17 grudnia 2010

Rolexy od Gronkiewicz-Waltz

Życie Warszawy w artykule „Kasa dla Prezesów” (16.12.2010) ujawnia, że Hanna Gronkiewicz-Waltz lekką ręką przyznała prezesom miejskich spółek nagrody za rok 2009 w wysokości prawie 420 tysięcy złotych. Niestety opinia publiczna nie może poznać uzasadnienia dla tych niezwykle wysokich nagród jakimi obdarzyła na święta swoich prezesów.

Największą nagrodę, jak wynika z ustaleń Życia Warszawy, otrzymał prezes Tramwajów Warszawskich, Krzysztof Koros – 59.574 zł. Niewiele mniejszą, a w każdym razie bardzo „przyzwoitą” otrzymali prezesi MPWiK, SPEC i Metra Warszawskiego – po 50.000 zł. Trochę gorzej wypada prezes PKiN bo jedynie 45.000 zł. W tym przypadku zapewne dlatego, że pałac jeszcze stoi, mimo, że minister Sikorski najchętniej by go zdetonował. Odrzucając jednak dowcipy, można snuć jedynie domysły, co stało za przyznaniem wysokich nagród prezesom. Niestety, jak podaje Życie Warszawy, warszawski ratusz ani myśli tłumaczyć się ze swoich decyzji.

A szkoda. Chciałbym wiedzieć, będąc mieszkańcem Warszawy, płacąc w moim mieście podatki i poniekąd przyczyniając się do bogactwa prezesów spółek miejskich, skąd Hanna Gronkiewicz-Waltz czerpie zadowolenie z oceny ich pracy. Kiedy bowiem ocenimy pracę spółki metro warszawskie przez pryzmat chociażby budowy II, nie wspominając o III linii metra, to można mieć wątpliwości czy rzeczywiście jest to spółka dobrze zarządzana. Jeśli weźmie się jeszcze pod uwagę fakt niezabezpieczenia peronów metra warszawskiego dla osób niepełnosprawnych, o czym wspominała m.in. Katarzyna Munio w czasie kampanii samorządowej, to już całkiem można się dziwić skąd tak dobre oceny pracy prezesa. Być może opinia Gronkiewicz-Waltz byłaby inna, gdyby jak niepełnosprawny student, przez brak zabezpieczeń, wpadła pod nadjeżdżający pociąg metra i wyszła z wypadku z dodatkowym uszczerbkiem zdrowia. Jestem przekonany, że jej ocena byłaby wówczas inna. Nie znaczy to oczywiście, że życzę Pani prezydent przeżywania cierpień porównywalnych do tych jakich doznał ów młody człowiek w 2008 roku (ani żadnych innych). Życzyłbym sobie jedynie, aby Prezydent mojego miasta miała choć odrobinę więcej wyobraźni. Z pobieżnych wyliczeń wynika bowiem, że zabezpieczenie krawędzi peronu metra warszawskiej stacji Centrum specjalnymi taśmami, to koszt około 60.000 zł. A więc niewiele więcej aniżeli roczna nagroda prezesa metra.

Bilans strat i zysków wydaje się prosty. Zadowolenie i bezpieczeństwo niepełnosprawnych mieszkańców Warszawy z jednej strony, z drugiej radość prezesa, że pod choinkę będzie mógł sobie sprawić Rolexa. Czy naprawdę trzeba mieć aż tyle wyobraźni, by wiedzieć, gdzie leży interes społeczny i kto naprawdę zasługuje na świąteczny prezent? Prezydent Warszawy powinna to wiedzieć. Jeśli nie wie, to znaczy, że nie ma za grosz wyobraźni.

05 grudnia 2010

Z dala od polityki...przypadek ursynowski

To, co dzieje się obecnie na Ursynowie, jest niczym innym jak łamaniem podstawowych zasad samorządności i demokracji. Hanna Gronkiewicz-Waltz i rządząca w Warszawie Platforma w imię obrony zajętych cztery lata temu stanowisk próbuje kruczkami prawnymi podważyć demokratyczne wybory i wprowadzić na stanowisko tej warszawskiej dzielnicy komisarza. Przypomina to działania, które dawno temu zawarto w krótkiej frazie,  wydawałoby się już dawno zapomnianej: ”kto nie z Mieciem, tego zmieciem”.
Po pierwsze, co trzeba odnotować, Platforma Obywatelska w wyborach do Rady Dzielnicy Ursynów uzyskała najlepszy rezultat. Spośród 25 radnych, Platformie udało się zdobyć 11 mandatów. Większość, dzięki której można skutecznie rządzić stanowi 13 radnych. Takową posiadają dwa kluby, które wyraziły chęć współpracy: Nasz Ursynów (10 mandatów) i PiS (4 mandaty). Tak więc to te kluby mogą skutecznie rządzić dzielnicą. Nie Platforma Obywatelska, której – co warto przypomnieć – brakuje dwóch głosów do skutecznego rządzenia. Kruczki prawne i inne próby blokowania procedur demokratycznych nie zmienią liczb. Matematyka jest nauką ścisłą i – przypomnijmy raz jeszcze - aby rządzić trzeba mieć głosów 13 a nie 11.

