych zdarzeń jest wypadek w Smoleńsku, a co za tym idzie publiczna zgoda na medialny lincz Tomaszewskiego, to trochę jak wyprowadzanie armat na muchę. Ani Tomaszewski nie był linczowany, ani też nie pozostaje bez winy. I rzecz nie w przestępcy, który przychodzi z atrapą broni, ale prawie innych do obrony przed prowokatorskim i chamskim słownictwem świetnego kiedyś bramkarza polskiej reprezentacji i oceny jego publicznej aktywności. I byłoby dobrze, gdyby Adam Hoffman przestał robić z siebie i swoich kolegów ofiary systemu. Bo ani nie są ofiarami, ani nie pozostają bez winy. A skoro sami mieczem wojują, to trudno oczekiwać, by świat wokół nich nadstawiał jedynie głowę do ścięcia.

22 czerwca 2012

Kasa misiu, kasa

Eska Rock może zacierać ręce. Dzięki występom Wojewódzkiego i Figurskiego, którzy dali kolejny popis swoich mało wysublimowanych możliwości znów o tej stacji głośno. Dowcipy rodem z rynsztoka dziennikarzy muzycznych mają rzekomo obnażać nasze wady narodowe i być satyrą na zaściankowość Polaków. Ani mnie to nie przekonuje, ani nie bawi.



Tym razem dostało się Ukraińcom. A konkretniej Ukrainkom. Sprowadzenie ukraińskich kobiet do posługaczek polskich panów, co to poza sprzątaniem spełniają też inne role o charakterze seksualnym trąci jakąś chorą seksualną manią, bez której audycja Wojewódzkiego i Figurskiego nie może się obyć.
Nie mam wątpliwości, że sam Wojewódzki jak i Figurski nie są ani szowinistami, ani rasistami ani też zapewne nie mają poczucia wyższości nad Ukraińcami. Dowcipy o Ukraińcach a wcześniej murzynach, to raczej element promocji operującej na najniższych, prymitywnych instynktach i samospełniająca się droga do wymiany przez Wojewódzkiego kolejnego samochodu. Bo chyba nikt nie ma wątpliwości, że w rzeczywistości chodzi o słuchalność, a to oznacza więcej reklam, a to w końcu przekłada się na większą kasę dla obu panów. Słowem, póki będą mieli możliwość, będą prowokować i szokować. Wywoływać skandale i opowiadać głupie dowcipy.
Nie zmienia to jednak faktu, że niezależnie jakie były ich intencje i rzeczywiste przemyślenia na temat Ukrainek, wypowiedziane w porannej audycji słowa są obraźliwe a nie dowcipne. A skoro obrażają to czemu nie traktować ich jak każdej tego typu wypowiedzi? Czemu nie reagować i żądać przeprosin jak robi to ukraiński MSZ? W końcu skoro poważnie traktuje się każde wystąpienie szowinistyczne czy rasistowskie czemu publiczny język tak zwanych dziennikarzy celebrytów ma być traktowany inaczej? Trudno bowiem audycje Wojewódzkiego i Figurskiego uznać za kabaret. A jeśli nie jest to kabaret, to powinni się liczyć z konsekwencjami, jeśli ich język i wypowiadane opinie będą dalekie od szacunku dla odmienności.