Po drugie, nowa koalicja skutecznie wybrała przewodniczącego rady. Został nim Lech Królikowski. Człowiek o wyjątkowo dużym doświadczeniu społecznym i zawodowym, varsavianista, doktor nauk humanistycznych, wieloletni prezes Towarzystwa Przyjaciół Warszawy. O doświadczeniu zawodowym jego kontrkandydata przez litość nie wspomnę. Nadmienię jedynie, że był bohaterem kilku artykułów Gazety Wyborczej (wraz z małżonką również radną dzielnicy Ursynów). Z kolei w Wikipedii, podobnej notki jak o Królikowskim, żadnej wzmianki o działaczu PO nie znajdziemy. I niech tyle wystarczy jako komentarz do porównania obu tych postaci.


Po trzecie, Gronkiewicz-Waltz ustami swojego urzędnika podważa demokratyczny wybór Przewodniczącego rady Ursynów wskazanego przez klub Nasz Ursynów. Twierdzi, iż głosowania przeprowadzone podczas sesji rady liczył pracownik urzędu dzielnicy a w statucie dzielnicy jest zapis, że ma to robić jeden z radnych. Zapomina jednocześnie, że jest to praktyka (z liczeniem głosów) stosowana od co najmniej 4 lat i wybór poprzedniego przewodniczącego rady, tego samego, który był kontrkandydatem Lecha Królikowskiego, odbył się na podobnych zasadach. O tym jednak, urzędnik Prezydent Warszawy nie wspomina. Krótka pamięć lub zamierzone pomijanie oczywistych faktów, które przemawiają przeciwko tezie Ratusza. A ta jest prosta i banalna: raz zdobytej władzy, nigdy nie oddamy!


Po czwarte, niepokojące są coraz częstsze publiczne wypowiedzi działaczy Platformy Obywatelskiej odnoszące się do konsekwencji wyboru władz dzielnicowych z pominięciem przedstawicieli PO. Otóż twierdzą oni, że rządzenie bez przychylności Ratusza, Prezydent miasta i Rady Warszawy (zdominowanej przez Platformę), koalicje powstające bez PO skazują dzielnice warszawskie na finansową zapaść. To już nic innego jak tylko próba szantażu i brak szacunku dla demokratycznego wyboru jakiego dokonali mieszkańcy Warszawy. 


Bardzo źle Hanna Gronkiewicz-Waltz zaczyna II kadencję. Mogę jej wybaczyć nieudolność przy akcji odśnieżania. Nie mogę jednak zrozumieć tej zawziętości w obsadzaniu wszystkich stanowisk przedstawicielami jedynie słusznej siły przewodniej. Nie mogę pojąć, tej histerycznej reakcji na możliwość stworzenia układu większościowego z pominięciem jej partyjnych kolegów. W końcu nie mogę zrozumieć, że dla kilku stanowisk może się posunąć do działań, które przeczą idei samorządu lokalnego i szkodzą dzielnicy Ursynów. A już całkowicie za skandaliczne uznaję, próby szantażu i wymuszenia określonych zachowań radnych sugerując możliwość wyciągnięcia konsekwencji wobec dzielnicy. Co należy rozumieć jako próbę ograniczenia dzielnicowego budżetu i tym samym zmniejszenie możliwości działania nowych, pozbawionych przedstawicieli PO, władz Ursynowa.


Jedyny, choć to mało pocieszające, zysk z wyjątkowo skandalicznych działań ratusza jest taki, że mobilizuje on w jeszcze większym stopniu mieszkańców Ursynowa i pokazuje prawdziwe oblicze Gronkiewicz-Waltz. Pozbawionej skrupułów, małostkowej postaci, dla której ważniejszy jest interes własnego ugrupowania, aniżeli Warszawy. W każdym razie hasło przewodnie Platformy w czasie wyborów samorządowych „z dala od polityki” na przykładzie ursynowskim stało się karykaturą samą w sobie. Zupełnie jak dotychczasowe działania Prezydent miasta!

06 listopada 2010

Inwestycyjna wpadka ekipy Gronkiewicz-Waltz

Dzięki www.hgw-watch.pl trafiłem na stronę www.basen-anin.strefa.pl . I przeraziłem się. Skala zaniedbań, przekłamań i zwykłego niechlujstwa inwestycyjnego władz dzielnicy Wawer, wykazana przez autora strony, jest zastraszająca. Właściciel strony we wstępie pisze: ”Znajdziemy (na stronie www.basen-anin.strefa.pl – przyp.aut.) informacje o sposobach obchodzenia zapisów umowy o realizację obiektu publicznego i metodach ochrony wyłącznie interesów wykonawcy. Tekst Raportu z 30.06.2010 jest trudny bo profesjonalny, skierowany do osób odpowiedzialnych za prowadzenie inwestycji publicznych, ale warto go przeczytać, obejrzeć dokumentację zdjęciową”. To wszystko niestety prawda.

Kolejny raz przeraziłem się oglądając materiał TVN Warszawa zatytułowany „Pierwszy basen w Wawrze przetrwa kilka lat”. Oto fragment, który zasługuje na szczególne wyróżnienie:

Dziennikarz TVN kieruje się z następującymi słowami do Prezydent Warszawy: ”Pani Prezydent, osoba, która nadzorowała budowę tego basenu zrezygnowała z tego, ponieważ powiedziała, że nie będzie się podpisywać pod fuszerką”

Odpowiedź Gronkiewicz-Waltz: ”NO TO JEJ PROBLEM”.

Czy wobec tak istotnych przesłanek wskazujących, że mogło dojść do naruszenia interesów miasta, Prezydent Warszawy może nie reagować? Inaczej – czy może tak reagować na ewidentne braki profesjonalizmu swoich partyjnych kolegów?

W sprawie budowy basenu w Aninie Katarzyna Munio radna Warszawy skierowała do władz miasta interpelację 4 sierpnia 2009 roku. Była ona efektem artykułu jaki ukazał się w prasie lokalnej (Mieszkaniec, 30.07.2009, nr 14/486, Umoczą basen w Aninie?). W tym miejscu zwracam uwagę na jeden, drobny szczegół. Radna Munio pytała m.in. o to, kiedy zostanie oddany do użytku mieszkańców nowy basen u zbiegu ulic Rzeźbiarskiej i IV Poprzecznej?

A to fragment odpowiedzi jaką uzyskała od Wiceprezydenta Paszyńskiego działającego z upoważnienia Gronkiewicz-Waltz: ”Zgodnie z par.2 pkt.3 podpisanej z Wykonawcą umowy nr UD-XIII-WIR/I/WAW/I/WAW/VII/5/1/6/08/2 z dnia 05.03.2008 wymagany termin zakończenia prac upływa 23.02.2010 r.”. I dalej: „Aktualnie planowany termin zakończenia prac jest zgodny z zapisami umowy”.

Basen został oddany do użytku w listopadzie 2010 roku. Nic dodać, nic ująć.
Pani Gronkiewicz-Waltz przybyła na otwarcie i poświęcenie nowego basenu. Oczywiście w ramach swoich obowiązków służbowych – bo przecież chyba nikt nie sądzi, że w ramach kampanii!

26 stycznia 2010

Drapacz Lekarski


Drapacz lekarski, inaczej knikus benedyktyński, to jak podaje wikipedia, roślina, która dawniej była stosowana w dużych ilościach jako środek wymiotny. Dziś z powodzeniem rolę tej, skądinąd ciekawej choć mało atrakcyjnej wizualnie rośliny, przejął marszałek Niesiołowski. Rzecz jasna jedynie w zakresie działania wymiotnego.

Od jakiegoś czasu słowa Niesiołowskiego budzić mogą odrazę. Całym sobą, każdą publiczną wypowiedzią, wicemarszałek przekonuje, że jest człowiekiem niegodnym, dalekim od umiejętności posługiwania się czystą polszczyzną, dodatkowo zabarwioną chamstwem i brakiem wyczucia. W żaden sposób nie próbuję deprecjonować Jego zasług dla niepodległości Polski. Jednak nawet niewyobrażalnie duże zasługi nie zwalniają nikogo z kultury osobistej czy zwykłej przyzwoitości. Mogę przyjąć, że w politycznej retoryce będzie on próbował wykazać wyższość Donalda Tuska nad pozostałymi kandydatami ubiegającymi się o prezydenturę. Rozumiem, że nie stać go na dobre słowo o kimkolwiek innym, jeżeli nie posiada wytatuowanego na piersi logo PO. Nawet Zbigniew Chlebowski uchodzi za lepszego człowieka niż którykolwiek przeciwnik polityczny, do czego ostatnio próbuje przekonać opinię publiczną czym bulwersuje i rozśmiesza zarazem nawet przychylnych Jego formacji dziennikarzy. Zaślepienie, brak ogłady, chamstwo i brak choćby jednej opinii pozbawionej mniej lub bardziej dosłownej złośliwości, powoduje, że na widok Niesiołowskiego dostać można odruchu wymiotnego. A szkoda, bo przecież pełniona przez Niego publiczna funkcja, może służyć nie tylko do nadzwyczaj licznych prezentacji własnego, mało atrakcyjnego emploi awanturnika, ale także budowania kultury politycznej i parlamentarnej w naszym kraju. A tak, palikotyzacja życia publicznego postępuję, a Niesiołowski staje się powoli kolejnym, dramatycznie nieprzyjemnym środkiem na nudności.

22 grudnia 2009

Kto tu kłamie?! Rzecz o cudzie niepamięci

Jeden z wicemarszałków Sejmu reprezentujący rządzącą Platformę, a którego nazwiska nie warto przytaczać, zarzucił Andrzejowi Olechowskiemu kłamstwo. Wypomniał mu, że po wyborach samorządowych w 2002 roku mówił, że nie będzie więcej kandydował. Ten, co nazywa Olechowskiego kłamcą, a który kiedyś reprezentował modernistyczne siły wolnej Polski w ZChNie razem z Markiem Jurkiem i Michałem Kamińskim, zapomniał o kłamstewkach swoich kolegów.