21 czerwca 2012

Złe zdjęcie


Robert Biedroń ma prawo do obrony i walki z chamstwem i wulgarnością. Ma też prawo i poniekąd obowiązek jako poseł na Sejm, do piętnowania zachowań, które uwłaczają ludzkiej godności. Pewnie nie pierwszy i nie ostatni raz On sam został obrażony tylko ze względu na swoją orientację seksualną. To smutne i zawstydzające. Szanując prawo Roberta Biedronia do wyboru formy walki z postawami homofobicznymi i po prostu chamskimi uważam jednocześnie, że przekroczył granicę przyzwoitości publikując zdjęcie dziecka autora ordynarnego wpisu.
Pan Robert Prochal wykazał się wyjątkowym brakiem kultury. Jego wpis nie pozostawia żadnych złudzeń z kim mamy do czynienia. Bez żadnych wątpliwości jego stosunek do Roberta Biedronia wyrażony w wulgarnej wiadomości przesłanej na Facebooku można ocenić tylko jako przejaw intelektualnej słabości i prymitywnego, obarczonego kompleksami języka. I dobrze, że poseł Ruchu Palikota pokazuje z kim ma do czynienia. Dobrze, że podobne do Prochala osoby mają powód do wstydu. Autor wiadomości do Biedronia powinien bowiem się wstydzić. Brak szacunku dla drugiego człowieka, który wyraził w wulgarnych słowach jest poniżej wszelkiej krytyki. Dlatego forma walki z językiem i postawą jaką zaprezentował Prochal, podjęta przez Biedronia jest w moim przekonaniu słuszna. Dobrze, że poseł Biedroń śmiało i konsekwentnie nie lekceważy wpisów pełnych chamstwa i nienawiści, ale pokazuje postacie, które za nimi stoją.
To, co budzi mój sprzeciw i z czym się nie zgadzam, to prezentowanie pod wpisem dziecka autora. To trochę tak, jakby winić chłopca ze zdjęcia za chamstwo ojca. Dlatego poseł Ruchu Palikota mógł i powinien pokazać raczej autora błyskotliwych przemyśleń skierowanych do niego a nie jego syna. Rozumiem, że pan Biedroń chciał skupić uwagę czytelników swojej tablicy na Facebooku na obrazie Matki Boskiej zamieszczonego za plecami chłopca. Brzmi to trochę jak oskarżanie wszystkich katolików o nienawiść do osób homoseksualnych, a to jednak przesada. Niezależnie jakie jest stanowisko kościoła wobec homoseksualistów i jak traktowana jest odmienność seksualna przez kościół. I choć rozumiem, że pan Biedroń mógł też po ludzku mieć już dość ordynarnych wpisów i wiadomości, to jednak nie rozumiem po co w całą tę sprawę wplątał niewinne dziecko skupiając na sobie niepotrzebnie uwagę zamiast na problemie homofobii z jakim wciąż i pewnie jeszcze długo będziemy mieć do czynienia w Polsce.

18 czerwca 2012

Na froncie bez zmian. Wciąż przegrywamy!


Od ponad 20 lat po każdym turnieju, w którym uczestniczy polska drużyna powtarzamy to samo. Konieczne są zmiany w PZPN. Zmieniają się prezesi, zmieniają działacze, grają nowe pokolenia piłkarzy a sukcesów jak nie było tak nie ma. Nawet sięgnięcie po zawodników z Francji i Niemiec niewiele pomogło. W nazywanej przez wielu grupie "śmiechu", we własnym kraju  odnieśliśmy spektakularną porażkę. I można zaklinać rzeczywistość w nieskończoność i wciąż (tak jak do niedawna piszący te słowa!) oszukiwać się, że będzie dobrze. Nie będzie. A w każdym razie nie szybko. Polska reprezentacja jest słaba i nawet kilku piłkarzy grających na co dzień w bardzo dobrych klubach europejskich nie potrafi zmienić jej oblicza.

Mam poważne wątpliwości czy nawet zmiana prezesa PZPN jest w stanie cokolwiek szybko odmienić. Wątpię również czy zmiana trenera wniesie coś nowego do gry Polaków. Czekają nas eliminacje do Mistrzostw Świata w grupie, która wcale nie jest łatwa. Pojedynków z Anglią, Czarnogórą czy Ukrainą nie da się wygrać spacerkiem i dobrą grą przez 20 minut na początku każdego spotkania, jaką zaprezentowali nasi piłkarze w czasie Mistrzostw Europy. Rewolucja w składzie też nie musi okazać się zbawienna dla wyników polskiej drużyny. Oczywiście można szukać dublerów w polskiej lidze dla aktualnie występujących w polskiej reprezentacji. Tyle tylko, że wcale nie muszą gwarantować gry lepszej zważywszy choćby na to, że polskie zespoły nie należą do czołówki drużyn europejskich i nawet pojedyncze sukcesy z ostatnich lat Wisły, Lecha czy Legii nie zmienią obrazu polskiej piłki. W Lidze Mistrzów nie ma nas od 1997 roku i nie jest to przypadek.

Niestety, ale brutalna prawda jest taka, że jesteśmy słabi. Mamy słaby związek i słabych piłkarzy (z nielicznymi wyjątkami, którzy wiosny nie czynią!). A w każdym razie ranking UEFA okazał się prawdziwy o tyle, że wszystkie występujące z nami zespoły w grupie Mistrzostw Europy okazały się lepsze. Zgodnie z rankingiem. Nie ma więc co oczekiwać cudu. Trzeba uzbroić się w cierpliwość. I może jak Lato minie, nowy trener nie zarżnie piłkarzy, polskie zespoły zaczną jesienią osiągać sukcesy na europejskich arenach. W końcu może uda się też stworzyć zespół, który sięgnie po najwyższe trofea. Póki co zbliża się lato i jedyne co nam pozostaje, to oczekiwać wakacji i znów ściskać kciuki za polski zespół...tym jednak razem, by śmiechu nie było i honorowych porażek. Bo nawet to nam przestało ostatnio wychodzić.