Warto przypomnieć szczególnie jedno, nie dla samej złośliwości, ale dlatego, że kosztuje ono nas, podatników grube miliony. Otóż pamiętam jak w 2005 roku Grzegorz Schetyna w audycji Moniki Olejnik w TV Publicznej zarzekał się, że jego partia nie weźmie złotówki z budżetu państwa. Podobnie mówił Donald Tusk i cała Platforma. Dziś, to malutkie kłamstewko, kosztuje nas wszystkich, bagatela, prawie 40 mln złotych za 2009 rok (bo tyle mniej więcej wyniesie dotacja dla PO). Donald Tusk i Grzegorz Schetyna zapomnieli o swojej obietnicy. Chciałoby się dodać, że nie o jednej.


Ten, którego nazwiska nie warto wspominać, o tym już nie pamięta. A szkoda! W każdym razie jak będzie się bawić na partyjnej Wigilii w Teatrze Wielkim to nie tylko za swoje, ale także za moje pieniądze. Ciekawe czy o tym będzie pamiętał ten, którego pasją są robaki, a którego dotknął cud nie pamięci...przynajmniej obietnic własnych kolegów.

05 sierpnia 2009

Dylemat króla Salomona?!

Sprawa brzucha surogatki Beaty Grzybowskiej zelektryzowała opinię publiczną. W jej sprawie i rodziców dziecka wypowiadają się niemal wszyscy. I trudno się dziwić. Sprawa jest nietypowa i chyba po raz pierwszy, tak wyraźnie obrazuje słabość polskiego systemu prawnego. Pokazuje też jak łatwo zniszczyć ludzkie szczęście nie dbając o dobro dziecka.

Polskie prawo mówi wyraźnie. Matką dziecka jest kobieta, która urodziła dziecko. Wydaje się więc, że sprawa jest przesądzona. Dochodzi jednak problem z rozstrzygnięciem praw ojca i być może matki, bowiem w natłoku informacji prasowych trudno było mi znaleźć rzetelne dane wskazujące czy spermą ojca została zapłodniona komórka jajowa jego małżonki czy też surogatki bądź innej dawczyni. Niezależnie jednak czyja komórka została zapłodniona faktem bezspornym pozostaje decyzja matki zastępczej, że odda dziecko rodzicom. Umowa zawarta między rodzicami a surogatką zakładała, że jej ciało ma być jedynie „hotelem” dla dziecka. Zmiana decyzji przez surogatkę spowodowała de facto lawinę problemów etycznych, prawnych i naraziła mnóstwo ludzi na cierpienie. Bezwzględnie należy uznać, że winny jest polski system prawny, który nie potrafi skutecznie i szybko odpowiedzieć na ludzkie problemy. W szczególności problemy niepłodności i bezpłodności.


W Rosji problem surogatek rozstrzygnięto w sposób prosty i jednoznaczny. Kobieta, która nosi cudze dziecko musi być zdrowa, w odpowiednim wieku, przechodzi liczne badania psychologiczne i dopiero po zakwalifikowaniu przez odpowiednie gremia medyczne może być surogatką. Po zapłodnieniu jest pod stałą opieką medyczną a po urodzeniu, dziecko oddawane jest biologicznym rodzicom. Za usługę jest odpowiednio wynagradzana. Rodziców i dziecka nie ma prawa nigdy poznać ani dowiedzieć się jakichkolwiek o nich informacji. Wszystko to jest uregulowane przez system prawny. Co stoi na przeszkodzie, aby w Polsce przyjąć podobne rozwiązania? Odpowiednie regulacje prawne dawałyby bezpieczeństwo jawności całej procedury a tym samym bezpieczeństwo tych zabiegów. Zabezpieczałyby także interes prawny wszystkich stron. A przede wszystkim interes dziecka.


Sąd, który ma rozstrzygnąć komu przyznać dziecko urodzone przez Beatę Grzybowską, wbrew wielu opiniom, ma moim zdaniem zadanie proste. Powinien przyjąć rozstrzygnięcie jakie podejmowały sądy w innych krajach. I tak np. amerykański wymiar sprawiedliwości w 1985 r. uznał ważność kontraktu zawartego z surogatką i nie pozwolił zatrzymać jej dziecka. Polska surogatka również zawarła umowę na noszenie i urodzenie cudzego dziecka. Wzięła za to pieniądze. Przyjmowała je także w czasie ciąży. Dodatkowo, jest obciążona faktem oddania jednego ze swych dzieci, tylko dlatego, że jest chore. Dziś mówi, że chce je odzyskać. Jednak najpierw kieruje swoją uwagę w stronę dziecka, które urodziła innym ludziom – za co przyjęła wynagrodzenie w kwocie 30 tysięcy złotych. Inna sprawa, że w publicznych wypowiedziach nie zaprzecza, że jest osobą ubogą, dla której poważnym wysiłkiem finansowym jest już dziś utrzymanie dotychczasowej rodziny. Ma w końcu jeszcze dwie córki. Może dlatego bez wstydu dodaje, że liczy na stały zasiłek (alimenty) od ojca dziecka, które urodziła i oddała (za TVP.info, 5.08.2009).


Nie podejmuję się wydania opinii, że obecny szum, który wywołała jest ukierunkowany na wzbudzenie sympatii i współczucia a w końcu zdobycia stałego dochodu w postaci alimentów od ojca dziecka. Jednak siłą rzeczy jej zachowanie, wcześniejsze oddanie chorej córki, brak środków na utrzymanie rodziny, musi zmuszać do pytań o uczciwość jej intencji i przyszłość noworodka. Moją sympatię wzbudza zaś zachowanie rodziców chłopca. Konsekwentnie milczą, nie udzielają wywiadów, opinia publiczna nie zna ich nazwiska ani twarzy. To najlepsze, co mogą uczynić dla swojego syna. Niestety powoduje to, że wielu komentatorów pomija cierpienia także tych ludzi a przecież za sprawą niespełnionego pragnienia posiadania dziecka nie doszłoby do jego narodzin.


Minister Sprawiedliwości Andrzej Czuma pytany przez dziennikarzy o tę sprawę (Surogatka walczy w sądzie o dziecko, TVN24.pl, 03.08.2009) przywołuje starą rzymską zasadę - mater semper certa est (zawsze wiadomo kto jest matką). Jednak czy jest ona właściwa dla tej sytuacji? I czy rzeczywiście można przejść obok bólu i emocji związanych z tą sprawą rodziców chłopca. I czy minister na pewno wie kto jest matką?!. Jarosław Gowin, specjalista Platformy Obywatelskiej od spraw etycznych jednoznacznie daje odpowiedź, że „ta historia to dowód, jak pilna jest potrzeba uregulowania tych kwestii”. Jest przekonany, że sąd powinien przyznać rację kobiecie, która urodziła dziecko (Surogatka nie chce oddać dziecka, tvp.info, 31.07.2009).


Zgadzam się z jednym. Koniecznie trzeba uregulować te kwestie. Sprawa surogatek powinna być jasna i klarowna od początku do końca. Tyle tylko, że w przeciwieństwie do Gowina uważam, że sąd powinien przyznać dziecko rodzicom. Być może ten precedens stworzy wszystkim podejmującym się trudu urodzenia cudzego dziecka asumpt do myślenia przed a nie po urodzeniu. I przyspieszy prace nad prawnym uregulowaniem statusu surogatek - ich praw i obowiązków. Da też szansę wielu niepłodnym i bezpłodnym parom na radość przeżywania życia z własnym dzieckiem.

25 czerwca 2009

Głupio i straszno

Polska polityka co jakiś czas daje szanse na zaistnienie różnego typy błaznom, ludziom śmiesznym i sprawiającym wrażenie upośledzonych intelektualnie. Niestety w przypadku Nelli Rokity wszystkie te negatywne cechy skumulowały się i ukazały w programie Moniki Olejnik „Kropka nad i” wyemitowanym 24 czerwca przez TVN.

Głębokie przemyślenia Nelli Rokity na temat in vitro porażają. Według posłanki PiS-u bezpłodność nie jest chorobą, a tym samym WHO (Światowa Organizacja Zdrowia) myli się uznając ją jednak za chorobę. In vitro w związku z tym nie jest metodą leczenia. Co więcej, większość kobiet poddających się procedurze sztucznego zapłodnienia to osoby, które wcześniej poddały się zabiegom aborcji. Posłanka twierdzi, że gdyby przeprowadzono w tej sprawie stosowne badania, to wykazałyby one prawidłowość jej sądu. Nie dostrzega przy tym, być może przekracza to jej możliwości percepcji, bądź też po prostu nie wie, że w prawie 45% przypadków niepłodnych par, przyczyna niepłodności leży po stronie mężczyzny. Gdzie tu więc wina kobiet, nie mówiąc już o aborcji?!


Nelli Rokita stawia jednocześnie diagnozę przyczyn bezpłodności i daje odpowiedź jak uzyskać upragnione potomstwo. Problemy psychiczne, pogoń za pieniędzmi, rozwiązłość, używki. Jednak ma na to banalnie prostą i zapewne skuteczną poradę. Wystarczy dobra kolacja we dwoje, urlop, rozmowa, bycie ze sobą partnerów, a problem bezpłodności sam się rozwiąże. Otóż obawiam się, że tym razem Nelli Dobra Rada przekroczyła granice śmieszności. W przypadku niedrożnych jajowodów, braku owulacji, endometriozy, PCO, przedwczesnej menopauzy, nowotworu jajników, mechanicznego uszkodzenia jajowodów, wrogiego śluz sam posiłek czy urlop w ciepłych krajach nie pomoże. Niezależnie jak bardzo byłby obfity lub też niezależnie jak daleko starający się o dziecko partnerzy zdołaliby wyjechać.


W wypowiedzi posłanki Rokity pojawia się jeszcze kilka mało interesujących tez. Przytaczanie ich i dalsze komentowanie mija się jednak z celem. Jaki jest koń, każdy widzi.