16 czerwca 2012

Panie Armand, czy ma Pan mózg? O jajach premiera nie całkiem poważnie


Odnoszę wrażenie, że po debacie sejmowej w sprawie Funduszu Kościelnego więcej uwagi skupiło się na wystąpieniach posłów Ruchu Palikota aniżeli samego Premiera. A szkoda. Premier powiedział bowiem niezwykle ważne zdanie: ”Nie było i nie będzie intencją mojego rządu oraz PO taka zmiana finansowania Kościoła, której efektem miałoby być jego osłabienie czy też atak na Kościół” (cytat za PAP). To znacznie ważniejsze niż pytanie czy premier ma jaja? Ważniejsze, bo pokazuje politykę rządu wobec kościoła i jego roli. W tym kontekście pytanie premiera czy ma jaja jest nie tylko wyrazem prymitywnej retoryki, ale przede wszystkim intelektualnej niemocy i działaniem wbrew pozorom przeciwko skądinąd ciekawej inicjatywie uporządkowania spraw związanych z finansowaniem kościoła katolickiego w Polsce.

Autor pytania - wyrażający także zapewne też troskę o jądra Premiera - nie po raz pierwszy zabłysnął „udanym” bon motem. W kwietniu na swoim profilu na Facebooku napisał (przy okazji zbliżającej się kolejnej rocznicy tragicznego wypadku samolotu prezydenckiego):”…ale by była jazda gdyby poszedł w ślady brata i znowu leciał na obchody do Smoleńska… (podobno historia lubi się powtarzać)”. To słowa oburzające i świadczące o bardzo niskim poziomie kultury osobistej. Niestety, mimo powszechnej i uzasadnionej krytyki za słowa o Jarosławie Kaczyńskim, poseł Armand zdaje się być całkowicie odporny na jakąkolwiek naukę. Tym razem zabłysnął w Sejmie.

Oczywiście, parlament zarówno Polski jak i w innych krajach europejskich bywa areną słownictwa, które dalekie jest od Wersalu. Zresztą, jak można się przekonać z wielu relacji prasowych i medialnych, co bardziej krewcy parlamentarzyści używają w dyskusji nie tylko języka. Nie znaczy to jednak, że chamstwa nie należy tępić i piętnować. I właśnie dlatego słowa Armanda Ryfińskiego nie powinny paść w Sejmie. Donald Tusk, choć jest w moim przekonaniu złym premierem, ale też i po ludzku złym człowiekiem (odwołuję się w tym momencie do własnych doświadczeń, które czytelników bloga nie muszą interesować i nie muszą się ze mną zgadzać), to jest też premierem mojego kraju i należy mu się szacunek. A ten można i powinno się również wyrażać odpowiednim słownictwem w czasie dyskusji sejmowej. Krytykować, wskazywać błędy, ale nie wprowadzać do sejmu języka rodem spod budki z piwem.

Pomijając jednak aspekt kultury czy raczej jej braku jakim wykazał się poseł Ruchu Palikota, zasadnym wydaje się pytanie o co spytałby poseł Armand premiera, gdyby była kobietą. O jajniki? Macicę? Jeśli również o jaja, to wykazałby się nie tylko brakiem kultury, ale i brakiem mózgu. Absurdalność pytania zadanego przez posła Armanda pokazuje, że wbrew powszechnej opinii wygłaszanej przez posłów Ruchu Palikota będących na co dzień zatroskanymi o język naszych rodaków wobec wszelkich mniejszości, sami tego typu wypowiedziami wpisują się w szowinistyczne stereotypy i hasła. Odwołując się bowiem do pytania o jaja premiera, poseł Armand wskazuje, że o sile i niezłomnej postawie polityka, konsekwencji w działaniu ma stanowić to czy ma jądra czy nie. W tym sensie jaja jak rozumiem, mają być wyznacznikiem męskości i siły. Idąc dalej tym tropem, można by zadać pytanie jednemu z liderów partii Palikota jakie jeszcze inne są wyznaczniki owej męskości. Dobrze, że poseł Armand oszczędził nam pytań o rozmiar członka premiera, bo tego chyba nawet lider jego formacji mógłby nie zdzierżyć…. co gorsza mogłoby się okazać, że premier, za przeproszeniem, prezentuje większą wartość własnego oprzyrządowania niż niezłomny lider nowoczesnej lewicy z Biłgoraja.

Żarty na bok. Pewnie jeszcze nie raz poseł Armand Ryfiński zachwyci erudycją. Jeszcze nie raz, nie tylko on, ale także inni równie błyskotliwi parlamentarzyści będą odwoływać się do tych czy innych części ciała swoich adwersarzy. Miejmy tylko nadzieję, że żaden na tak zadane pytanie nie zechce udowadniać, że między spodniami ma więcej niż tylko pisanki.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...