Najważniejsze jednak, aby kłamstwo nie przysłaniało rzeczywistości. W przypadku Nelli Rokity trudno jednak mówić o mówieniu z premedytacją kłamliwych i głupich tez. Inaczej, musiałbym uznać, że jest to osoba w pełni władz umysłowych, a po wysłuchaniu jej w programie Moniki Olejnik mam co do tego poważne wątpliwości. Szkoda tylko, że nie mogę napisać, że było przynajmniej śmiesznie jak w przypadku wygłupów Palikota. Tym razem było i głupio i straszno i wcale nie było śmiesznie.

13 czerwca 2009

Narodziny religii trwania

Platforma Obywatelska zanotowała kolejny wyborczy sukces. W PE będzie ją reprezentowało 25 parlamentarzystów. Miarą jej sukcesu nie jest jednak zachwycający plan reform czy wybitne osiągnięcia polityki zagranicznej skutkujące niespotykanymi dotychczas w powojennej demokracji wynikami. Sukces Platformy opiera się na kilku prostych zasadach sprowadzających się do nieśmiertelnych słów komunistycznego klasyka Władysława Gomułki: ”raz zdobytej władzy, nie oddamy nigdy!”.

Po pierwsze, kasa misiu, kasa


Jednym ze sztandarowych haseł z jakimi występowała Platforma był sprzeciw wobec dotacji dla partii z budżetu państwa. Liderzy PO wychodzili z założenia, że obywatel Polski nie może utrzymywać partyjnej biurokracji. Mniejsza o argumentację jaką przytaczano dla zobrazowania konieczności zmian w polityce finansowania partii politycznych, fakt jednak pozostaje bezsporny, że w 2005 roku zdecydowano o przyjęciu publicznych pieniędzy. Z perspektywy czasu widać, że potrafiono w PO wykorzystać skutecznie środki przyznane z budżetu państwa.


W tej kadencji Sejmu kwota dotacji jaką przyjmie partia rządząca wyniesie ponad 100 mln złotych. W samym 2009 roku będzie to blisko 40 milionów złotych. Nikt chyba nie ma wątpliwości, że główny demiurg politycznych posunięć PO – Grzegorz Schetyna, potrafi skutecznie wykorzystać przyznane partii środki i dobrze rozumie, że bez pieniędzy jego partia nie będzie skutecznie rywalizować. Sama twarz Tuska, o czym przekonał się w 2005 roku, nie wystarczy. Towar, jakim jest lider Platformy, musi mieć dobre i bogate opakowanie, atrakcyjne dla wyborcy.


Nie jest jednak najważniejsze ile pieniędzy wyciągnie z budżetu Platforma. Ważne jest to, że wielkość środków jakie przyjmuje powoduje ogromne różnice w dostępie do wszelakich nośników promocji i reklamy partyjnego szyldu. Im większe różnic e na koncie partyjnym pomiędzy PO a innymi partiami, tym większe możliwości na utrzymanie przewodniej roli Platformy w życiu publicznym.


Jedyne, ewentualne zagrożenia dla wiecznej dominacji Platformy, jakie mogłoby się zrodzić istnieją poza Sejmem. Dziś bowiem, wśród partii opozycyjnych, aktywnych w życiu parlamentarnym, nie ma realnej siły mogącej zagrozić teamowi Tuska i Schetyny. Jest to jednak zagrożenie, póki co, tylko w formule życzeniowej. Nie ma bowiem równie silnej struktury, równie bogatej, dysponującej praktycznie niekończącymi się źródłami finansowymi.


Stąd trudno uwierzyć, w prawdziwość tez działaczy PO o chęci zrezygnowania z partyjnych dotacji. Nie wierzę, by  chcieli zrezygnować z pieniędzy, które dają im poczucie trwania i finansowej stabilizacji, nawet gdyby miały nadejść trudne czasy, czyli to, co wydaje się dziś nieprawdopodobne: PO oderwana od koryta władzy. Pieniądze pozwalają liderom Platformy tworzyć wizualną rzeczywistość jak nikomu w Polsce, a tym samym utrwalać władzę bezwzględną.


Po drugie, wsadzać swoich gdzie się da


Kolejnym hasłem ze sztandarów wyborczych PO, było zlikwidowanie synekur płynących z obsady państwowych spółek skarbu państwa. Zmiany te, wszędzie tam gdzie rządzi PO, miały objąć również samorządy. Nic takiego jednak się nie dzieje. Tak jak poprzednicy, ich następcy z Platformy skutecznie zawłaszczają wszystkie możliwe do obsady stanowiska nie bacząc na dość cichą, lecz jednak krytykę, płynącą czasami z mediów elektronicznych. Nawet wówczas, gdy ministrowi Gradowi (główny macher Tuska od obsady spółek) wymknie się w wywiadzie radiowym, że co innego mówi się w kampanii a co innego robi się po dojściu do władzy. Nie jest to dokładny cytat z ministra, ale ducha wypowiedzi chyba zachowałem.


Nie inaczej dzieje się w spółkach samorządowych a także przy obsadzie stanowisk urzędniczych. Weźmy na ten przykład Warszawę, gdzie skala zjawiska i bezczelność w ramach obsadzania „swoimi” osiągnęła wymiary dotychczas niespotykane. Mechanizmy jakie stosowano, aby zagwarantować pracę działaczom PO, szczegółowo opisywała warszawska prasa. W związku z tym warto jedynie przypomnieć słowa z programu PO z 2006 roku, z jakimi do wyborów prezydenckich szła Gronkiewicz-Waltz, kandydatka na Prezydenta Warszawy, a wraz z nią cała Platforma. Brzmiały one następująco: „Są one (spółki miejskie - przyp.aut.) swoistą nagrodą dla lojalnych partyjnych funkcjonariuszy rządzącej partii, którzy obejmują w nich dobrze płatne posady prezesów, członków zarządów i rad nadzorczych”. Co z hasła pozostało? Pusty frazes, o którym nie pamiętają ani autorzy programu PO, ani, co chyba smutniejsze, wyborcy.


Dobrze uposażony działacz PO, to oddany sprawie i „kupiony” wyznawca jedynie słusznej religii trwania. Kto bowiem będzie występował przeciwko swoim darczyńcom? Kto ośmieli się podnieść rękę na tego kto karmi, żywi i broni? Nikt. Dlatego dobrze uposażona armia działaczy, wyposażona w stały i stabilny żołd, za który wymaga się jedynie wierności i przytakiwania gotowa jest do walki i marszu za swym światłym przywództwem nawet w otchłań, tym bardziej, że wróg lichy i bez uposażenia. Ryzyko porażki niewielkie, a z każdą nową batalią łupy coraz większe. Zysk jest obustronny. Partia zyskuje oddanych i nijakich wyznawców bez słowa wykonujących każde polecenie, a zainteresowani podstawową stabilizację i brak troski o jutro. Wszystkim więc zależy, aby słońce Peru trwale świeciło i ogrzewało nowe pola dla zaspokojenia aktywności i apetytów swych wyznawców.


Po trzecie, póki PiS żyje, my żyjemy


Zadziwiające są wyniki badań sondażowych, z których wynika, że z grubsza ujmując mniej więcej 20% populacji Polaków popiera rząd premiera Tuska, zaś ponad 50% popiera partię, którą kieruje tan sam Tusk. Wyniki te są jednak zadziwiające jedynie pozornie. Gdyby przyjrzeć się decyzjom jakie podejmowali wyborcy w 2006 i 2007 roku widać będzie z nich jasno, że wybór partii Tuska to raczej negatywna decyzja o nie popieraniu PiS-u. Czy to wystarcza, aby dobrze rządzić? Niekoniecznie, ale wystarcza, aby trwać u władzy. I właśnie z polityką trwania mamy obecnie do czynienia.


Gdyby spróbować wymienić hasłowo choć jedną znaczącą zmianę jaka jest udziałem rządu PO-PSL to należałoby oddać się głębokim rozmyślaniom a i to nie zagwarantowałoby sukcesu. Oczywiście, po rządach PiS-u, nawet tak banalne sprawy jak normalizacja stosunków z naszymi najbliższymi sąsiadami czy Unią Europejską, muszą budzić powszechne uznanie, jednakże od większości rządowej mającej w zasadzie bezwzględną władzę (poczynając od samorządów a skończywszy na rządzie) można przecież i powinno się wymagać więcej.


Trudno jednak dziwić się Tuskowi i Jego ekipie, że we wszelkich działaniach zachowuje daleko idącą wstrzemięźliwość. W końcu samo bycie antyPiS-em gwarantuje zwycięstwo. Udawanie rządzenia z rozbudowanym teatrem zachowań, Palikotem zwracającym uwagę Polaków na sprawy bez znaczenia pozwala uniknąć rzeczywistej debaty o polskich drogach, służbie zdrowia czy reformie KRUS-u. Bądźmy jednak sprawiedliwi. Nie można winić Tuska za małość braci Kaczyńskich i ich partii. W końcu to nie on stworzył PiS a poniekąd poseł do PE z Platformy Jerzy Buzek. Tuska można jedynie chwalić za umiejętne wykorzystanie słabości PiS i umiejętne rozgrywanie ludzkich emocji podszytych strachem możliwości powrotu Kurskich, Lepperów i Giertychów do władzy.


Co więcej, twierdzę, że w dobrze rozumianym interesie samego Tuska jest podgrzewanie konfliktów z Kaczyńskimi i dalsze pogłębianie polaryzacji polskiej sceny politycznej. Stworzenie dwubiegunowego systemu partyjnego, być może z jakimiś drobnymi przystawkami w postaci PSL-u i SLD, scementuje system partyjny na tyle mocno, że władza Platformy Obywatelskiej na długie lata pozostanie niezagrożona. Brak alternatywy jest w tej chwili największą siłą Tuska.


Z czym więc będzie się kojarzył premier Tusk? Niewątpliwie wyróżnikiem będzie umiejętność trwania przy władzy, której dotychczas brakowało wszystkim jego poprzednikom. Z perspektywy samego premiera i popierających go zastępów partyjnych działaczy to sytuacja wymarzona. Dla Polski, to jednak utrata kolejnych lat i szansy na trwały, cywilizacyjny skok. Obyśmy tylko nie doczekali czasów, kiedy refleksja opinii publicznej w ocenie rzeczywistej wartości Tuska i Platformy Obywatelskiej przyjdzie zbyt późno a religia trwania przerodzi się w demokratyczny terror z jednym aktorem o różnych twarzach.

09 marca 2009

PO, czyli Pośredniak Obywatelski

W programie wyborczym Platformy Obywatelskiej dla Warszawy z 2006 roku zapisano:"Są one (spółki miejskie - przyp.aut.) swoistą nagrodą dla lojalnych partyjnych funkcjonariuszy rządzącej partii, którzy obejmują w nich dobrze płatne posady prezesów, członków zarządów i rad nadzorczych." Nie sposób nie zgodzić się z jakże trafnymi spostrzeżeniami działaczy rządzącej w Warszawie partii. Jak jednak pokazuje życie, program sobie a praktyka dnia codziennego sobie.

Gazeta Stołeczna z rzetelnością godną pochwały ukazuje jak działacze Platformy umiejętnie obsadzają swoimi wszelkie możliwe stanowiska. Począwszy od spółek miejskich, przez spółki i rady nadzorcze podlegające pod samorząd województwa a skończywszy na przedsiębiorstwach zarządzanych przez Wojewodę Mazowieckiego.
Nie dziwi więc, że nowoupieczona działaczka PO, Elżbieta Lanc, co to z niejednego pieca chleb jadła (wcześniej była w PSL, mandat w ostatnich wyborach zdobyła z list PiS), także w PO dotarła do receptury wypieku dobrej posady. Teraz, jak donosi gazeta, "wypożycza żurawie budowlane i różne takie".

Tym samym skutecznie przeczy tezie, jakoby w naszym cudownie zarządzanym kraju brakowało pracy. Jak komuś brakuje dowodów, niech wsłucha się w słowa radnej PO i czym prędzej pójdzie w jej ślady. Dziś nie matura, lecz legitymacja partyjna zapewnia dobrą posadę. A jeśli komuś się zdaje, że bycie członkiem PO to niewystarczająca rękojmia do pełnienia funkcji kierowniczych w przedsiębiorstwach publicznych, to niech dalej się kształci, przystępuje do konkursów i wierzy w cud. Powodzenia, w końcu to wiara czyni cuda!

27 grudnia 2008

"Przekręt" PiS-u

Warszawscy radni PiS, Krajewski i Opara, postanowili w nietypowy sposób, przy okazji oceny prezydentury Gronkiewicz-Waltz, przypomnieć idiotyczną nazwę dla tunelu Wisłostrady. Z dużym napisem "Przekręt" ubrani w czapy mikołajowe stali nad tunelem wyliczając porażki inwestycyjne Prezydent Warszawy. Szkoda, że nie przypomnieli swoich ekscesów, o których donosiła prasa, a które warto przypomnieć, aby mieć pełny obraz działaczy PiSu.
3 września, Gazeta Stołeczna pod znamiennym tytułem "Ciche szczęście Pis-owskiego małżeństwa" opisuje sytuację rodzinną małżeństwa Oparów. Otóż, dziwnym zbiegiem okoliczności, małżonka radnego Jakuba Opary, jednocześnie urzędnika kancelarii Prezydenta RP, zostaje wicedyrektorem oddziału warszawskiego Agencji Mienia Wojskowego. Wcześniej pracowała w Urzędzie Wojewódzkim. I tu cytat z gazety: "Od razu dostała, co jest w tego typu instytucjach rzadkością, umowę o pracę na czas nieokreślony". Tak to PiSowcy walczą z nepotyzmem i przekrętami.
Drugi z bohaterów happeningu, niejaki Krajewski, dał się poznać, jako wyjątkowo kulturalna osobistość. 2 września, tym razem Życie Warszawy, doniosło: "Toast wznosi młodzieniec z charakterystyczną blond czupryną. Mimo, że twarze pijących są celowo zamazane, to i tak łatwo można rozpoznać Jarosława Krajewskiego z Rady Warszawy. Jako wiceszef komisji etyki zajmuje się "rozpatrywaniem spraw radnych, wobec których postawiono zarzuty, iż naruszają powszechnie przyjęte zasady etyczne bądź zachowują się w sposób nieodpowiadający godności radnego lub godności rady".
I tak to na straży i weryfikacji realizacji obietnic wyborczych Gronkiewicz-Waltz stanęli dzielni działacze PiS-u. Można tylko zapytać, czy w szeregach Prawych i Sprawiedliwych naprawdę nie ma nikogo lepszego? A szkoda, bo jak się wystawia podobne persony, to trudno skupić się na meritum sprawy.
Skądinąd tak często krytykowany przez działaczy PiSu tunel, jest jedną z najlepszych i najciekawszych rozwiązań komunikacyjnych jakie mogło spotkać Warszawę. Zresztą warto przypomnieć pomysły samych pisowców na podobne rozwiązania komunikacyjne. Całkiem sensowny pomysł z bodajże 2004 roku prezydenta Urbańskiego na tunel na wysokości Arkad Kubickiego i już całkiem nierozsądny byłego szefa struktur warszawskich PiSu i byłego Wojewody Mazowieckiego na tunel niemal pod całą Warszawą. No cóż, tak jak i w wielu innych przypadkach, tak i w tym, skończyło się jedynie na pomysłach.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...